– Śledzie – mówię i chichoczę – dużo śledzi, ale za to na słodko…
– To chłopiec jak śledzie! – krzyczy radośnie mąż Renki i znowu zgarnia nasze szklanki. – To znaczy, że będzie chłopiec, bo Renia ma ciągle ochotę na chińszczyznę!
Nie mam ochoty przypominać, że mam córkę po tych śledziach, tak są radośni oboje. Znowu się stukamy. Mąż Renki przynosi kalendarz.
– To będzie niezwykłe dziecko, niezwykłe, i powinno mieć niezwykłe imię – cieszy się. – Macie rację!
Nic takiego nie mówiłyśmy, ale zgodnie kiwamy głowami. Pies Renki zmniejszył się bardzo i już w ogóle nie wygląda groźnie.
– Marek – mówię. – Ładne imię.
Nie powiem im, że najładniejsze imię to Adam. Niech nie będzie za dużo Adamów.
Ale ja znałam jednego Marka i on wcale nie był sympatyczny. Rzucił żonę. Wiesz, o kim mówię? – Ula patrzy na mnie, a ja nie mam pojęcia, o kim mówi, ale nietrudno mi sobie wyobrazić, że jakiś Marek kiedyś rzucił jakąś żonę.
Marcus, Marcus – powtarza Renka.
– Marek – powtarzam – powiedziałam Marek, nie Marcus, Marek.
Aureliusz – rzuca nieopatrznie Ula. Ma lekko zamglony wzrok.
Cudownie! – krzyczy mąż Renki. – Aureliusz to niezwykłe imię! A dla dziewczynki…
Aureola – trochę mi się plącze język i zaczynam chichotać.
– Aureola nie, ale blisko, ten trop, ten trop… no? Renka wpatruje się w nas z napięciem.
Aleksandra? – pyta niepewnie Ula.
Jakubowska! – cieszę się.
– Eeee – mąż Renki macha lekceważąco ręką. _ Dalej, dalej – zaczyna przerzucać strony kalendarza – tak się cieszę, że wybieramy z wami te imiona, bo z misiaczkiem to się już parę razy pokłóciliśmy, a teraz, zdaje się, znajdziemy dzięki wam konsensus…
– Muszę już iść – postanawiam wprowadzić w czyn dość śmiały projekt, widzę, że Ula jest za.
– No to rozchodniaczka! – woła mąż Renki. – Będzie nam się lepiej myślało!
Ula wyciąga nad stołem rękę, obawiam się, że jutro dosięgnie mnie gigantyczny kac, ale też wyciągam rękę ze szklanką, bo życie jest takie piękne, kiedy wybiera się imię dla dziecka, a do szklanki leje się znowu alkohol.
– Anna, Marta, Katarzyna, Józefina… – Ula delektuje się drinkiem.
– Marta kiedyś uwiodła męża Kingi, pamiętasz, suka jedna – przypominam sobie nagle ból Kingi i już nie lubię imienia Marta.
– Ale przecież przyjaźnisz się z Martą… no… tą ze szkoły średniej. – Ula jest moją zewnętrzną pamięcią i za to jestem jej wdzięczna.
– Marta! Oczywiście! Zapomniałam! Ale to jest inna Marta! Marta to świetna dziewczyna! – prostuję natychmiast. – Ale może też być Bożena, Jadwiga – wpadam jej w słowa.
– Bożena nie. Bożena kiedyś nas nacięła na nadstawkę do kredensu. – Ula robi się groźna. – Powiedziała, że tam nie ma korników i myśmy z Krzysiem na piechotę tachali tę nadstawkę ze trzy kilometry, a potem się okazało, że jest cała zakorniczona.
A Jadwiga? – pytam z zaciekawieniem.
Jadwiga umarła młodo i leży na Wawelu. To lepiej nie brać takich imion, które młodo umarły – poważnieje Ula.
Renka i jej mąż patrzą na nas z wyrzutem.
Nie wygłupiajcie się, naprawdę nie znacie oryginalnych imion?
Co wy, chcecie mieć w domu jakąś Penelopę pytam nieopatrznie i widzę najpierw zdziwione, a potem rozjaśnione oblicza właścicieli najmniejszego i najbardziej przyjaznego rottweilera na świecie. Mąż Renki całuje mnie w czubek głowy, a Renka głaszcze po ręce.
Judyta jesteś cudowna! Penelopa! Nigdy bym na to nie wpadła! Penelopa!!! Cudownie! Poppy, Popy, Po. Lopy. Lo. Ileż możliwości!
Podnoszę się po raz dziesiąty tego wieczoru i kiwam na Ule. Nogi mam jak z waty. Ula całuje Renkę, ja całuję Renkę, mąż Renki całuje Renkę i mnie, i Ule, Renka całuje męża, potem mnie, potem Ule, potem męża, przez chwilę zastanawiam się, czy nie pocałować rottweilera, to jedyna okazja w życiu, ale Ula całuje mnie z rozpędu i odprowadzają nas do bramy.
– Aureliusz i Penelopa! Jesteście wspaniałymi przyjaciółkami! – ściskają nas jeszcze raz oboje i ruszamy z Ula ciemną drogą do naszych domów.
Ogarnia nas cisza, księżyc wysuwa się zza chmur, jest absolutnie, kosmicznie pięknie, mimo że widzę białą potrójną drogę.
– Będzie pełnia – szepcze Ula. – Zobacz.
Podnoszę głowę i widzę niekompletny księżyc, pamiętam, czego mnie nauczyła, gdy zaczęłam tu mieszkać – jak księżyc bardziej przypomina literkę C, to znaczy cienieje, czyli idzie na nów, jak literkę D, to znaczy, że grubieje – czyli zbliża się do pełni. Teraz wisi nad nami spasione D, idziemy spokojnie, rzucając sobie cień.
Cień od księżyca widzieć: szczęście – mówię pewnym głosem do Uli, chociaż język chce mi się splątać na amen.
Skąd wiesz? – pyta dociekliwie Ula i też jej się plącze.
– Bo wiem – stwierdzam, i to nas rozśmiesza.
Śmiejemy się, powietrze świeże wchodzi nam głęboko, aż po drinki, oddycham pełną piersią.
– Jutka?
Co? – pytam, czkając.
To ja wymyśliłam Aureliusza?
No! – cieszę się. – Sama słyszałam!
Ale ty Penelopę! Jesteś lepsza… tylko wiesz co?
– Co?
– Ale nie mów nikomu, dobra? Nikomu nie mówmy, że to nasz pomysł…
Obiecujemy sobie solennie, że nikomu nie powiemy. Oczywiście oprócz Krzysia. I Adama, do którego natychmiast napiszę o wszystkim. I o tym, że nie byłam u brata na wigilii, tylko go oszukałam, bo go bardzo, najbardziej na świecie kochani i napiszę mu, żeby już wracał, już i nad niczym się nie zastanawiał, bo jest piękna zima i bez niego marznę, ja oraz pies mój Borys. I że Borys jest już starutki i że nie można go na tak długo zostawiać, nawet jak się jedzie do Ameryki, tak właśnie napiszę, i że na karuzeli jest mi bardzo dobrze.
Ale poza tym nigdy nikomu się nie przyznamy. Tak sobie obiecujemy, a ja się strasznie cieszę, że jest taka piękna noc, że już nie pada i całe szczęście, że moja intuicja jednak kazała mi ten wieczór spędzić z Ulą i Renką, że nie byłam sama. Kobiety czasami powinny spędzać czas ze sobą. Wtedy nawet obecność mężczyzny im nie przeszkadza.
A i tak ze wszystkich imion męskich na świecie najbardziej cudownym imieniem jest Adam.
Strzelić skruchę
Wyjeżdżam służbowo do Kalinie, mam stamtąd przywieźć świetny tekst na temat życia kobiet po zamknięciu miejscowych zakładów bawełnianych. Tekst ma być pełen optymizmu – powiedział Naczelny. Jak nowa rzeczywistość wpłynęła na kobiety, jak biorą swoje życie w swoje ręce, niezależne, z podniesioną głową, pomysłami itd.
– Pani Judyto, pani to zrobi świetnie. – Naczelny był chyba w depresji. – Takie jest zamówienie społeczne – dodał, widząc moją niewyraźną minę. – Jest tam pani umówiona z… – podał mi adres, nazwisko – i wszystko pani rzetelnie opisze.
Pociąg do Kalinie był jeden, choć jeszcze trzy lata temu były dwa, bo to jednak spore miasto. Przyjechałam po południu, trzy godziny przed spotkaniem z panią Tabłowską. Przeszłam się po centrum, ceny wydały mi się po stolicy śmiesznie niskie, czas upływał nieubłaganie wolno. Minęłam zakład fryzjerski i coś mnie podkusiło, żeby tam wejść.
Fryzjer, człowiek niemłody, zgrabnie operujący nożyczkami, najpierw wypytał mnie, kto ostatnio grzebał przy moich włosach, potem zwierzył się ze swojego pożycia małżeńskiego, następnie wypytał mnie, co robię.
– Piszę – powiedziałam.
– No cóż, każdy orze jak może – westchnął głęboko, a westchnąwszy, powiedział filozoficznie, patrząc na siebie w lustrze: – Zawód jest ważny. Bardzo ważny.