— A więc miejmy nadzieję, że szybko kogoś znajdzie, zanim zaśniemy.
— Tak.
Tkwiliśmy tam uwiązani, a noc była zimna.
Czekaliśmy długo. W końcu straciliśmy rachubę czasu.
Dostawaliśmy bolesnych kurczów. Nasze ciała pokrywała zaschnięta krew od niezliczonych ran. Byliśmy cali posiniaczeni. Padaliśmy ze zmęczenia, z braku snu.
Tkwiliśmy tam uwiązani, a sznury wbijały nam się w ciało.
— Myślisz, że uda im się dotrzeć do wioski?
— Zapewniliśmy im dogodną sytuację wyjściową. Sądzę, że mają dużą szansę.
— Praca z tobą jest zawsze trudna, Karagee.
— Wiem. Sam też to zauważyłem.
— Jak tamtego lata, kiedy gniliśmy w lochach Korsyki.
— Tak.
— Albo gdy po utracie całego sprzętu w Ohio maszerowaliśmy na Stację Chicago.
— Tak, to był zły rok.
— Ale ty zawsze jesteś w opałach, Karagee. „Urodzony, żeby związać ogon tygrysa”. Tak się u nas mówi o ludziach takich jak ty. Trudno z nimi przebywać. Jeżeli o mnie chodzi, to lubię spokój i cień, tomik wierszy, fajkę…
— Cicho! Słyszę coś!
Rozległ się stukot kopyt.
Tuż za kręgiem światła, które rozchodziło się pod krzywym kątem z przewróconej latarni, pojawił się satyr. Poruszył się nerwowo, przebiegł wzrokiem ze mnie na Ha-sana i z powrotem na mnie, zerknął w górę, w dół, rozejrzał się dokoła i spojrzał w dal.
— Pomóż nam, mały rogaczu — powiedziałem po grecku.
Zbliżył się ostrożnie. Zobaczył krew i pokiereszowanych Kouretów.
Odwrócił się, jakby chciał uciec.
— Wracaj! Potrzebuję cię! Nie poznajesz mnie? To ja grałem na fletni.
Zatrzymał się i znów odwrócił. Nozdrza mu drżały, rozszerzały się i zwężały. Strzygi szpiczastymi uszami.
Wrócił, a kiedy mijał zakrwawione szczątki, na jego prawie ludzkiej twarzy pojawił się bolesny skurcz.
— Nóż. Przy moich nogach — powiedziałem wskazując oczami. — Podnieś go.
Wydawało się, że nie podoba mu się pomysł dotykania jakichkolwiek wytworów ludzkiej ręki, zwłaszcza broni.
Zagwizdałem ostatnie takty mojej ostatniej melodii.
Do oczu napłynęły mu łzy. Otarł je grzbietami swoich kudłatych nadgarstków.
— Podnieś nóż i przetnij moje więzy. Podnieś go. Nie w ten sposób, bo się skaleczysz. Za drugi koniec. Właśnie tak.
Podniósł go prawidłowo i spojrzał na mnie. Poruszyłem prawą ręką.
— Sznury. Przetnij je.
Przeciął więzy. Zajęło mu to dwadzieścia minut, a mnie pozostała krwawa bransoletka na ręku. Musiałem manewrować ręką, żeby nie przeciął mi tętnicy. Po pomyślnym zakończeniu całej operacji spojrzał na mnie wyczekująco.
— Teraz daj mi nóż, a ja zajmę się resztą.
Położył ostrze na mojej wyciągniętej dłoni.
Wziąłem nóż. Po chwili byłem wolny. Następnie uwolniłem Hasana.
Kiedy odwróciłem się, satyra już nie było. Usłyszałem odgłos szaleńczych uderzeń kopyt w oddali.
— Diabeł mi wybaczył — powiedział Hasan.
Jak najszybciej oddaliliśmy się od Napromieniowanego Miejsca, obchodząc wioskę Kouretów i zdążając dalej na północ. W końcu trafiliśmy na szlak, który rozpoznałem jako drogę do Wolos. Nie miałem pewności, czy to Bortan znalazł satyra i jakoś przekabacił go, żeby do nas przyszedł, czy rogacz sam nas dostrzegł i przypomniał sobie moją osobę. Bortan jednak nie wrócił, więc skłaniałem się raczej ku tej drugiej ewentualności.
Najbliższym przyjaznym miastem było Wolos, znajdujące się prawdopodobnie w odległości dwudziestu pięciu kilometrów na wschód. Jeżeli Bortan pobiegł właśnie tam, gdzie zostałby rozpoznany przez wielu moich krewnych, to do jego powrotu musiałoby upłynąć jeszcze sporo czasu. Jeżeli skierował się gdzie indziej, to nie miałem pojęcia, kiedy wróci. Wiedziałem jednak, że odnajdzie mój ślad i znów podąży za mną. Szliśmy w miarę szybko, starając się pokonać jak największą odległość.
Jednak po około dziesięciu kilometrach opuściły nas całkiem siły. Wiedzieliśmy, że bez odpoczynku nie ujdziemy daleko, więc rozglądaliśmy się za jakimś bezpiecznym miejscem do spania.
W końcu rozpoznałem strome, skaliste wzgórze, gdzie za młodu pasałem owce. W niewielkiej pasterskiej pieczarze, do której trzeba było się wspiąć pokonując trzy czwarte wysokości stoku, było pusto i sucho. Drewniana fasada tego schronienia zniszczała, ale grota jeszcze nadal spełniała swoją funkcję.
Nazrywaliśmy trochę czystej trawy na posłania, zabezpieczyliśmy drzwi i ułożyliśmy się do snu. Po chwili Hasan już chrapał. Przez moment kręciło mi się w głowie i uświadomiłem sobie wtedy, że ze wszystkich przyjemności — łyka zimnej wody, kiedy człowiek jest spragniony, łyka alkoholu, kiedy nie jest, seksu, papierosa po wielu dniach abstynencji — żadnej z nich nie da się porównać ze snem. Sen jest najlepszy…
Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nasza wyprawa poszła z Lamii do Wolos dłuższą drogą — wzdłuż wybrzeża — wszystko mogłoby przyjąć zupełnie inny obrót i Phil mógłby dzisiaj żyć. Ale naprawdę nie jestem w stanie oceniać wszystkiego, co się wydarzyło w naszym przypadku; nawet teraz, kiedy analizuję przeszłość, nie potrafię powiedzieć, jakie wprowadziłbym zmiany, gdyby to wszystko miało się odbyć jeszcze raz. Siły ostatecznego rozkładu już kroczyły paradnie, pośród ruin, z wzniesionymi rękami…
Nazajutrz po południu dotarliśmy do Wolos i poszliśmy dalej. Kierując się na górę Pilion, dobrnęliśmy do Po-rtarii. Po drugiej stronie głębokiego jaru leżała Makrinica.
Przeszliśmy przez wąwóz i wreszcie znaleźliśmy pozostałych uczestników naszej wyprawy.
Phil doprowadził ich do Makrinicy, poprosił o butelkę wina oraz egzemplarz Prometeusza rozpętanego i siedział samotnie do późna w nocy.
Rano Dianę znalazła go martwego, z uśmiechem zastygłym na twarzy.
Zbudowałem dla niego stos pogrzebowy wśród cedrów, w pobliżu zrujnowanego kościoła Episkopi, ponieważ nie chciał być pochowany w grobie. Obsypałem stos kadzidłem oraz pachnącymi ziołami i zrobił się z niego kopiec dwa razy taki wysoki jak człowiek. W nocy zapłonie, a ja pożegnam kolejnego przyjaciela. Kiedy teraz analizuję przeszłość, wydaje mi się, że moje życie to w przeważającej części pasmo przyjazdów i wyjazdów. Mówię „dzień dobry”. Mówię „do widzenia”. Tylko Ziemia trwa niezmiennie…
Do diabła.
Tamtego popołudnia poszedłem z grupą do Pagase, portu starożytnego miasta Jolkos, usytuowanego na cyplu naprzeciwko Wolos. Staliśmy w cieniu migdałowców na wzgórzu, z którego dobrze widać zarówno pejzaż morski jak i pasmo skalistych wzgórz.
— To właśnie stąd Argonauci wypłynęli w poszukiwaniu złotego runa — powiedziałem sobie a muzom.
— Kto uczestniczył w tej wyprawie? — zapytała Ellen. — Czytałam o tym w szkole, ale już nie pamiętam.
— Miedzy innymi Herakles, Tezeusz, śpiewak Orfeusz, Asklepios, synowie boga wiatru Boreasza i Jazon: kapitan, uczeń centaura Chejrona, którego pieczara, nawiasem mówiąc, znajduje się o tam, niedaleko szczytu góry Pilion.
— Naprawdę?
— Kiedyś ci ją pokażę.
— Dobrze.
— A także niedaleko stąd walczyli bogowie i tytani — powiedziała Dianę, podchodząc do mnie z drugiej strony. — Czy tytani nie wyrwali góry Pilion z ziemi i nie ustawili jej na szczycie Osy, żeby ta dorównywała wielkością Olimpowi?
— Taka krąży legenda. Ale bogowie byli łaskawi i po krwawej walce przywrócili dawny porządek.
— Żagiel — powiedział Hasan wskazując ręką, w której trzymał do połowy obraną pomarańczę.