Выбрать главу

Zanim tłum znalazł się w połowie drogi do nas, zabiliśmy lub okaleczyliśmy wszystkich naszych strażników.

Biorąc przykład z Ellen, Dianę rzuciła wysokim łukiem trzy flary magnezjowe w kierunku motłochu. Następnie zaczęliśmy uciekać. Ellen i Ruda Peruka podtrzymywały Dos Santosa, który miał trudności z utrzymaniem równowagi.

Koureci jednak odcięli nam drogę i biegliśmy na pół-noc, w kierunku przeciwnym do naszego celu.

— Nie damy rady, Karagee — zawołał Hasan.

— Wiem.

— Chyba że ty i ja powstrzymamy ich, podczas gdy reszta popędzi naprzód.

— Dobrze. W którym miejscu?

— Przy dole z rożnem, gdzie ścieżka jest otoczona gęstym lasem. To wąskie gardło. Nie będą mogli zaatakować nas wszyscy naraz.

— Racja! — Odwróciłem się do pozostałych. — Słyszeliście? Biegnijcie do koni! Phil was poprowadzi! Hasan i ja powstrzymamy ich tak długo, jak tylko zdołamy! Ruda Peruka odwróciła głowę i zamierzała coś powiedzieć.

— Nie spierajcie się! Idźcie! Przecież chcecie żyć, prawda?

Chcieli żyć. Poszli.

Przy dole z rożnem Hasan i ja odwróciliśmy się i czekaliśmy. Pozostali znów zmienili kierunek i zaczęli przedzierać się przez las, zmierzając do wioski i wybiegu dla koni. Motłoch był coraz bliżej.

Nastąpił atak pierwszej fali i rozpoczęła się rzeź. Byliśmy w miejscu, gdzie ścieżka wychodziła z lasu na równinę. Teren ukształtowany tu był podobnie do litery V. Po lewej stronie mieliśmy dół, w którym tlił się ogień, a po prawej gęsty las. Zabiliśmy trzech, a kilku innych krwawiło, kiedy cofnęli się, przystanęli na chwilę, a potem zaczęli nas oskrzydlać.

Wtedy stanęliśmy plecami do siebie i cięliśmy ich, gdy do nas podchodzili.

— Jeżeli choćby jeden z nich ma broń palną, to jesteśmy skończeni, Karagee.

— Wiem.

Kolejny półczłowiek padł od ciecia mojego ostrza. Jeden napastnik trafiony przez Hasana wleciał z krzykiem do jamy.

Wtedy ruszyli na nas ze wszystkich stron. Jedno ostrze przedostało się przez moją osłonę i przecięło mi ramię. Inne drasnęło mnie w udo.

— Cofnijcie się, głupcy! Wycofajcie się, pokraki!

Wykonali rozkaz, uchodząc poza zasięg rażenia.

Człowiek, który wydał rozkaz, miał mniej więcej metr siedemdziesiąt wzrostu. Jego dolna szczęka poruszała się jak u kukiełki, jakby była na zawiasach, a jego zęby przypominały dwa rzędy kostek do gry w domino — wszystkie miały ciemne plamki i szczękały przy otwieraniu i zamykaniu ust.

— Tak, Prokrustesie — powiedział ktoś w tłumie.

— Przynieście sieci! Weźcie ich żywcem! Nie podchodźcie do nich! Już i tak zadali nam zbyt duże straty! Obok niego stał Moreby, który skomlał jak pies.

— …Nie wiedziałem, panie.

— Milcz! Ty fabrykancie obrzydliwych brei! Przez ciebie straciliśmy boga i wielu ludzi!

— Atakujemy? — zapytał Hasan.

— Nie, ale przygotuj się do przecinania sieci, kiedy je przyniosą.

— To dobrze, że chcą nas wziąć żywcem — doszedł do wniosku.

— Posłaliśmy wielu do piekła, żeby utorować sobie drogę — powiedziałem — i nadal stoimy i trzymamy szable w ręku. Cóż jeszcze możemy zrobić?

— Jeżeli zaatakujemy ich, weźmiemy ze sobą jeszcze dwóch, może czterech. Jeśli będziemy czekać, zarzucą na nas sieci i umrzemy bez nich.

— Jakie to ma znaczenie, kiedy człowiek jest martwy? Poczekajmy. Dopóki żyjemy, każda następna chwila niesie z sobą różne szansę ocalenia.

— Jak sobie życzysz.

I znaleźli sieci, i zarzucili je. Porozcinaliśmy trzy z nich, nim spętali nas w czwartą. Zacisnęli ją i podeszli do nas.

Poczułem, jak ktoś wyrywa mi szablę z ręki. Ktoś in-ny wymierzył mi kopniaka — był to Moreby.

— Teraz umrzecie tak, jak bardzo niewielu umiera — powiedział.

— Czy pozostali uciekli?

— Nie na długo — odparł. — Wytropimy ich, znaj-dziemy i sprowadzimy z powrotem. Wybuchnąłem śmiechem.

— Przegrałeś — powiedziałem. — Nie dadzą się złapać. Znów mnie kopnął.

— A wiec tak przestrzegasz swoich zasad? — spyta-łem. Przecież Hasan pokonał Trupa.

— Oszukiwał. Kobieta rzuciła flarę.

Kiedy związywano nas w sieci, Prokrustes podszedł do Moreby'ego.

— Zabierzmy ich do Doliny Snu — zaproponował szaman — i tam postąpmy z nimi wedle naszej woli i pozostawmy zakonserwowanych na przyszłe ucztowanie.

— To dobry pomysł — zgodził się Prokrustes. — Tak się stanie.

Przez cały ten czas Hasan musiał wyplątywać lewą rękę z sieci, bo wysunął ją szybko i drapnął Prokrustesa w nogę.

Prokrustes kopnął go kilka razy, a na dodatek i mnie wymierzył kopniaka. Pomasował też zadrapania na łydce.

— Czemu to zrobiłeś, Hasan? — zapytałem, gdy Prokrustes odwrócił się i rozkazał, żeby nas przywiązano do pali od rożna w celu przeniesienia.

— Być może na moich paznokciach pozostało trochę meta-cyjanu — wyjaśnił.

— Skąd on się tam wziął?

— Z pocisków na moim pasie, Karagee, których mi nie zabrali. Po naostrzeniu paznokci, pokryłem je dzisiaj trucizną.

— Aha! Na początku walki zadrasnąłeś Trupa…

— Tak, Karagee. Potem to była tylko kwestia przetrwania przy życiu do chwili, aż idiota padnie.

— Jesteś wzorowym skrytobójcą, Hasan.

— Dziękuję, Karagee.

Nadal skrępowani w sieci, zostaliśmy przywiązani do pali. Na rozkaz Prokrustesa czterech ludzi podniosło nas z ziemi.

Z Moreby'm i Prokrustesem kroczącymi na czele, poniesiono nas w ciemnościach nocy.

Kiedy posuwaliśmy się nierównym szlakiem, teren wokół nas zaczął się zmieniać. Zawsze tak się dzieje, kiedy człowiek zbliża się do Napromieniowanego Miejsca. Przypomina to pieszą wędrówkę wstecz przez ery geologiczne.

Mijane po drodze drzewa były inne niż przedtem. W końcu szliśmy zawilgoconym przejściem między ciemnymi, strzelistymi pniami porośniętymi liśćmi podobnymi do paproci; spośród tego listowia zerkały na nas różne stwory o skośnych, żółtych oczach. Wysoko nad głową noc przypominała brezentowy namiot rozciągnięty na szczytach drzew, pocętkowany bladymi kropkami gwiazd i z rozdarciem w kształcie półkola. Z gęstego lasu dochodziły odgłosy podobne do ptasich krzyków, które kończyły się parsknięciami. Jakaś ciemna sylwetka przebiegła kawałek przed nami w poprzek ścieżki.

Drzewa były coraz mniejsze, a odległości między nimi coraz większe. Różniły się one od drzew, które napotkaliśmy po wyjściu z wioski. Były poskręcane (i skręcały się przez cały czas!) i miały gałęzie podobne do wodorostów, sękate pnie oraz odkryte korzenie, które pełzły powoli po powierzchni ziemi. Maleńkie, niewidoczne stworki wydawały z siebie odgłosy podobne do drapania, uciekając od światła elektrycznej latarni Moreby'ego.

Odwracając głowę odkryłem słaby, pulsujący blask imitujący światło na granicy widzialnego widma. Dochodził z naprzeciwka.

Pod stopami pojawiła się obfitość ciemnych pnączy, które wiły się, gdy tylko któryś z naszych tragarzy nadepnął na nie.

Drzewa zmieniły się w zwykłe paprocie, a potem te też zniknęły. Zastąpiła je mnogość kosmatych porostów w kolorze krwi. Dostrzec je można było na wszystkich głazach. Lekko fosforyzowały.

Nie słychać było już zwierzęcych odgłosów. Nie było już zresztą żadnych odgłosów z wyjątkiem sapania naszych czterech tragarzy, odgłosu kroków oraz sporadycznych przytłumionych trzasków, kiedy Prokrustes uderzał karabinem maszynowym w głazy pokryte wyściółką. Nasi tragarze mieli noże za pasami. Moreby niósł kilka noży, jak również mały pistolet.