Uzbierałem kilka kamieni i cisnąłem jednym z nich w drzewo. Chybiłem.
Rzuciłem jeszcze kilkanaście kamieni — cztery z nich trafiły w cel.
Ćwiczyłem dalej. Po około godzinie trafiałem częściej. Mimo to w rzutach z pięćdziesięciu metrów prawdopodobnie nie byłem w stanie dorównać Hasanowi.
Noc mijała, a ja ciągle rzucałem. Po pewnym czasie osiągnąłem swój szczyt celności. Trafiałem może ze sześć razy na siedem rzutów.
Kiedy zakręciłem procą i kolejny kamień gruchnął w drzewo uświadomiłem sobie, że jedna rzecz przemawia jednak na moją korzyść. Rzucałem ze straszliwą siłą. Za każdym razem, kiedy trafiałem w cel, uderzenie było potężne. Zdołałem już strzaskać kilka mniejszych drzew a byłem pewny, że Hasan nie potrafiłby tego dokonać nawet gdyby wykonał dwa razy tyle rzutów co ja. Jeśli zdołam go trafić, to świetnie; ale cała siła na świecie była nic nie warta, jeśli spudłuję.
Byłem bowiem pewien, że Hasan zdoła mnie trafić. Zastanawiałem się, ile ciosów jestem w stanie przyjąć i nadal funkcjonować.
To będzie oczywiście zależało od tego, gdzie mnie trafi.
Kiedy usłyszałem trzask gałęzi po prawej stronie, upuściłem procę i wyszarpnąłem zza pasa pistolet automatyczny. Na polanę wyszedł Hasan.
— Czego chcesz? — zapytałem.
— Przyszedłem zobaczyć, jak ci idzie — odparł przyglądając się połamanym drzewkom.
Wzruszyłem ramionami, schowałem pistolet do kabury i podniosłem procę.
— Dowiesz się o świcie.
Przeszliśmy na drugi koniec polany i wziąłem latarnie. Hasan oglądał dokładnie jedno drzewko, które teraz składało się częściowo ze sterczących kikutów. Nic nie powiedział.
Wróciliśmy do obozu. Wszyscy oprócz Dos Santosa poszli spać. Dos stał na straży. Przechadzał się wokół ogrodzenia ostrzegawczego z karabinem maszynowym, w ręku. Pomachaliśmy mu rękami i weszliśmy do obozu.
Hasan zawsze rozbijał jednowarstwowy, nieprzezroczysty, lekki jak piórko i bardzo mocny namiot typu Gauzy. Nigdy w nim jednak nie spał. Wykorzystywał go dój przechowywania swoich rupieci.
Usadowiłem się na kłodzie przy ognisku, a Hasan zniknął w swoim namiocie. Po chwili wynurzył się z fajką i kostką utwardzonej substancji przypominającej żywice, którą zaczął zeskrobywać i ucierać. Domieszał do tego trochę tytoniu, po czym nabił fajkę.
Po zapaleniu jej patykiem z ogniska usiadł przy mnie.
— Nie chcę cię zabić, Karagee — zagaił.
— Podzielam to uczucie. Nie chcę zostać zabity.
— Ale jutro musimy walczyć.
— Tak.
— Mógłbyś cofnąć swoje wyzwanie.
— Mógłbyś odlecieć ślizgowcem.
— Nie zrobię tego.
— Ja też nie cofnę wyzwania.
— To smutne — odezwał się po pewnym czasie. — Smutne, że dwóch takich jak my musi walczyć o niebieskiego. On nie jest wart ani twojego, ani mojego życia.
— To prawda — zgodziłem się. — Ale tu chodzi o coś więcej niż tylko o jego życie. Z tym, co on robi, wiąże się w jakiś sposób przyszłość tej planety.
— Nie orientuję się w tych sprawach, Karagee. Walczę dla pieniędzy. Tylko tym się zajmuję.
— Tak, wiem.
Ogień przygasł. Dorzuciłem kilka gałązek.
— Czy pamiętasz, jak bombardowaliśmy kurort Złote Wybrzeże we Francji? — zapytał.
— Pamiętam.
— Oprócz niebieskich zabiliśmy wielu ludzi.
— Tak.
— Nie zmieniło to przyszłości tej planety, Karagee. Bo oto minęło wiele lat i wszystko jest po staremu.
— Wiem o tym.
— A pamiętasz tamte dni, kiedy siedzieliśmy w okopie na stoku od strony Zatoki Pireuskiej? Czasami podawałeś mi taśmy z nabojami, a ja ostrzeliwałem łodzie ogniowe, a kiedy padałem ze zmęczenia, ty obsługiwałeś karabin. Mieliśmy dużo amunicji. Strażnicy Biura nie wylądowali ani tamtego dnia, ani następnego. Nie zajęli Aten i nie rozgromili Radpolu. I kiedy tam siedzieliśmy, czekając na ognistą kulę, rozmawialiśmy przez dwa dni i jedną noc — opowiedziałeś mi o Mocach na Niebie.
— Już nie pamiętam…
— A ja tak. Opowiadałeś mi o ludziach takich jak my, którzy żyją przy gwiazdach. A także o niebieskich istotach. Powiedziałeś, że niektórzy ludzie próbują wkraść się w łaski niebieskich i sprzedaliby im Ziemię, z której uczyniono by muzeum. Inni nie chcieli tego robić, pragnęli, aby Ziemia pozostała taką, jaka jest teraz — ich własnością rządzoną przez Biuro. Wśród samych niebieskich toczyły się spory w tej kwestii, bo pytanie brzmiało: czy takie przedsięwzięcie byłoby zgodne z prawem i etyką? Osiągnięto kompromis i niebieskim sprzedano niektóre nie skażone tereny. Mieli wykorzystać je na budowę kurortów, z których mogli się wybierać na wycieczki po pozostałych częściach Ziemi. Ale ty chciałeś, aby Ziemia należała wyłącznie do ludzi. Powiedziałeś, że jeśli damy niebieskim kawałek, zapragną całości. Chciałeś, aby ludzie mieszkający przy gwiazdach wrócili, odbudowali miasta, pogrzebali Napromieniowane Miejsca i zabili dzikie bestie zagrażające człowiekowi.
— Kiedy tam siedzieliśmy, czekając na ognistą kulę — ciągnął Hasan — powiedziałeś, że toczymy wojnę nie z powodu czegokolwiek, co moglibyśmy zobaczyć, usłyszeć, poczuć lub posmakować, ale z powodu Mocy na Niebie, które nigdy nas nie widziały, i których nigdy nie zobaczymy. To Moce na Niebie doprowadziły do obecnej sytuacji i dlatego ludzie muszą umierać tutaj na Ziemi. Powiedziałeś, że śmierć ludzi i niebieskich pozwoliłaby Mocom wrócić na Ziemię. Nigdy jednak nie wróciły. Jedynym skutkiem była śmierć.
— I to właśnie Moce na Niebie w końcu nas uratowały — mówił dalej — ponieważ przed rozpaleniem ognistej kuli nad Atenami trzeba się było z nimi skonsultować.! Moce przypomniały Biuru o starym prawie, ustanowionym po okresie Trzech Dni, a głoszącym, że ognista kulaj już nigdy więcej nie zapłonie na niebie nad Ziemią. Myślałeś, że i tak ją rozpalą, ale nie zrobili tego. To dlatego po wstrzymaliśmy ich w Pireusie.: Spaliłem dla ciebie Madagaskar, Karagee, ale Moce nigdy nie zeszły na Ziemię. A kiedy ludzie zdobywają dużo pieniędzy, wyjeżdżają stąd i nigdy nie wracają z nieba. Nic, co zrobiliśmy w tamtych czasach, nie spowodowało zmiany.
— Dzięki temu, co uczyniliśmy, sytuacja pozostała bez zmian, a nie uległa pogorszeniu — powiedziałem.
— Co się stanie, jeśli ten niebieski umrze?
— Nie mam pojęcia. Sytuacja może się pogorszyć, Jeżeli odwiedzane przez nas tereny Myshtigo ogląda jako ewentualne nieruchomości ziemskie, które zostaną zakupione przez Yegan, to historia znów się powtarza.
— I Radpol znów podejmie walkę i zbombarduje ich?
— Tak sądzę.
— A więc zabijmy go teraz, zanim pojedzie dalej, za nim zobaczy więcej.
— Sprawa może nie być wcale taka prosta. A poza tym, przysłaliby kolejnego przedstawiciela. Nastąpiłyby też reperkusje — być może masowe aresztowania członków Radpolu. Radpol już nie balansuje na krawędzi życia i śmierci, tak jak w tamtych czasach. Ludzie nie są jeszcze gotowi. Potrzebują czasu. Tego niebieskiego to mam przynajmniej w ręku. Mogę go obserwować, dowiedzieć się, jakie ma plany. A potem, jeżeli zaistnieje taka konieczność, sam mogę go unicestwić.
Hasan zaciągnął się fajką. Powąchałem dym. Poczułem zapach podobny do woni drzewa sandałowego.
— Co palisz?
— To coś z moich rodzinnych stron. Byłem tam niedawno w odwiedzinach. To jedna z nowych roślin, które nigdy przedtem tam nie rosły. Spróbuj.