Ale nie będę przecież zazdrosnym dzieckiem, skoro jestem dojrzałą kobietą. Stawiam walizki w sypialni i biegnę do kuchni. Zrobię na dzisiejszy wieczór coś bardzo niezdrowego, czego na pewno nie ma w Ameryce. Zapiekankę, którą Adam uwielbia, z ziemniaków i boczku parzono – wędzonego, z bazylią i czosnkiem.
Ciekawe, kiedy zrozumiem, że nie należy się wtrącać do własnych dzieci, nawet jeśli na pierwszy rzut oka potrzebują tego. Mam na to dowód niezbity. Tosia wyfrunęła z Eksiem, ja zajęłam się czynnościami pożytecznymi, takimi jak krojenie boczku parzono – wędzonego przy współudziale kotów i Borysa, który odzyskuje węch natychmiast, jak wyjmuję boczek z lodówki, a tu proszę bardzo, brzęczyk domofonu. I przez okno widzę, jak Jakub wysportowanym krokiem sunie w kierunku drzwi jak gdyby nigdy nic. Z kawałkiem boczku w dłoni rzuciłam się do drzwi. Cóż za śmiałość! Trudno to sobie wyobrazić! Uśmiech na przystojnej gębie, już by lepiej było, żeby może jakaś ospa – i jak gdyby nigdy nic, kłania się grzecznie i serdecznie zagaja:
– Dzień dobry pani Judyto, jest moje słońce?
– Zachmurzyło się – mówię ostrożnie – więc nie ma.
– Umawialiśmy się, stało się coś?
Ty psie – warczę – nic się nie stało! Nic, oprócz tego, że spotykasz się z jakąś Ewką, że oszukałeś niewinną istotę, która wiązała z tobą niedojrzałe (mam nadzieję) uczucie, nic się nie stało, ale ja nie pozwolę ci krzywdzić mojego dziecka, nie będziesz tutaj stał sobie w progu jak gdyby nigdy nic – i prask go połciem boczku z lewej strony, i prask z prawej – nie pokazuj mi się więcej na oczy! Możesz inne dziewczyny sobie zwodzić, ale moją Tosię zostaw w spokoju! Otwieram oczy i przyglądam się boczkowi, który trzymam w ręku.
– Nie ma i, jak sądzę, to dość śmiałe, przychodzić tutaj po tym wszystkim…
– Po jakim wszystkim?
Proszę, nawet młody chłopaczyna już jest wprawiony w grach i zabawach płciowych. O mały włos ja, dorosła kobieta, dałabym się nabrać na tę niewinność drzemiącą w błękitnych oczkach, ale nie daję.
– Sam pan chyba najlepiej wie, o czym mówię.
Co prawda, już mówiłam mu na ty, ale na ty mogę być z przyjacielem mojej córki, z wrogiem będę zawsze na pan.
Co się stało?
Przepraszam, ale jestem zajęta.
Wyciągam przed siebie boczek i nóż, Jakub cofa się nareszcie. Zamykam drzwi i już przez okno w kuchni widzę, jak zamyka za sobą furtkę.
Żegnaj, Niebieski
A więc jednak wyjeżdża. Właściwie dopiero wczoraj to do mnie dotarło. Może mimo wszystko miałam jakąś wredną nadzieję, że coś się wydarzy. Na przykład Adam stanie w drzwiach, rozejrzy się i powie: nigdzie nie jadę, nie chcę się z tobą rozstawać.
Tosia pogodziła się z Adamem, przeprosiła, przysięgła, że nie będzie palić, ale była zdenerwowana. Adam ją przeprosił, że nie załatwił tego z nią, tylko ze mną. Oczywiście teraz razem są przeciwko mnie, ale to jest lepsze, niż gdyby byli przeciwko sobie; uściskali się, ale jakoś mnie serce boli.
My nie spaliśmy przez całą noc. Walizki stoją w przedpokoju, moja żółta i Adasia w kratę niebieską, paszport i bilet na stole, żeby nie zapomnieć, o siódmej przyjedzie po nas Grzesiek i odwiezie na lotnisko. Skończyliśmy się pakować o drugiej, nie wiem, dlaczego wszystko zawsze na ostatnią chwilę. A potem siedzieliśmy w wannie czterdzieści minut, razem, aż wystygła woda. A potem poszliśmy do łóżka. A potem zrobiła się piąta trzydzieści i Adam się podniósł, a ja razem z nim. Siedziałam na brzegu wanny i patrzyłam, jak się goli.
Pędzel z borsuka, krem do golenia, Niebieski używa normalnej maszynki, a ja gapię się, jak ostrze wędruje pod brodą, po policzkach, raz i jeszcze raz; jak Adam naciąga skórę i śmiesznie podnosi głowę, żeby się widzieć w lustrze. Lubię patrzeć, jak się goli. Odkłada maszynkę, bierze znowu pędzel, maże mój nos
– Tylko Szymon, jak był mały, to lubił patrzyć, jak się golę – mówi i dalej skrobie po sobie maszynką, a mnie łzy stają w oczach, bo oto mój mężczyzna szykuje się do wyjazdu, a ja nic nie mogę zrobić, żeby go zatrzymać.
Adam wyciera ręcznikiem twarz, a ja idę do kuchni i przygotowuję ostatnie nasze wczesne śniadanie.
I tak oto siedzimy w kuchni przy zapalonym świetle, i kawie, i herbacie, i to nasz ostatni poranek. Adaśko ubrany w cudowny nowy sweter, w którym wygląda bosko i z którego się bardzo ucieszył.
Oczywiście poryczałam się w nocy jak jakaś głupia baba, co nie potrafi żyć bez faceta. A wcale nie chciałam niszczyć Adaśkowi tego wyjazdu, tylko jakoś smutno mi się zrobiło, że jednak jedzie. Pół roku to jedna osiemdziesiąta mojego dotychczasowego życia, a gdybym miała jeszcze na przykład żyć rok, to byłaby jedna druga mojego przyszłego życia. A już jedna druga życia, które mi pozostało, to nie w kij dmuchał. Próbowałam to wytłumaczyć Adasiowi, ale dostał takiego ataku śmiechu, że nie sądzę, żeby wiele zrozumiał. Więc najpierw płakałam, ale potem trochę się też śmialiśmy.
Zaraz i Potem śpią zwinięte na parapecie, Borys wlazł do rozbebeszonego łóżka, Adam go tam przydybał, jak poszedł po walizki, Tosia nie pojedzie na lotnisko, bo ma zaliczenie z angielskiego, ale powiedziała Adamowi, że pojechałaby na pewno, gdyby nie to zaliczenie. Siedzimy w tej kuchni, za oknem robi się różowo, dawno nie oglądaliśmy razem świtu, ale mam jakieś okropne przeczucie, że to ostatni raz, że coś się stanie, że on nie wróci.
Będziesz pisał?
Pisał i dzwonił – mówi Adaś i mnie przytula. – Pół roku to nie wieczność, naprawdę, Jutka, nawet się nie zorientujesz, kiedy będę z powrotem.
Ale gdyby mi zostało jeszcze pół roku życia, to wtedy…
Judyta! Nie zostało ci pół roku! Zostało nam dwa miesiące do świąt, natychmiast po przyjeździe się zorientuję i być może przyjedziecie…
– Ale przecież rozstajemy się… – jęknęłam. – Wiesz co? Zdanie,,rozstajemy się” brzmi dla jednej strony pesymistycznie, a dla drugiej optymistycznie, więc bądź po właściwej stronie.
– Co ty za głupoty opowiadasz? – zdenerwowałam się.
– Cytuję.
– To mi nie cytuj żadnych idiotów. – Już nie byłam smutna, tylko zła.
Naprawdę nie chcesz wiedzieć, czyj to cytat? Trwałam w obrażeniu odwrócona w stronę świtu. Adam stanął za mną i objął mnie. Uwielbiam, jak przytula mnie do swojego brzucha.
– To cytat z twojego listu do czytelniczki… – Całuje mnie w szyję. – Kocham cię…
A jednak niegłupio powiedziane… I nie będę rozważać, czy mówi tak tylko, żeby mnie wesprzeć, czy mnie kocha, czy może myśli, że mnie kocha, czy może czuje, że myśli, że mnie kocha, ponieważ to jest zupełnie, ale to zupełnie obojętne. Jest mężczyzną mój ego życia, mojego dalszego życia, mam do niego bezgraniczne zaufanie i wiem, że wszystko, co się zdarza, zdarza się po coś, i będę na niego czekać i tęsknić, i w ogóle…
– Tosia ma teraz naprawdę stresową sytuację – przypomina mi Adam. – Dbaj o nią i o siebie.
Nic na to nie poradzę, że czuję się tak, jakbyśmy się rozstawali na wieki.
Grzesiek dzwoni do furtki za piętnaście siódma.
– Chciałem być wcześniej, bo nie wiadomo, jak się będzie jechało. O, mażesz się? – Spojrzał na mnie i upił łyk mojej herbaty. – Słodzona, obrzydlistwo. Tylko tyle bagażu na tę emigrację? – roześmiał się radośnie, a mnie serce podskoczyło do ramienia i tam zostało przez dłuższą chwilę. – Stany, kurczę pieczone, sam bym się tam pobujał, te Murzynki, te Mulatki…