Выбрать главу

— To może być Napromieniowane Miejsce — stwierdziłem. — Jeżeli tak, to znaczy, że przenieśli nas kawałek dalej i znajdujemy się bliżej wybrzeża, a to dobrze. Czy ktoś był przytomny, kiedy nas tu przyniesiono?

Nikt nie odpowiedział.

— W porządku. A więc przyjmiemy, że to jest Napromieniowane Miejsce i że jesteśmy bardzo blisko nie-go. Zatem, żeby dotrzeć do Wolos, trzeba zawrócić. — Wskazałem w przeciwnym kierunku. — Ponieważ słońce świeci po tej stronie chałupy i jest popołudnie, po dotarciu do drogi idźcie w drugą stronę — w kierunku przeciwnym do zachodzącego słońca. To może być nie więcej niż dwadzieścia pięć kilometrów.

— Wytropią nas — stwierdził Dos Santos.

— Są konie — powiedział Hasan.

— Co takiego?

— Kawałek dalej, na wybiegu. Wcześniej trzy stały przy tamtej balustradzie. Teraz są za narożnikiem budynku. Może ich być więcej. Wyglądały jednak na liche chabety.

— Czy wszyscy umiecie jeździć konno? — zapytałem.

— Nigdy nie jeździłem na koniu — odparł Myshtigo — ale thrid jest trochę do niego podobny. Umiem jeździć noa thridzie.

Pozostali umieli jeździć konno.

— A więc dziś wieczorem — powiedziałem. — Jeśli będzie trzeba, jedźcie dwójkami. Jeżeli koni będzie za dużo, odwiążcie resztę i rozpędźcie. Gdy zajmą się obserwowaniem mojej walki z Trupem, przedostańcie się do wybiegu. Łapcie każdą broń, jaka wam wpadnie w ręce, i spróbujcie utorować sobie drogę do koni. Phil, dowieź ich do Makrinicy i wymień nazwisko „Korones”, obojętne gdzie będziecie. Przyjmą was i ochronią.

— Przykro mi — oświadczył Dos Santos — ale pański plan nie jest dobry.

— Jeśli ma pan lepszy, to proszę go przedstawić.

— Przede wszystkim — wyjaśnił — nie możemy polegać na panu Graberze. Kiedy był pan nieprzytomny, odczuwał silny ból i był bardzo osłabiony. George jest przekonany, że w trakcie naszej potyczki z Kouretami lub niedługo potem miał atak serca. Jeśli cokolwiek mu się stanie, będziemy zgubieni. Jeżeli uda nam się uwolnić, będziemy potrzebowali pana do wyprowadzenia nas stąd. Po prostu nie możemy liczyć na pana Grabera.

— Po drugie — ciągnął — nie jest pan jedyną osobą zdolną do walki z egzotycznym drabem. Hasan podejmie się pokonania Trupa.

— Nie mogę go o to prosić — sprzeciwiłem się. — Nawet jeśli zwycięży, prawdopodobnie nas już tu nie będzie i z pewnością dość szybko dobiorą się do niego. A to oznaczałoby jego śmierć. Wynajął go pan, żeby dla pana zabijał, a nie umierał.

— Będę z nim walczył, Karagee — powiedział.

— Nie musisz.

— Ale chcę.

— Jak się teraz czujesz, Phil? — spytałem.

— Lepiej, znacznie lepiej. Przypuszczam, że to były tylko kłopoty z żołądkiem. Nie przejmuj się.

— Czy czujesz się na siłach, żeby dojechać na koniu do Makrinicy?

— Nie ma problemu. To będzie łatwiejsze od pieszej wędrówki. Przecież ja się niemal urodziłem na grzbiecie konia. Chyba pamiętasz.

— „Pamiętasz?” — zapytał Dos Santos. — Co pan chce przez to powiedzieć, panie Graber? Jakim cudem Conrad mógłby pamię…

— …Pamięta jego sławne Ballady napisane w siodle — wtrąciła Ruda Peruka. — Do czego zmierzasz, Conradzie?

— Ja tu decyduję, dziękuję — powiedziałem. — Ja wydaję rozkazy i postanowiłem, że to ja będę walczył z wampirem.

— Uważam, że w takiej sytuacji decyzje o życiu lub śmierci powinniśmy podejmować w sposób trochę bardziej demokratyczny — odparła. — Urodziłeś się w tym kraju. Nieważne, jak dobrą pamięć ma Phil, jeden z was musi doprowadzić nas szybko na miejsce, a ty to lepiej zrobisz. Nie rozkazujesz Hasanowi umrzeć, ani go nie opuszczasz.

On się zgłasza na ochotnika.

— Zabiję Trupa — powiedział Hasan — i podążę za wami. Umiem ukrywać się przed ludźmi. Pójdę waszym śladem.

— To należy do moich obowiązków — przerwałem.

— Skoro nie możemy dojść do porozumienia, niech los zadecyduje — zaproponował Hasan. — Rzućmy monetę.

— Niech będzie. Czy oprócz broni zabrali nam też pieniądze?

— Mam trochę bilonu — odparła Ellen. — Rzuć monetę w powietrze. Zrobiła to.

— Orzeł — powiedziałem, kiedy metalowy krążek spadł na podłogę.

— Reszka — oznajmiła Ellen.

— Nie ruszaj monety!

Rzeczywiście wypadła reszka. I moneta nie była fałszywa, po drugiej stronie był orzeł.

— W porządku, Hasan, ty szczęściarzu — powiedziałem. — Właśnie wygrałeś los bohatera z typu „zrób to sam”, wraz z potworem. Powodzenia.

Wzruszył ramionami.

— Takie było przeznaczenie.

Potem usiadł plecami do ściany, z podeszwy lewego sandała wyjął maleńki nożyk i zaczął obcinać paznokcie. Zawsze był dość zadbanym zabójcą. Przypuszczam, że czystość jest bliską krewną sztuk diabelskich, czy coś w tym guście.

Kiedy słońce znikało powoli na zachodzie, Moreby Wrócił do nas z oddziałem Kouretów uzbrojonych w szable.

— Nadeszła pora — oznajmił. — Czy wybraliście swojego mistrza?

— Hasan będzie z nim walczył — odparłem.

— Bardzo dobrze. Zatem chodźcie. Nie próbujcie żadnych głupstw. Za nic nie chciałbym dostarczyć uszkodzonego towaru na uroczystość.

W otoczeniu uzbrojonych strażników wyszliśmy z chałupy i ruszyliśmy ulicą do wioski, mijając wybieg. Stało tam osiem koni ze spuszczonymi łbami. Nawet w półmroku dostrzegłem, że nie są to zbyt dobre wierzchowce. Całe boki miały pokryte ranami i były wychudzone. Podczas mijania wybiegu wszyscy na nie zerknęli.

Wioska składała się z około trzydziestu chałup, takich jak ta, w której nas więziono. Szliśmy błotnistą drogą, porytą koleinami i zaśmieconą. Wszędzie cuchnęło potem, moczem, zgniłymi owocami i spalenizną.

Przeszliśmy około osiemdziesięciu metrów i skręciliśmy w lewo, Tutaj skończyła się ulica i zeszliśmy ścieżką na wielką, uprzątniętą polanę. Tłusta, łysa kobieta z ogromnymi piersiami i twarzą zżartą przez raka skóry doglądała wątłego, ale jakże niepokojącego ognia na dnie dołu pod olbrzymim rożnem. Kiedy ją mijaliśmy, uśmiechnęła się i głośno cmoknęła wargami.

Na ziemi wokół niej leżały wielkie, zaostrzone pale…

Nieco dalej znajdował się płaski obszar ubitej, gołej ziemi. Na jednym skraju tego pola stało olbrzymie, oplecione przez winną latorośl drzewo typu tropikalnego, które przystosowało się do naszego klimatu. Wokół pola rozmieszczono rzędy dwuipółmetrowych pochodni, na których ogień trzepotał niczym chorągwie. Na drugim końcu stała najbardziej wymyślna w wiosce chałupa. Miała mniej więcej pięć metrów wysokości i dziesięć szerokości na przodzie. Była pomalowana na kolor jaskrawoczerwony i cała pokryta magicznymi symbolami. Całą środkową część frontowej ściany zajmowały wysokie rozsuwane drzwi. Dwóch uzbrojonych Kouretów stało na straży przed nimi.

Ze słońca pozostała jedynie pomarańczowa łupinka, gdy Moreby poprowadził nas przez całe pole w kierunku drzewa.

Około stu widzów siedziało na ziemi po c m stronach, na zewnątrz rzędu pochodni.

Moreby wskazał gestem na czerwoną cha upę.