Otworzyłem więc dzieło Percy'ego B. Shelley'a i zajrzałem do środka.
List był napisany na pustych stronach na końcu książki, w języku greckim. Ale nie współczesnym. Klasyczną greką.
Brzmiał mniej więcej tak:
„Drogi przyjacielu, choć brzydzę się pisaniem czegokolwiek, czego nie mogę poprawić, czuję, że najlepiej będzie, jeśli niezwłocznie to zrobię. Jestem chory. George chce, abym poleciał do Aten. I tak zrobię, jutro rano. Przedtem jednak, jeżeli chodzi o bieżące sprawy…
Dopilnuj, aby Veganin opuścił Ziemię za wszelką cenę żywy.
To ważne.
To najważniejsza sprawa na świecie.
Bałem się powiedzieć ci o tym wcześniej, bo myślałem, że Myshtigo może być telepatą. Dlatego nie uczestniczyłem w tej wycieczce od samego początku, choć bardzo tego chciałem. Dlatego udawałem, że go nienawidzę, po to, abym jak najbardziej mógł trzymać się od niego z daleka. Dopiero kiedy upewniłem się, że nie posiada zdolności telepatycznych, postanowiłem przyłączyć się do was.
Obecność Dos Santosa, Dianę i Hasana nasunęła mi podejrzenie, że Radpol może łaknąć jego krwi. Przypuszczałem, że jeśli jest telepatą, to szybko to wykryje i podejmie niezbędne kroki, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Gdyby nie był telepatą, to i tak pokładałem wielką wiarę w jego zdolności, żeby się bronić prawie przed wszystkim, włącznie z Hasanem. Ale nie chciałem, żeby zorientował się, że ja to wszystko o nim wiem. Próbowałem cię jednak ostrzec, jeżeli przypominasz sobie.
Tatram Yshtigo, jego dziadek, to jedna z najwspanialszych, najszlachetniejszych żyjących istot. To filozof, wielki pisarz, bezinteresowny nadzorca służby publicznej. Poznałem go podczas mojego pobytu na Talerze, trzydzieści kilka lat temu, i zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Od tamtej pory byliśmy w stałym kontakcie ze sobą i to jeszcze wtedy, tak dawno temu, powiedział mi b planach Konglomeratu Vegańskiego dotyczących przyszłych losów Ziemi. Musiałem również przysiąc, że dochowam tajemnicy. Nawet Cort nie może wiedzieć, że o tym wiem. Staruszek straciłby twarz, z opłakanymi skutkami, gdyby to się przedwcześnie wydało.
Veganie są w bardzo kłopotliwej sytuacji. Nasi emigranci wymusili na nich ekonomiczną i kulturalną zależność od Vegi. Podczas Rebelii Radpolu uświadomiono Yeganom — i to w sposób bardzo obrazowy! — że istnieje ludność tubylcza, która posiada własne, silne struktury organizacyjne i pragnie odrodzenia naszej planety. Yeganie też by chcieli, aby to nastąpiło. Nie chcą Ziemi. Po co im ona? Jeżeli ich celem jest wyzysk Ziemian, to mają ich więcej na Talerze, niż my ich mamy tu na Ziemi — a nie robią tego; w każdym razie nie na wielką skalę czy złośliwie. Nasza była ludność przedłożyła wyzysk przez obcych, którego doświadcza, nad powrót na Ziemię. Ruch Propagatorów Powrotu to przegrana sprawa. Nikt nie wraca. Dlatego pożegnałem się z tą organizacją. I przypuszczam, że taki był powód także twojego odejścia. Veganie chcieliby pozbyć się problemu rodzimej planety Ziemian. Jasne, chcą odwiedzać Ziemię. Przyjazd na naszą planetę i zobaczenie na własne oczy, co można zrobić ze światem, jest dla nich pouczającym, otrzeźwiającym, wywołującym pokorę i absolutnie przerażającym doświadczeniem.
Musieli znaleźć sposób na obejście naszego rządu byłej ludności na Talerze. Taleranie nie mieli za bardzo ochoty rezygnować ze swojego jedynego roszczenia do podatków i istnienia: Biura.
Jednak po wielu negocjacjach i ekonomicznych perswazjach, włącznie z ofertą pełnego Vegańskiego obywatelstwa dla naszej byłej ludności, wydawało się, że znaleziono wyjście. Wprowadzenie planu w życie złożono na kark rodu Shtigów, zwłaszcza Tatrama.
W końcu znalazł sposób, jak mu się wydawało, na przywrócenie Ziemi autonomii i zachowanie jej integralności kulturalnej. Dlatego wysłał swojego wnuka, Corta, w celu przeprowadzenia „inspekcji”. Cort to dziwna istota; ma prawdziwy talent do aktorstwa (cały ród Shtigów jest bardzo utalentowany) i bardzo lubi udawać. Przypuszczam, że chciał odegrać rolę obcego, i jestem pewien, że zrobił to z dużą wprawą i skutecznością. (Tatram poinformował mnie również, że będzie (to ostatnia rola Corta. Myshtigo umiera na „dinfan”, nieuleczlną chorobę; a tajcże przypuszczam, że właśnie dlatego został wybrany.) Uwierz mi Konstantinie Karaghiosisie Koronesie No-mikosie (i kimkolwiek byś jeszcze był), Conradzie, kiedy mówię, że nie przyjechał, żeby przeprowadzać inspekcję nieruchomości: Nie.
Pozwól mi jednak na jeszcze jeden, ostatni Byrono-wski gest. Uwierz mi, że on musi żyć, i pozwól mi dotrzymać słowa i dochować tajemnicy. Nie będziesz tego żałował, kiedy dowiesz się wszystkiego.
Przepraszam, że nie udało mi się ukończyć twojej elegii, i niech cię wezmą diabli za to, że przywłaszczyłeś sobie moją Larę, wtedy w Kerchu!
A więc dobrze zdecydowałem — życie, nie śmierć, dla Veganina. Phii przemówił i nie wątpiłem w prawdziwość jego słów.
Wróciłem do biesiadnego stołu Mikara Koronesa i pozostałem z Myshtigiem aż do chwili, kiedy był gotowy do wyjazdu. Towarzyszyłem mu w drodze powrotnej do kwatery Iakova Koronesa i patrzyłem, jak pakuje ostatnie rzeczy. Przez ten cały czas zamieniliśmy ze sobą może ze sześć słów.
Wynieśliśmy jego bagaż przed dom, gdzie miał wylądować ślizgowiec. Zanim pozostali (włącznie z Hasanem) przyszli się z nim pożegnać, Myshtigo odwrócił się do mnie i zapytał:
— Niech pan mi powie, Conradzie, dlaczego burzy pan tamtą piramidę?
— Żeby dokuczyć Veganom — odparłem. — Żeby pokazać wam, że jeśli zapragniecie zawładnąć tym miejscem i uda wam się zabrać je nam, to dostaniecie je w gorszym stanie, niż było po Trzech Dniach. Nie będzie czego zwiedzać. Spalimy resztę naszej historii. Nie zostanie dla was nawet jeden skrawek.
Powietrze wydmuchiwane z jego płuc wydobyło się z piskliwym jękiem — vegańskim odpowiednikiem westchnienia.
— Przypuszczam, że to podejście godne pochwały — powiedział — ale tak bardzo chciałem ją zobaczyć. Czy sądzi pan, że można by ją odbudować? Może już wkrótce?
— A jak pan myśli?
— Zauważyłem, że pańscy ludzie znakują wiele części. Wzruszyłem ramionami.
— A więc mam tylko jedno poważne pytanie. Dotyczy pańskiego upodobania do niszczenia… — oświadczył.
— Mianowicie?
— Czy to naprawdę sztuka?
— Niech pan idzie do diabła.
Podeszli do nas pozostali.
Pokręciłem wolno głową w kierunku Dianę i chwyciłem Hasana za nadgarstek — przytrzymałem go dość długo, by oderwać igiełkę, którą przykleił sobie do dłoni. A potem pozwoliłem, by też zamienił z eganinem krótki uścisk ręki.
Ślizgowiec pojawił się na ściemniającym się niebie i z szumem wylądował. Odprowadziłem Veganina na pokład, osobiście załadowałem jego bagaż i sam zamknąłem drzwi.
Pojazd wystartował bez niespodzianek i po chwili zniknął.
Koniec bezcelowej wycieczki.
Wróciłem do domu i przebrałem się.
Nadszedł czas, żeby spalić przyjaciela.
Na wznoszącej się wysoko w nocne niebo piramidzie złożonej z kłód spoczywały zwłoki poety, mojego przyjaciela. Zapaliłem pochodnię i zgasiłem latarnię elektryczną. Obok mnie stał Hasan. Pomógł mi przywieźć tu ciało furmanką. Zbudowałem stos na porośniętym cyprysami wzgórzu górującym nad Wolos, w pobliżu ruin tamtego kościoła, o którym wcześniej wspominałem. Wody zatoki były spokojne, niebo pogodne i gwiazdy jasno świeciły.