Выбрать главу

— Połamie mu kości…

— Zje jego wątrobę.

— Zje jego wątrobę.

— Napije się krwi z jego gardła.

— Napije się krwi z jego gardła.

— Ogromna jest jego siła.

— Ogromna jest jego siła.

— Wielki jest Trup!

— Wielki jest Trup!

— Dziś wieczorem — powiedział cicho Hasan — faktycznie stanie się trupem.

— Trupie! — zawołał Moreby, kiedy Hasan wyszedł i stanął przed nim. — Składam ci tego człowieka, Hasana, w ofierze!

Następnie Moreby odsunął się i skinął na strażników, żeby odprowadzili nas na bok.

Idiota błysnął jeszcze szerszym uśmiechem i powoli wyciągnął rękę w kierunku Hasana.

— W imię Allacha — wykrzyknął Hasan pozorując odwrót od Trupa i równocześnie przechylając się w lewą stronę do ziemi.

Poderwał prawą rękę, wyrzucił ją do góry i równo-cześnie obrócił, szybko i mocno, jakby strzelał z bicza, po czym wymierzył Trupowi potężny cios krawędzią pięści stronę szczęki.

Biała głowa odskoczyła o nie więcej niż trzynaście centymetrów.

I wampir nadal szczerzył zęby w uśmiechu…

Potem wyciągnął swe krótkie, potężne ramiona i złapał przeciwnika pod pachami. Hasan wbił paznokcie w jego boki i przesuwając ręce ku górze wyrył w nich cienkie, czerwone bruzdy. Następnie chwycił Trupa za ramiona, a w miejscach, gdzie palce Araba wbiły się w jego mięśnie pokryte śnieżnobiałą skórą, pojawiły się czerwone krople.

Tłum wrzasnął na widok krwi Trupa. Jednak jej zapach, albo krzyki podnieciły samego idiotę, bo uniósł Hasana pół metra nad ziemią i pobiegł z nim naprzód.

Na jego drodze stało duże drzewo i kiedy Hasan w nie uderzył, jego głowa opadła.

Potem Trup przygniótł go ciałem, odsunął się powoli, otrząsnął się i zaczął go bić.

Młócił nieszczęśnika swoimi prawie groteskowo krótkimi, grubymi rękami.

Hasan zasłonił twarz dłońmi i trzymał łokcie przy brzuchu.

A Trup walił go w boki i głowę. Zwyczajnie unosił i opuszczał ramiona.

I nie przestawał się uśmiechać.

W końcu ręce Hasana opadły i zacisnął je na brzuchu.

Z kącików jego ust sączyła się krew.

Niezwyciężona zabawka kontynuowała swoją zabawę.

A potem w oddali, po drugiej stronie nocy, tak daleko, że tylko ja byłem w stanie usłyszeć, rozległ się głos, który rozpoznałem.

Było to donośne wycie mojego psa piekielnego, Borta-na, obwieszczające polowanie.

Odnalazł gdzieś mój trop i teraz biegł do mnie, przemierzając noc, skacząc jak kozica, sunąc jak koń czy rzeka. Moręgowaty, z oczami jak żarzące się węgle i zębami jak piła tarczowa.

Mój Bortan nigdy nie męczył się biegiem.

Tacy jak on rodzą się nieustraszeni, mają polowanie we krwi i noszą piętno śmierci.

Mój pies piekielny był w drodze i nic nie mogło go powstrzymać.

Ale znajdował się daleko, jakże daleko, po drugiej stronie nocy…

Tłum wrzeszczał. Hasan był już u kresu wytrzymałości fizycznej. Każdy by na jego miejscu był.

Kątem oka (brązowego) dostrzegłem nieznaczny ruch Ellen, jakby prawą ręką rzuciła jakiś przedmiot…

Po dwóch sekundach nastąpił wybuch.

Tuż obok idioty coś zasyczało i zapłonęło jaskrawym blaskiem.

Trup zaczął jęczeć, stracił panowanie nad sobą.

Stary, dobry Przepis 237. l (wydany przeze mnie):

„Każdy przewodnik wycieczki i wszyscy jej uczestnicy muszą podczas podróży mieć przy sobie nie mniej niż trzy flary magnezjowe.”

Oznaczało to, że Ellen ma jeszcze tylko dwie. Niech będzie błogosławiona.

Idiota przestał bić Hasana.

Spróbował kopnąć flarę. Wrzasnął. Znów spróbował kopnąć. Zakrył sobie oczy. Upadł i kulał się po ziemi.

Hasan to obserwował, krwawiąc i dysząc…

Flara płonęła, Trup wrzeszczał…

W końcu Hasan ruszył się.

Wyciągnął rękę do góry i chwycił jedno z grubych pnącz zwisających z drzewa.

Pociągnął je. Napotkał opór. Szarpnął mocniej. Pnącze opadło.

Kiedy oplatał końcówki liany wokół dłoni, jego ruchy były pewniejsze.

Znów zasyczała flara, znów zapłonęła…

Hasan ukląkł obok Trupa i szybkim ruchem owinął pnącze wokół jego szyi.

Znów zasyczała flara.

Hasan zacisnął pętlę.

Trup usiłował wstać.

Arab zacisnął pętlę jeszcze mocniej.

Idiota chwycił go w pasie.

Potężne mięśnie ramion Skrytobójcy wybrzuszyły się. Pot mieszał się z krwią na jego twarzy.

Trup wstał unosząc ze sobą Hasana, który jeszcze bardziej zacisnął pętlę.

Kiedy idiota unosił Hasana z ziemi, jego twarz już nie była biała, lecz pocętkowana, a żyły, które mu wystąpiły na czole i spęczniały na karku, przypominały sznurki.

Tak jak ja kiedyś uniosłem golenia, tak Trup podniósł teraz Hasana. Kiedy wytężał wszystkie swoje nieludzkie siły, pnącze zatopiło się jeszcze głębiej w jego szyi.

Tłum lamentował i śpiewał chaotycznie jakąś pieśń. Bębnienie, które doszło do poziomu histerycznego pulsowania, rozbrzmiewało z maksymalnym natężeniem i ani na chwilę nie ustawało. I wtedy znów usłyszałem wycie, nadal bardzo odległe.

Flara zaczęła gasnąć.

Trup zatoczył się, a potem, kiedy wstrząsnął nim gwałtowny skurcz, odrzucił Araba na bok.

Wyrwane z rąk Hasana pnącze poluźniło się na gardle idioty.

Hasan wziął ukemi i przekulnął się na kolana. Pozostał w tej pozycji.

Trup ruszył w jego kierunku, ale po chwili zachwiał się na nogach.

Całym jego ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Zacharczał i złapał się za gardło. Twarz mu pociemniała. Podszedł chwiejnym krokiem do drzewa i wyciągnął rękę. Oparł się i sapał. Przez chwilę dyszał hałaśliwie. Ręka ześlizgnęła mu się po pniu i upadł na ziemię. Dźwignął się do pozycji kucznej.

Hasan wstał i poszedł po pnącze, które wcześniej spadło z szyi Trupa.

Zbliżył się do idioty.

Tym razem jego uścisk był nie do rozwarcia.

Trup upadł i już więcej nie wstał.

To było jak wyłączenie radia, które grało rozkręcone na pełen regulator.

Pstryk…

Nastała głęboka cisza — to wszystko zdarzyło się tak szybko. I czuła była noc, zaprawdę czuła, kiedy wyciągnąłem rękę, złamałem kark stojącemu obok mnie strażnikowi i wziąłem jego szablę. Potem obróciłem się w lewo i rozłupałem ostrzem czaszkę następnego.

Nastąpiło kolejne „pstryk” i radio znów zostało rozkręcone na cały regulator, ale tym razem były same zakłócenia. Spokój nocy został zburzony.

Myshtigo powalił jednego strażnika pełnym nienawiści ciosem w kark i kopnął innego w goleń. George zdołał błyskawicznie kopnąć najbliżej stojącego ludożercę w krocze.

Dos Santos, trochę powolniejszy — lub po prostu pechowy — otrzymał dwa dotkliwe ciecia, w ramię i klatkę piersiową.

Tłum powstał z ziemi i wyglądało to, jak przyspieszo-ny film pokazujący rozrost kiełków fasoli.

Ludożercy ruszyli na nas.

Ellen zarzuciła burnus Hasana na głowę strażnika z szablą, który zamierzał wypruć wnętrzności z jej męża, a nadworny poeta Ziemi spuścił duży kamień na czubek płachty — z pewnością zaszkodził tym uczynkiem swoim zasadom, ale nie wyglądał na bardzo zmartwionego tym faktem.

Hasan dołączył do naszej grupki. Uderzając ręką w płaską powierzchnię ostrza szabli, według starej, samu-rajskiej techniki, którą uważałem za całkowicie zapomnianą, odparował cios, a po kolejnym szybkim ruchu miał już szablę w ręku i bardzo sprawnie się nią posługiwał.