Zmierzył mnie wzrokiem, a następnie zakręcił procą…
Przez cały ten czas miałem przeczucie — aż każdą chwilą stawało się ono coraz silniejsze — że powinienem przechylić się trochę bardziej w prawo. Tak też zrobiłem to.
Hasan wypuścił pocisk.
Kamień drasnął mnie w pokiereszowaną część twarzy i poharatał mi lewe ucho.
Nagle miałem mokry policzek.
Ellen krzyknęła.
Gdybym jednak przechylił się trochę bardziej w prawo, nie usłyszałbym jej krzyku.
Znów nadeszła kolej na mój rzut.
Kamień był gładki i szary, i tchnęło od niego śmiercią… Jakby chciał powiedzieć: „To będę ja.”
Było to jedno z tych moich przeczuć, dla których mam wiele szacunku.
Starłem krew z policzka, umieściłem kamień w procy.
Kiedy uniosłem prawe ramię, moja ręka zwiastowała śmierć. Hasan też to poczuł, bo wzdrygnął się.
— Rzućcie broń i nie ruszajcie się — rozległ się czyjś głos.
Zdanie zostało wypowiedziane po grecku, wiec oprócz Phila, Hasana i mnie nikt go nie zrozumiał. Być może pojęli jego treść jeszcze Dos Santos lub Ruda Peruka. Nadal nie mam pewności.
Wszyscy jednak rozumieliśmy, co oznacza karabin maszynowy w ręku tamtego człowieka oraz szable, pałki i noże w dłoniach kilkudziesięciu innych ludzi i półludzi, którzy za nim stali.
Byli to Koureci.
Koureci są źli.
Zawsze udaje im się zdobyć mięso na posiłek.
Zazwyczaj je pieką.
Czasami jednak smażą.
Albo gotują, albo jedzą na surowo…
Wydawało się, że człowiek, który kazał nam poddać się, był jedynym posiadaczem broni palnej.
…A wysoko nad moim ramieniem krążył kamień, który zwiastował śmierć. Postanowiłem posłać go temu człowiekowi.
Kiedy kamień dotarł do celu, głowa ludożercy rozprysła się na kawałki.
— Brońmy się! — wydałem komendę i przystąpiliśmy do rzeczy.
Pierwsi otworzyli ogień George i Dianę. Potem Phil znalazł pistolet. Dos Santos pobiegł do swojego tobołka. Ellen też szybko tam dotarła.
Hasan nie potrzebował mojego rozkazu, żeby zabijać. Jedyną bronią, jaką obaj mieliśmy w ręku, były proce. Koureci znajdowali się w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt metrów i tworzyli zbitą masę. Nim ruszyli na nas pędem, celnie wymierzone kamienie Araba powaliły dwóch z nich. Mnie też się udało położyć jeszcze jednego napastnika.
A potem ludożercy przebiegli szybko połowę polany, przeskakując przez swoich powalonych lub zabitych towarzyszy i wrzeszcząc.
Jak już powiedziałem, nie wszystkich z nich można było zaliczyć do ludzi: był miedzy nimi jeden wysoki chu-dzielec z metrowymi skrzydłami poznaczonymi bliznami; było kilku osobników z nadmiernie rozrośniętymi pośladkami oraz trzech niezgrabnych wielkoludów, którzy parli naprzód pomimo ran postrzałowych w klatkach piersiowych i brzuchach: jeden z nich miał dłonie o długości około pół metra i szerokości trzydziestu centymetrów, drugi wyglądał na dotkniętego słoniowacizną. Spośród reszty atakujących Kouretów niektórzy mieli mniej więcej normalną budowę ciała, ale wszyscy wyglądali na podłe i parszywe charaktery, byli ubrani w łachmany albo zupełnie nadzy, mieli nie ogolone twarze i cuchnęli.
Cisnąłem jeszcze jednym kamieniem, ale nie zdążyłem zobaczyć, gdzie trafiłem, bo w tym samym momencie dopadli mnie napastnicy.
Zacząłem się bronić — pięściami, łokciami, nogami. Biłem, gdzie popadło. Strzały padały coraz rzadziej, aż w końcu ucichły. Po pierwsze co jakiś czas trzeba było przerywać strzelanie, żeby uzupełnić amunicję. Po drugie nasza broń niekiedy zacinała się. Ból w moim boku był nieznośny. Mimo to zdołałem powalić trzech Kouretów, zanim zostałem uderzony w bok głowy jakimś dużym i tępym narzędziem, i upadłem bez życia.
Odzyskiwania przytomności w miejscu, gdzie jest gorąco i duszno…
Odzyskiwania przytomności w miejscu, gdzie jest gorąco i duszno, i śmierdzi jak w stajni…
Odzyskiwania przytomności w miejscu, gdzie jest ciemno, gorąco i duszno, i śmierdzi jak w stajni…
…nie można nazwać przeżyciem, które przynosi spokój ducha, likwiduje mdłości i przywraca normalne funkcjonowanie organizmu oraz sprawność ruchową.
Cuchnęło tam i było cholernie gorąco, i wcale nie miałem ochoty zbyt dokładnie przyglądać się zapaskudzonej podłodze — po prostu znajdowałem się w pozycji, która bardzo temu sprzyjała.
Jęknąłem, sprawdziłem, czy wszystkie kości mam całe, i usiadłem.
Strop był niski, a na dodatek opadał ukośnie w kierunku tylnej ściany. Jedyne okno wychodzące na zewnątrz było małe i zakratowane.
Znajdowaliśmy się na zapleczu drewnianej chałupy. Na przeciwległej ścianie było drugie okno: nie wychodziło jednak na zewnątrz, lecz do innego pomieszczenia. George i Dos Santos rozmawiali przez kratę z kimś, kto stał po drugiej stronie tego okna. Hasan leżał nieprzytomny lub martwy mniej więcej metr ode mnie; na jego głowie widać było zaschniętą krew. Phil, Myshtigo i dziewczyny rozmawiali po cichu w przeciwległym kącie.
Kiedy to wszystko docierało do mojej świadomości, masowałem sobie skroń. Lewy bok bolał mnie bez przerwy i liczne inne części mojego ciała postanowiły przyłączyć się do zabawy.
— Obudził się — powiedział nagle Myshtigo.
— Cześć. Wróciłem — potwierdziłem.
Podeszli do mnie, a ja podniosłem się. Był to niezwykły wyczyn z mojej strony, ale udało mi się.
— Jesteśmy więźniami — oznajmił Myshtigo.
— Tak? Naprawdę? Nigdy bym nie zgadł.
— Takie rzeczy są nie do pomyślenia na Talerze — zauważył — czy każdym innym świecie w Konglomeracie Yegańskim.
— Szkoda, że pan tam nie został — stwierdziłem. — Proszę nie zapominać, że wiele razy prosiłem pana o powrót.
— Nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie pański pojedynek.
Wtedy wymierzyłem mu policzek. Nie mogłem się zdobyć na uderzenie go pięścią. Był po prostu zbyt żałosny. Trzasnątem go grzbietem dłoni aż zatoczył się na ścianę.
— Czy chce mi pan powiedzieć, że nie wie pan, dlaczego dziś rano stałem tam jak tarcza na strzelnicy?
— Z powodu kłótni z moim ochroniarzem… — oświadczył rozcierając policzek.
— …o to, czy Hasan ma pana zabić, czy nie.
— Mnie? Zabić…?
— Dajmy temu spokój — powiedziałem. — To i tak nie ma znaczenia. Teraz już nie. Nadal myśli pan kategoriami talerskimi i niech już pan tak myśli przez te ostatnie godziny swojego życia. Miło by było, gdyby po swoim przyjeździe mógł pan u nas trochę pobyć. Ale sprawy przyjęły inny obrót.
— Umrzemy tu, prawda? — zapytał.
— Takie zwyczaje panują w tyin kraju.
Odwróciłem się i przyjrzałem człowiekowi, który obserwował mnie zza krat. Hasan już stał oparty o ścianę i trzymał się za głowę. Nie zauważyłem, jak wstawał.
— Witam. Miłego popołudnia — powiedział po angielsku ten za kratami.
— Czy teraz jest popołudnie? — spytałem.
— Tak.
— Dlaczego nie jesteśmy martwi?
— Bo chciałem was żywych — oświadczył. — Nie ciebie osobiście, Conradzie Nomikosie, komisarzu Departamentu Sztuki, Zabytków i Archiwów, ani twoich wybitnych przyjaciół, włącznie z nadwornym poetą. Chciałem, aby wszelkich pojmanych więźniów przyprowadzili żywych. Wasza tożsamość, jakby to powiedzieć, dodaje sprawie smaczku.
— Z kim mam przyjemność? — zapytałem.
— To doktor Moreby — powiedział George.
— Ich znachor — dodał Dos Santos.
— Wolę określenie „szaman” albo „czarownik” — poprawił Moreby z uśmiechem.