Выбрать главу

Szlak wznosił się teraz stromo pod górę. Jeden z naszych tragarzy zaklął. Namiot nocy gwałtownie opadł na poprzedniej krawędzi; zetknął się z horyzontem i wypełniła go blada mgiełka w kolorze fioletowym, bledsza od wydmuchniętego dymu papierosowego. Powoli, bardzo wysoko i z trzepotem skrzydeł przypominającym odgłos fal morza wzburzonego przez diabła morskiego, przemknęła na tle tarczy księżyca ciemna sylwetka nietoperza pająkowatego.

Prokrustes upadł.

Moreby pomógł mu wstać, ale Prokrustes zatoczył się i wsparł na jego ramieniu.

— Co ci dolega, panie?

— Nagłe zawroty głowy, odrętwienie ciała… Weź mój karabin. Ciąży mi.

Hasan zachichotał.

Prokrustes odwrócił się w kierunku więźnia, a jego kukiełkowata dolna szczęka opadła.

A potem sam upadł.

Moreby dopiero co wziął od niego karabin i miał zajęte ręce. Strażnicy pośpiesznie położyli nas na ziemi i podbiegli do Prokrustesa.

— Macie wodę? — zapytał wódz i zamknął oczy.

Już ich nie otworzył.

Moreby przystawił ucho do jego klatki piersiowej, podsunął mu pióro swojej różdżki pod nozdrza.

— Nie żyje — oznajmił w końcu.

— Niczyje?

Tragarz pokryty rybią łuską zaczął płakać.

— Był dobrym wodzemłkał. Był wielkim Wodzem Wojny. Co teraz zrobimy?

— Nie żyje — powtórzył Moreby — i dopóki nie zostanie wybrany nowy Wódz Wojny, ja jestem waszym przywódcą. Owińcie go w swoje okrycia. Połóżcie na tamtym płaskim głazie przed nami. Żadne zwierzęta tu nie przychodzą, więc nic mu się nie stanie. Zabierzemy go w drodze powrotnej. Teraz jednak musimy się zemścić na tych dwóch. — Wskazał na nas różdżką. — Dolina Snu jest już niedaleko. Czy zabraliście ze sobą pigułki, które wam dałem?

— Tak.

— Tak.

— Tak.

— Tak.

— Bardzo dobrze. Zdejmijcie teraz swoje okrycia i owińcie go.

Spełnili jego polecenie i wkrótce znów nas dźwignęli. Niebawem znaleźliśmy się na szczycie wzniesienia, z którego ścieżka wiodła w dół do fluorescencyjnej jamy, jakby poznaczonej bliznami po ospie. Wydawało się, iż leżące tam wielkie głazy płoną.

— Mój syn — powiedziałem do Hasana — opisał mi to otoczenie jako miejsce, gdzie niteczka mojego życia leży na płonącym głazie. Ujrzał we śnie, jak jestem zagrożony przez Trupa, ale los odwrócił groźbę w twoim kierunku. Kiedy byłem jeszcze tylko snem w jaźni Śmierci, ta okolica została wybrana na jedno z miejsc, gdzie mogę umrzeć.

— Spaść z Shinwatu oznacza upiec się — powiedział Hasan.

Znieśli nas do rozpadliny i rzucili na głazy. Moreby odbezpieczył karabin i cofnął się.

— Uwolnijcie Greka i przywiążcie go do tamtego słupa. — Wskazał bronią.

Wykonali polecenie, krępując mocno moje ręce i nogi. Głaz był gładki, wilgotny i przynosił śmierć znienacka.

To samo zrobili z Hasanem, w odległości mniej więcej dwóch i pół metra po mojej prawej stronie.

Moreby postawił latarnię na ziemi. Światło zataczało żółte półkole wokół nas. Czterej Koureci wyglądali jak posągi demonów przy jego boku.

Uśmiechnął się. Oparł karabin o skalną ścianę za swoimi plecami.

— To Dolina Snu — powiedział. — Ci, którzy tu śpią, nie budzą się. Mięso jednak konserwuje się i dzięki temu jesteśmy zabezpieczeni przed chudymi latami. Zanim was jednak opuścimy… — Skierował na mnie swój wzrok.

— Czy widzisz, gdzie ustawiłem karabin? Nie odpowiedziałem mu.

— Przypuszczam, że twoje wnętrzności dosięgną tego miejsca, komisarzu. W każdym razie zamierzam przekonać się.

Wyjął zza pasa sztylet i ruszył w moim kierunku. Czterech półludzi poszło za nim.

— Jak myślisz, kto ma więcej bebechów? — zapytał.

— Ty czy Arab?

Żaden z nas nie odpowiedział.

— Obaj sami się przekonacie — wycedził przez zęby.

— Najpierw ty!

Wyszarpnął mi koszulę ze spodni i rozciął ją z przodu.

Powoli i wymownie zatoczył ostrzem kółko w odległości kilku centymetrów od mojego brzucha, przyglądając się przez cały czas mojej twarzy.

— Boisz się — stwierdził. — Jeszcze tego nie okazujesz, ale okażesz.

A potem rozkazał:

— Spójrz na mnie! Będę zatapiał ostrze bardzo wolno. Pewnego dnia zjem cię na obiad. Co ty na to?

Roześmiałem się. Wszystko wydało mi się nagle warte śmiechu.

Skrzywił się, a potem na jego twarzy na moment pojawiło się zaskoczenie.

— Czy ze strachu postradałeś zmysły, komisarzu?

— Pióra czy ołów? — zapytałem go.

Wiedział, co to znaczy. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, i wtedy usłyszał odgłos kopniętego kamyka w odległości około czterech metrów. Odwrócił gwałtownie w tamtym kierunku.

W ostatnich chwilach swojego życia Moreby krzyczał, kiedy Bortan skoczył na niego i przygniótł go do ziemi, a w następnej chwili oderwał mu głowę od korpusu.

Mój pies piekielny w końcu dotarł do celu.

Koureci wrzeszczeli, bo mój pies ma oczy jak żarzące się węgle, a zęby jak piła tarczowa. Jego głowa znajduje się na wysokości głowy wysokiego mężczyzny. Ludożercy chwycili za noże i zaatakowali Bortana, ale mój pies ma boki tak odporne na ciosy jak pancernik. Ćwierć tony żywego ciała, mój Bortan… nie należy do gatunku opisywanego przez Alberta Paysona Terhune'a.

Bortan rozprawiał się z nimi przez niecałą minutę, a kiedy skończył, wszyscy ludożercy byli porozrywani na kawałki i martwi.

— Co to było? — zapytał Hasan.

— Szczenię, które znalazłem w worku, wyrzucone na plażę, zbyt uparte, by utonąć: mój pies — odparłem — Bortan.

Na delikatniejszej części barku miał niewielką ranę. Otrzymał ją w walce.

— Najpierw szukał nas w wiosce — powiedziałem — i próbowali go powstrzymać. Dzisiaj zginęło wielu Koure-tów.

Bortan podbiegł do mnie truchtem i polizał mi twarz. Machał ogonem, skowyczał, wiercił się jak szczeniak i biegał w kółko. Skoczył w moim kierunku i znów mnie polizał. A potem dopadł ponownie do szczątków Kouretów.

— Dobrze jest mieć psa — stwierdził Hasan. — Zawsze lubiłem psy.

Kiedy to mówił, Bortan go obwąchiwał.

— A więc wróciłeś, ty brudny stary psie — powiedziałem. — Nie wiesz, że psy to wymarły gatunek?

Pomerdał ogonem, znów do mnie podszedł i polizał mi.

— Przepraszam, że nie mogę cię podrapać za uszami. Wiesz jednak, że chciałbym, prawda?

Zamerdał ogonem.

Otworzyłem i zamknąłem dłoń skrępowanej prawej ręki. Kiedy to robiłem, odwróciłem głowę w tamtą stronę. Bortan mnie obserwował, a jego wilgotne nozdrza drżały.

— Ręce, Bortan. Potrzebuję rąk, które mnie uwolnią. Rąk, które poluźnią moje więzy. Musisz po nie pójść, Bortan, i sprowadzić je tu.

Podniósł leżące na ziemi ramię i położył je przy moich stopach, a potem popatrzył mi w oczy i pomerdał ogonem.

— Nie, Bortan. Żywe ręce. Przyjazne ręce. Ręce, które mnie rozwiążą. Rozumiesz, prawda? Polizał moją rękę.

— Idź i znajdź ręce, które mnie uwolnią. Ręce nie oderwane od ciała i żywe. Ręce przyjaciół. A teraz ruszaj! Szybko!

Odwrócił się i odszedł, przystanął, obejrzał się jeszcze raz, po czym pobiegł ścieżką.

— Czy rozumie? — zapytał Hasan.

— Tak sądzę. Jego mózgownica to nie zwyczajny psi mózg. Poza tym ma tyle lat, że kilka razy mógłby się nauczyć rozumienia mowy.