Выбрать главу

Przybliżyłem się do kraty i zobaczyłem, że Moreby jest dość chudy, dobrze opalony i gładko wygolony, i włosy ma zaplecione w jeden olbrzymi czarny warkocz oplatający mu głowę niczym kobra. Miał ciemne, blisko siebie osadzone oczy, wysokie czoło i dużą szczękę opadającą poniżej jego grdyki. Nosił plecione sandały, czyste zielone sari i naszyjnik z kości ludzkich palców. W uszach miał duże srebrne kółka w kształcie węży.

— Mówisz poprawną angielszczyzną — powiedziałem. — A „Moreby” to nie greckie nazwisko.

— Dobry Boże! — wykonał pełen wdzięku gest, udając zaskoczenie. — Nie jestem tubylcem! Jak mogłeś mnie wziąć za tubylca?

— Przepraszam. Teraz widzę, że jesteś zbyt dobrze ubrany.

Zachichotał.

— Ach, chodzi o ten stary łach… Po prostu narzuciłem go na siebie. Nie, pochodzę z Talera. Poczytałem sobie trochę cudownie porywającej literatury na temat Ruchu Propagatorów Powrotu i postanowiłem wrócić, by pomóc odbudować Ziemię.

— Tak? I co się wtedy stało?

— Biuro nie przyjmowało pracowników w tamtym okresie i miałem pewne problemy ze znalezieniem zajęcia. W końcu wiec postanowiłem zająć się pracą badawczą. Ta okolica aż roi się od możliwości.

— Jaką pracą badawczą?

— Mam dwa stopnie naukowe z dziedziny antropologii, które uzyskałem w Nowym Harvardzie. Postanowiłem zbadać dogłębnie Napromieniowane Plemię — i po pewnym okresie przymilania się tym ludziom uzyskałem ich akceptację. Przystąpiłem do ich kształcenia. Wkrótce zaczęli okazywać mi szacunek. To wspaniale działa na ego.

Z biegiem czasu moje badania i moja praca społeczna traciły jednak na znaczeniu. Cóż, przypuszczam, że czytałeś Jądro ciemności i wiesz, o co mi chodzi. Miejscowe praktyki mają taki… no cóż, zasadniczy charakter. Stwierdziłem, że uczestnictwo w nich jest bardziej pobudzające od obserwowania. Postanowiłem dodać odrobinę estetyki do ich niektórych bardziej wulgarnych poczynań. Tak więc w sumie rzeczywiście wykształciłem ich. Odkąd tu przybyłem, robią wiele rzeczy z większą klasą.

— R z e c z y? Na przykład co?

— No cóż, po pierwsze byli przedtem prostymi kanibalami. Po drugie przed uśmierceniem jeńców postępowali z nimi dość prymitywnie. Takie rzeczy odgrywają istotną rolę. Jeżeli są przeprowadzane prawidłowo, świadczą o klasie człowieka — chyba rozumiesz, o co mi chodzi. Oto zjawiłem się tu poznawszy przedtem mnóstwo zwyczajów, przesądów i tabu — z wielu kultur i wielu epok. — Znów wykonał gest. — Człowiek — nawet półczłowiek, Napromieniowany człowiek — to istota, która uwielbia rytuały, a ja znałem tak wiele rytuałów i podobnych rzeczy. Tak więc wykorzystałem to wszystko z pożytkiem i teraz zajmuję zaszczytne i poważane stanowisko.

— Co mi powiesz na nasz temat? — spytałem.

— Ostatnio zrobiło się tu dość nudno — odparł — i tubylcy zaczęli odczuwać niepokój. Postanowiłem więc, że nadszedł czas na kolejną ceremonię. Naradziłem się z Prokrustesem, Wodzem Wojny, i zaproponowałem, żeby poszukał jakichś więźniów. O ile się nie mylę, to chyba na stronie 577 skróconego wydania Złotej gałęzi jest napisane, że „plemię Tolalaki, osławieni łowcy głów ze Środkowego Celebesu, piją krew i jedzą mózgi swoich ofiar, żeby nabrać odwagi. Ttaloni z Filipin piją krew swoich zabitych wrogów i jedzą na surowo tylne części ich głów oraz trzewia, żeby przejąć ich odwagę.” No cóż, mamy język poety, krew dwóch bardzo groźnych wojowników, mózg wybitnego naukowca, zjadliwą wątrobę porywczego polityka i vegańskie ciało w interesującym kolorze — wszystko w tym jednym pomieszczeniu tutaj. Powiedziałbym, że to całkiem niezła zdobycz.

— Wyrażasz się aż nazbyt jasno — zauważyłem. — Co z kobietami?

— Dla nich wymyślimy długi obrządek płodności, który zakończy się długotrwałym składaniem ofiary.

— Rozumiem.

— …To znaczy, jeśli nie pozwolimy wam wszystkim odejść bez przeszkód.

— Jak to?

— Tak. Prokrustes lubi dawać ludziom szansę, by zmierzyli się z pewnym wzorcem, by zostali poddani próbie i ewentualnie okupili swe błędy. W tym względzie jest jak najbardziej chrześcijaninem.

— I, jak sądzę, postępuje tak jak kiedyś jego imiennik?

W tym momencie Hasan podszedł i stanął obok mnie, po czym spojrzał przez kraty na Moreby'ego.

— Dobrze, bardzo dobrze — powiedział Moreby. — Naprawdę chciałbym, żebyś tu jeszcze pobył przez jakiś | czas. Masz poczucie humoru. Większość Kouretów nie posiada tego dodatku do swoich osobowości, które poza tym jednym szczegółem są wzorowe. Mógłbym cię polubić…

— Daj sobie spokój. Opowiedz mi jednak o tym, jak się okupić.

— Tak. Jesteśmy strażnikami Trupa. To moje najciekawsze dzieło. Jestem pewien, że jeden z was dwóch przekona się o tym w trakcie krótkiej znajomości z nim.

Zerknął na Hasana, potem na mnie i znów na Ha-sana.

— Słyszałem o nim — powiedziałem. — Powiedz, co trzeba zrobić.

— Musicie wystawić mistrza do walki z nim, dziś wieczorem, kiedy zmartwychwstanie.

— Kim on jest?

— Wampirem.

— Gówno prawda. Kim on naprawdę jest?

— Prawdziwym wampirem. Przekonasz się.

— Dobra, niech będzie tak jak chcesz. Jest wampirem i jeden z nas będzie z nim walczył. Jak?

— Gołymi rękami, metodą „wszystkie chwyty dozwolone” — a nietrudno będzie go chwycić. Będzie tylko stał i czekał na ciebie. Biedaczek, jest spragniony i głodny.

— A jeżeli zostanie pokonany, to czy twoi jeńcy zostaną uwolnieni?

— Taka jest zasada, którą ustanowiłem jakieś szesnaście czy siedemnaście lat temu. Oczywiście taka okoliczność jeszcze nigdy się nie zdarzyła…

— Rozumiem. Próbujesz powiedzieć mi, że on jest twardy.

— Jest niepokonany. Na tym polega dowcip. Ceremonia nie udałaby się, gdyby pojedynek mógł się zakończyć w jakikolwiek inny sposób. Przed walką opowiadam, jaki będzie jej przebieg, a potem moi ludzie są tego świadkami. To umacnia ich wiarę w przeznaczenie i mój bliski związek z zrządzeniami losu.

Hasan zerknął na mnie.

— O co mu chodzi, Karagee?

— Wynik walki jest ustalony — odparłem.

— Wręcz przeciwnie — zaprzeczył Moreby. — Nie jest ustalony. Nie musi być. Kiedyś na tej planecie krążyło pewne powiedzenie związane z bardzo starym sportem: Nigdy nie stawiaj przeciwko cholernym Jankesom, bo stracisz pieniądze. Trup jest niepokonany, bo urodził się z wielkimi możliwościami, które ja znacznie zwiększyłem. Skonsumował wielu mistrzów, więc oczywiście posiadł siłę ich wszystkich. Każdy, kto czytał Frazera, wie o tym.

Ziewnął, zakrywając usta różdżką z piór.

— Muszę teraz iść do rożna, żeby dopilnować przyozdabiania sali jadalnej gałązkami ostrokrzewu. Dziś po południu wybierzecie swojego mistrza. Spotkamy się wszyscy wieczorem. Do widzenia.

— Potknij się i złam sobie kark. Uśmiechnął się i wyszedł z chałupy.

Zwołałem zebranie.

— W porządku — zacząłem. — Mają dziwacznego Napromieniowanego, który nazywa się Trup i jest podobno bardzo twardy. Będę z nim walczył dziś wieczorem. Jeżeli zdołam go pokonać, ponoć zostaniemy uwolnieni, ale nie dałbym złamanego szeląga za obietnice Moreby'ego. Dlatego musimy zaplanować ucieczkę, bo w przeciwnym razie trafimy na talerz w charakterze jedzenia.

— Phil, czy pamiętasz drogę do Wolos? — zapytałem.

— Chyba tak. To było tak dawno temu… Ale gdzie my się teraz znajdujemy, co to za miejsce?

— Jeżeli to się na coś przyda — odezwał się Myshtigo stojący przy oknie — widzę poświatę. Jest w kolorze, na który nie ma odpowiedniego słowa w waszym języku, i ciągnie się w tamtym kierunku. — Wskazał ręką. — To kolor, który normalnie widzę w pobliżu materiałów radio-aktywnych, jeżeli atmosfera wokół nich jest dostatecznie gęsta. Ta poświata rozciąga się nad dość dużym obszarem. Podszedłem do okna i spojrzałem w tamtym kierunku.