Выбрать главу

Wciągnąłem kilka razy dym do płuc. Z początku nic się nie działo. Zaciągałem się dalej i po minucie poczułem, jak chłód i spokój stopniowo rozpływają się w całym moim ciele. Mieszanka miała gorzki smak, ale wywoływała odprężenie. To uczucie trwało, wzrastało. To było bardzo przyjemne. Już od wielu tygodni nie czułem się taki spokojny, taki rozluźniony. Ogień, cienie i ziemia wokół nas nagle stały się bardziej realne, a nocne powietrze i odległy księżyc oraz odgłos kroków Dos Santosa były wyraźniejsze niż w rzeczywistości, naprawdę. Opór wydawał się absurdem. W końcu i tak przegramy. Los kotów, psów i tresowanych szympansów, podporządkowanych prawdziwym ludziom, Yeganom, miał się stać udziałem ludzkości — i w pewnym sensie nie był to wcale taki zły pomysł. Być może potrzebowaliśmy kogoś mądrzejszego, kto by nas pilnował, kto by kierował naszym życiem. Zrujnowaliśmy własny świat podczas Trzech Dni, a Yeganie nigdy nie doprowadzili do wojny nuklearnej u siebie. Mieli sprawnie funkcjonujący rząd międzygwiezdny, który sprawował władzę nad kilkudziesięcioma planetami. Wszystko, co robili, odznaczało się walorami estetycznymi. Ich życie było ułożone i szczęśliwe. Czemu nie oddać im Ziemi? Prawdopodobnie doprowadziliby ją do lepszego stanu, niż nam się to kiedykolwiek udało, l czemu nie być także ich kulisami? Nie byłoby to wcale takie złe życie. Dajmy im tę starą kulę błota, pełną radioaktywnych ran i zaludnioną kalekami.

Czemu nie?

Ponownie przyjąłem fajkę od Hasana, zaciągnąłem i opanował mnie jeszcze większy spokój. Przyjemnie jednak było w ogóle nie myśleć o tych sprawach. Nie myślę o niczym, na co człowiek naprawdę nie ma wpływu. Wystarczało tylko tam siedzieć, wdychać nocne powietrze i zespolić się z ogniem i wiatrem. Wszechświat wyśpiewywał swój hymn jedności. Po co wywoływać zamęt w tej oazie boskiego spokoju?

Ale straciłem moją Cassandrę. Wskutek działania bezmyślnych sił, które poruszają Ziemią i wodami, straciłem moją ciemnooką czarodziejkę z Kos. Nic nie było w stanie zabić uczucia smutku po stracie, która wydawała się teraz mniej dotkliwa, jakby odizolowana za szklaną ścianą, ciągle ale obecna. Wszystkie fajki Wschodu razem wzięte nie mogły zagłuszyć tego smutku. Nie chciałem zaznać spokoju. Pragnąłem nienawiści. Chciałem rozbić wszystkie fasady we wszechświecie — ziemię, wodę, niebo, Taler, Rząd Ziemi i Biuro — po to, aby za jedną z nich znaleźć tę moc, która zabrała Cassandrę, i zadać jej ból, żeby też wiedziała, jak to jest. Nie chciałem zaznać spokoju. Nie chciałem zespolić się z niczym, co zraniło osobę, z którą łączyły mnie więzy krwi i miłości. Pragnąłem choćby przez pięć minut znów być Karaghiosisem, patrzeć na to wszystko przez celownik i zaciskać palec na spuście.

„O, Zeusie ciskający gorące, czerwone pioruny” — modliłem się — „spraw, abym mógł pokonać Moce na Niebie!”

Oddałem fajkę.

— Dziękuję, Hasanie, ale nie jestem gotowy na doznanie objawienia.

Wstałem i poszedłem na miejsce, gdzie rzuciłem swój tobołek.

— Przykro mi, że muszę cię rano zabić — zawołał za mną.

Kiedy siedziałem z vegańskim płatnym informator o imieniu Krim (który już nie żyje) i popijałem piwo w pewnym domku górskim na planecie Divbah, wyjrzał przez szerokie okno i popatrzyłem na największą górę w znanym wszechświecie. Góra nazywa się Kasia i nikt nigdy na nią nie wszedł. Wspominam o tym dlatego, że w dniu pojedynku doznałem nagle wyrzutu, że nigdy nie próbowałem wspiąć się na tę górę. To jedno z tych szaleństw, o których człowiek myśli obiecując sobie, że kiedyś spróbuje tego dokonać, a potem budzi się pewnego ranka i uświadamia sobie, że jest już na to za późno: nigdy tego nie zrobi.

Tamtego ranka wszyscy mieli twarze pozbawione wyrazu.

Na otaczającym nas świecie było jasno, pogodnie i czysto, a powietrze wypełniał śpiew ptaków.

Zakazałem korzystać z radia, dopóki pojedynek nie zostanie rozstrzygnięty, i dla pewności Phil miał przy sobie niektóre ważne części tego urządzenia.

Lorel nie dowie się. Radpol nie dowie się. Nikt się nie dowie, dopóki pojedynek nie zostanie zakończony.

Po wstępnych rozmowach odmierzono odległość.

Zajęliśmy miejsca po przeciwnych stronach polany. Wschodzące słońce było po mojej lewej stronie.

— Czy jesteście gotowi, panowie? — zawołał Dos Santos.

Odpowiedzieliśmy twierdząco.

— Po raz ostatni próbuję was odwieść od tego kroku. Czy któryś z was chce powtórnie rozważyć sprawę? Odpowiedzieliśmy przecząco.

— Macie po dziesięć kamieni o podobnej wielkości i podobnym ciężarze. Pierwszy rzut należy oczywiście do wyzwanego: Hasana.

Obaj skinęliśmy głowami.

— A więc zaczynajcie.

Dos Santos wycofał się i rozdzielało nas jedynie pięćdziesiąt metrów pustej przestrzeni. Obaj staliśmy bokiem, żeby powierzchnia celu była jak najmniejsza. Hasan umieścił pierwszy kamień w procy.

Patrzyłem, jak kręci szybko procą za głową, i nagle wyrzuca ramię do przodu.

Za moimi plecami rozległ się trzask.

To było wszystko, co nastąpiło.

Nie trafił.

Wsunąłem kamień do procy, cofnąłem ją i rozhuśtałem nad głową. Usłyszałem świst powietrza przecinanego rozpędzoną procą.

Następnie prawą ręką cisnąłem pocisk z całej siły.

Kamień ledwie drasnął Hasana w ramię. Rozdarł tyl ko jego ubranie. Nim w końcu zniknął z widoku, odbił się rykoszetem od drzew.

Potem zapanowała cisza. Ptaki zrezygnowały z porannego koncertu.

— Panowie — odezwał się Dos Santos — obaj mieliście szansę rozstrzygnąć spór. Można powiedzieć, że stawiliście sobie czoła z honorem, wyładowaliście swój gniew i jesteście teraz usatysfakcjonowani. Czy chcecie przerwać pojedynek?

— Nie — zaprzeczyłem.

Hasan rozmasował sobie ramię, pokręcił głową.

Włożył drugi kamień do procy, zakręcił energicznym zamachem ramienia i wypuścił w moim kierunku.

Trafił mnie dokładnie między biodro i klatkę piersiową.

Pociemniało mi w oczach i upadłem na ziemię.

Po chwili odzyskałem świadomość, ale leżałem zgięty w pół, a jakieś monstrum z tysiącem zębów trzymało mnie za bok i nie chciało puścić.

Wszyscy ruszyli biegiem w moim kierunku, ale Phil machnięciem ręki nakazał im, żeby się cofnęli.

Hasan stał na swoim miejscu.

Phil podszedł do mnie z Dos Santosem.

— Masz dość? — zapytał łagodnym tonem. — Czy możesz wstać?

— Tak, potrzebuję chwili, żeby złapać oddech i przezwyciężyć ból, ale wstanę.

— Jak' się sprawa przedstawia? — zapytał Dos Santos.

Phil wyjaśnił mu.

Przyłożyłem rękę do boku i powoli wstałem.

Kilka centymetrów wyżej lub niżej i mogła pęknąć jakaś kość. Ale w tej sytuacji jedynie bolało mnie jak wszyscy diabli.

Roztarłem obolałe miejsce i kilkakrotnie zakręciłem prawym ramieniem, żeby sprawdzić pracę mięśni w zranionym boku. Wszystko było w porządku.

Następnie podniosłem procę i umieściłem w niej kamień.

Tym razem trafię. Miałem takie przeczucie.

Długo machałem procą i kamień poleciał z dużą prędkością.

Hasan upadł chwytając się za lewe udo.

Dos Santos poszedł do niego. Przez chwilę rozmawiali.

Ubranie Araba zamortyzowało cios, częściowo odbiło kamień. Noga nie była złamana. Będzie kontynuował pojedynek, gdy tylko zdoła wstać.

Masował udo przez pięć minut, po czym podniósł się. W tym czasie ból w moim boku zelżał, zastąpiło go tępe pulsowanie.

Hasan wybrał swój trzeci kamień.

Włożył go powoli, starannie…