Dos Santos, który nie pochwalał kremacji, postanowił nie uczestniczyć w ceremonii, wymawiając się tym, że rany mu dokuczają. Dianę zdecydowała się pozostać z nim w Makrinicy. Nie zamieniła ze mną słowa od czasu naszej ostatniej rozmowy.
Ellen i George siedzieli na furmance, która stała pod wielkim cyprysem, i trzymali się za ręce. Oprócz nas byli jedynymi uczestnikami pogrzebu. Phil nie chciałby, aby moi krewni zawodzili pieśni żałobne przy jego zwłokach. Kiedyś zwierzył się, że marzy o ceremonii wielkiej, pogodnej, szybkiej i bez muzyki.
Przyłożyłem pochodnię do narożnika stosu. Płomień powoli zaczął trawić drewno. Hasan zapalił jeszcze jedną pochodnię, wbił ją w ziemię, cofnął się i obserwował.
Kiedy płomienie unosiły się w górę, odmawiałem stare modlitwy i polałem ziemię winem. Rzuciłem pachnące ziele w ogień, a potem też się cofnąłem.
— „…Kimkolwiek byłeś, śmierć też cię zabrała” — szeptałem. — „Poszedłeś zobaczyć, jak wzdłuż Acherontu, pośród kapryśnie miotających się cieni Piekła, wilgotne kwiaty rozchylają swoje płatki.” Gdybyś umarł młodo, twoją śmierć opłakiwano by jako zmarnowanie wielkiego talentu przed jego rozkwitem. Ale żyłeś długo i teraz nie można tak powiedzieć. Niektórzy wybierają krótkie i bohaterskie życie pod murami swojej Troi, inni długie i mniej burzliwe. I któż może roztrzygnąć, które jest lepsze? Bogowie obiecali Achillesowi nieśmiertelną sławę i dotrzymali słowa, inspirując poetę do wyśpiewania nieśmiertelnej pieśni pochwalnej na jego cześć. Ale czy jest przez to szczęśliwszy, będąc teraz tak samo martwym jak i ty? J a nie potrafię tego rozstrzygnąć, stary przyjacielu. Sam będąc mniej sławnym bardem, też napisałeś między innymi takie oto zapamiętane przeze mnie słowa o najpotężniejszym spośród Argiwów i o czasach dotkliwych ciosów śmierci: „Beznadziejne rozczarowania szaleją w tym miejscu, gdzie wszystko się skupia: Czas niebezpieczeństw stwarza groźbę westchnień… Ale popiołów nie można przemienić z powrotem w drewno. Niewidzialna muzyka płomienia obdarza powietrze ciepłem, ale dzień minął bezpowrotnie.” Niech ci się dobrze powodzi, Philipie Graverze. Oby bogowie Foj-bos i Dionizos, którzy kochają i zabijają swoich poetów, powierzyli cię opiece swego mrocznego brata Hadesa. I oby jego Persefona, królowa nocy, spojrzała na ciebie łaskawym okiem i wyznaczyła ci dobre miejsce w Elizjum.
Żegnaj.
Płomienie prawie dosięgły szczytu stosu.
Wtedy zobaczyłem Jasona, który stał przy furmance. Obok niego siedział Bortan. Cofnąłem się jeszcze bardziej. Bortan podszedł do mnie i usiadł po mojej prawej stronie. Polizał mnie po ręce.
— Wielki łowco, straciliśmy kolejnego — powiedziałem.
Skinął swoją dużą głową. Podszedł do nas Jason.
— Ojcze — odezwał się — Bortan zaprowadził mnie do miejsca z płonącymi głazami, ale ciebie już tam nie było. Skinąłem głową.
— Uwolnił nas stamtąd przyjaciel, który nie należy do rodzaju ludzkiego. Przedtem, ten człowiek, Hasan, zniszczył Trupa. Tak więc twoje sny okazały się zarówno prawdą jak i nieprawdą.
— To on jest tym wojownikiem o żółtych oczach, którego widziałem we śnie — powiedział.
— Wiem, ale to już też należy do przeszłości.
— Co z Czarną Bestią?
— Ani widu, ani słychu.
— To dobrze.
Bardzo długo przyglądaliśmy się stosowi. Noc robiła się coraz ciemniejsza. Bortan kilkakrotnie nadstawiał uszu i rozchylał nozdrza. George i Ellen siedzieli nieruchomo. Hasan stał z twarzą bez wyrazu.
— Co teraz zrobisz, Hasanie? — zapytałem.
— Wrócę na górę Sindjar — odpowiedział — i pobędę tam przez jakiś czas.
— A potem? Wzruszył ramionami.
— Przeznaczenie zdecyduje — odparł.
I wtedy do naszych uszu dotarł przerażający hałas, podobny do jęków gigantycznego idioty, oraz trzask łamanych drzew.
Bortan zerwał się na równe nogi i zawył. Zaprzęgnięte do furmanki osły poruszyły się niespokojnie. Jeden z nich zaryczał.
Jason kurczowo ścisnął zaostrzoną tykę, którą chwycił ze stosu, i sprężył,się.
I wtedy, tam na polanie, to coś nagle wyłoniło się przed nami. Wielkie, szkaradne i odpowiadające wszystkim epitetom, jakimi zostało kiedykolwiek obrzucone.
Pożeracz Ludzi…
Burzyciel Spokoju Ziemi…
Potężna Paskuda…
Czarna Bestia Tesalii.
Wreszcie ktoś mógłby ją dokładnie opisać. To znaczy, gdyby ten ktoś zdołał uciec.
Z pewnością zapach płonącego ciała zwabił potwora.
I był naprawdę duży. Wielkości co najmniej słonia.
Jaka była czwarta praca Heraklesa?
Rozprawienie się z dzikiem z Arkadii.
Nagle zacząłem żałować, że ten starożytny heros nie żyje i nie może nam pomóc.
Wielka świnia… Z ostrym grzbietem, z kłami o długości ludzkiego ramienia… Z małymi, czarnymi, świńskimi oczkami, które biegały opętańczo w świetle ognia…
Podczas marszu zwierz powalał drzewa…
Zapiszczał jednak, kiedy Hasan wyciągnął z ogniska płonącą głownię i żgnął nią potwora w ryj, po czym okręcił się i szybko czmychnął.
Bestia skręciła w bok, co dało mi czas, bym capnął tykę Jasona.
Podbiegłem i trafiłem bydlę w lewe oko.
Wtedy bestia znów skręciła w bok i zapiszczała jak przeciekający kocioł.
Bortan uczepił się jej barku i szarpał go.
Oba zadane przeze mnie pchnięcia w gardło bestii nie wyrządziły jej większej krzywdy. Szamotała się, uderzając barkiem o kieł, aż w końcu strząsnęła z siebie Bortana.
W tym momencie Hasan był już przy mnie i wymachiwał kolejną żagwią.
Bestia natarła na nas.
Gdzieś z boku George wypróżnił magazynek karabinu maszynowego. Hasan cisnął pochodnię. Bortan znów skoczył na potwora, tym razem od strony z wyłupionym okiem.
To wszystko spowodowało, że zwierz jeszcze raz zboczył z kursu, wpadając na furmankę, która teraz była pusta, i zabijając oba osły.
Wtedy podbiegłem i wbiłem tykę pod jego lewą przednią nogę.
Kij złamał się na pół.
Bortan bez przerwy gryzł bestię, a jego warknięcia przypominały odgłos grzmotów. Za każdym razem, gdy poczwara ciachała go kłami, Bortan puszczał ją, odskakiwał na moment, po czym znów doskakiwał.
Jestem pewien, że moja ostra jak igła, śmiercionośna lanca ze stali nie złamałaby się. Została jednak na pokładzie „Vanitie”…
Hasan i ja okrążaliśmy bestię dzierżąc w ręku najostrzejsze i najdłuższe drzewce, jakie udało nam się znaleźć. Dźgaliśmy ją, żeby ciągle kręciła się w kółko. Bortan próbował dobrać się do jej gardła, ale maszkara przez cały czas trzymała łeb z wielkim ryjem nisko nad ziemią. Jedno oko bestii biegało, a drugie krwawiło. Kły niczym szable wykonywały ciecia do przodu i do tyłu, w górę i w dół. Rozszczepione kopyta wielkości bochenków chleba wyryły głębokie bruzdy w ziemi, kiedy bestia odwróciła się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, próbując zabić nas wszystkich naraz, w blasku pomarańczowego światła tańczących płomieni.
W końcu potwór zatrzymał się i odwrócił — zważywszy na jego wielkość, był to naghy ruch — i uderzył Bortana barkiem w bok, wskutek czego mój pies poleciał obok mnie na odległość mniej więcej trzech i pół metra. Hasan trzepnął go kijem po grzbiecie, a ja pchnąłem tykę w kierunku jej drugiego oka, lecz chybiłem.
Potem Czarna Bestia ruszyła w kierunku Bortana, który jeszcze nie zdążył wstać — łeb trzymała nisko pochylony, a jej kły błyszczały.
Obrzuciłem tykę na bok i skoczyłem do przodu, kiedy wielka świnia zbliżała się do mojego psa. Już opuściła łeb, żeby zadać śmiertelny cios.