Kobieta ma zawsze gorzej.
– Mężczyźni tacy są – powiedziała Moja Matka – a rolą kobiety jest przymykać oczy na różne rzeczy.
– Mężczyźni są różni – powiedział Mój Ojciec, który zabrał Matce słuchawkę – więc nie słuchaj matki.
– Tosia potrzebuje ojca – rozczuliła się Moja Matka.
– Ja też! – krzyknęłam.
– Jestem – powiedział Mój Ojciec.
– Czyja Tosi utrudniam kontakty z ojcem? – spyta łam retorycznie.
– Wiesz, że nie o to chodzi – powiedziała Moja Matka.
Od czasu, kiedy mieszkają razem, dużo trudniej rozmawia mi się z nimi przez telefon. Nie wiem, kto jest po drugiej stronie słuchawki i do kogo mówię, a kto nadstawia ucha.
Kochasz? Nie!
Wpadłam do redakcji. Karna ściska mnie znacząco za łokieć, kiedy staję przy jej biurku i przeglądam pocztę.
– Chodź na papierosa – mówi cicho.
Od czasu, kiedy Naczelny rzucił palenie, nie można palić normalnie, tak jak kiedyś, tylko palacze ukrywają się w schowku pod schodami. Czasem nawet z Naczelnym, który zapomina, że rzucił palenie. Karna nerwowo przypala papierosa, a ja myślę sobie, że właściwie mogę spokojnie zapalić, choć rzuciłam palenie dzięki Adasiowi. Wprawdzie był to sprzyjający rzuceniu okres w moim życiu. Nie zapaliłabym, gdybym miała narzeczonego na miejscu, a nie w Ameryce. Najchętniej piszącego narzeczonego. Stop. Miałam o tym nie myśleć…
– Szykują się zmiany – szepcze Karna, rozglądając się dookoła, choć schowek pod schodami składa się tylko z mopa i nas.
Jakie zmiany? – zniżam również głos.
„No wiesz, na górze – mówi Karna.
Podnoszę wzrok, jakby spod tych schodów spaść miały zmiany.
– Tam? – Pokazuję oczami, ale na szczęście żadna z nas nie jest mężczyzną, więc rozumiemy się bez zbędnych wyjaśnień.
Tak. Dyrektor wydawniczy wprowadza nowego dyrektora do zmian programowych. Kochasz?
Kocham – potwierdzam bezmyślnie, bo przecież o Adasiu myślę.
– Nie kocham, tylko Kochasz!
– No jasne. Bardzo. Od kiedy wyjechał, nic nie jest tak, jak było… Nawet Borys jest smutny…
Judyta! Mówię o nowym dyrektorze programowym! Arturze Kochaszu!
Aaaa – przytomnieję – tak, pamiętam.
Jeszcze go nie poznałaś – szepcze Karna – ale Anka, z działu urody, już go poznała…
Ja nie jestem w dziale urody. – Niestety, myślę sobie. Anka ma dwadzieścia trzy lata, studiuje, pracuje, wynajmuje mieszkanie i jest urodziwa nade wszystko.
Ance już zwalił rubrykę! Uważaj na niego! Naczelny jest na zwolnieniu, to też dobrze nie wróży!
Na jakim zwolnieniu – przerażam się na chwilę. – To nie widział tekstu? Przecież już jest po łamaniu!
Złamany bez Naczelnego. – Kama zaciska zęby i gasi papierosa. – Właśnie to ci chciałam powiedzieć.
– Już jest na kolumnach? – upewniam się.
– Niestety jest – mówi Karna i patrzy na mnie współczująco.
Wiem, o co jej chodzi, jest zazdrosna, ot co. Będzie siedziała tylko w dziale listów do końca życia, a mój fantastyczny tekst po prostu ją drażni i tyle.
Mogę zobaczyć?
Powinnaś.
Kiedy biorę do ręki szpalty, nie tylko nie wierzę żadnemu mężczyźnie, ale również własnym oczom.
Chwytam szpalty i biegnę do p.o. Kochasza. P.o. Kochasz na mój widok przywdziewa uśmiech.
– Nieźle, pani Judyto, nieźle…
Proszę pana! Co to za tekst? To nie jest mój tekst!
Proszę pani – w jego wykonaniu brzmi to,,prooo – osze paaaani”. Rozkłada gestem bezbronności ręce i zaprasza mnie, żebym usiadła. – Porozmawiajmy spokojnie…
Kładę na biurko tekst, zakładam nogę na nogę, potem spuszczam, potem zakładam znowu. Jestem odprężona, jestem odprężona – powtarzam w duchu – wszystko jest w porządku, a ja jestem odprężona.
– Kto jak kto, ale ja panią rozumiem – Kochasz nachyla się nad tekstem i puka swoim wypielęgnowanym paznokciem w szpalty – ale zanim pani będzie miała do mnie pretensję, zanim – urywa teatralnie – proszę mi spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć z całą pewnością, że nie miałem racji! Bo ja wyjątkowo pani wytłumaczę…
– Proszę bardzo – mówię statecznie i jednak siadam normalnie.
– Gdy pani wysiadła na dworcu w Kalinicach, to jaka była pogoda?
– Pod psem, proszę pana, tak jak napisałam, wilgotno, mroźno, mglisto!
– A gdyby pani jechała trzy dni wcześniej? Co tam trzy dni? Dwa miesiące? Albo trzy? Złota polska jesień by panią przywitała, czyż nie? Słońce! Łagodny wiatr, pieszczący dachy domów! Lazur nieba! Prawda? Więc jakie to ma znaczenie, że był mglisty poranek? Dla pani ma! Zgadzam się! To prawda faktu! Dla mnie ma! Tak jest! Ale dla czytelniczki? Ona siedzi w domu, ona się nudzi, ona ciężko pracuje, ona wygląda przez okno i jak jest?
Trochę kręci mi się w głowie.
– Co to ma do rzeczy, jak jest?
– No właśnie! Jest ciężko i beznadziejnie! Więc po co ona sięga po nasze pismo? – Wali ręką w biurko, aż podskakuję. – Żeby oderwać się od tego! Oderwać! Poczuć optymizm, choćby na tę chwilę, a nie współczuć pani, dziennikarce, że tłukła się pociągiem jedynym, bo inne zlikwidowano! Po co pisać o likwidacji? O rzeczach przykrych? Gubi pani sens, gubią się pani intencje, ja panią rozumiem, ja tak! Ale one? One chcą się cieszyć, że komuś się powiodło! A co tu pani im dała? Taniego fryzjera, oszustwo bankowe!
– I po tym wszystkim ta kobieta nie straciła nadziei, wyjechała szukać szczęścia gdzie indziej, zacząć wszystko od nowa, i to jest ważne!
– Pani Judyto… ja miałem wrażenie, że mam do czynienia z osobą inteligentną. – Nie przesłyszałam się, tak powiedział. Bierze do ręki mój właściwy tekst i sięga po obce szpalty. – Skoro mógł być pogodny poranek, to zrobiliśmy pogodny, prawda? Niech mnie pani poprawi, jeśli się mylę…,,w wilgotny smutny ranek zimowy” – a ja proponuję: „w pogodny i mroźny ranek zimowy dotarłam na miejsce”. „Senne miasto, do niedawna tętniące życiem” – po co? Po co? „Małe, tętniące życiem miasto” – czy to nie brzmi lepiej? „Zamknięta kawiarnia” – no i dobrze, mniej chleją! Pani Judyto…
Ty cholerny manipulancie! – wyję, a on odskakuje pod ścianę. – Nie masz prawa ruszać mojego tekstu!!! Mogłeś go nie drukować! To podpisz sam swoim nazwiskiem te brednie! Nie pozwolę sobie na to, ani przez moment, możesz mnie zwolnić, ale nie będę marionetką w twoich brudnych łapach!
Otworzyłam oczy i dotknęłam szpalt ręką.
To nie jest mój tekst – powiedziałam i zrobiło mi się słabo z przerażenia. – Rozumiem pana, ale to nie jest mój tekst. – Adam byłby ze mnie dumny.
Droga pani. – Kochasz uśmiechnął się, jakby był psychiatrą, a ja najstarszym rezydentem jego oddziału. – Droga pani, przecież pani mnie rozumie, prawda? Umówmy się tak, dam pani temat dowolny, tak. – Pod niósł dłoń, jak na wiecu, jakby chciał mnie powstrzymać od komentarza, i udało mu się. – Następny temat jest dowolny, a tu spuszczamy zasłonę! To przeszłość! Pani zapomina o tym tekście, ja płacę za ten tekst i jest moja strata, a pani przynosi mi do numeru marcowego dowolny duży, na osiem szpalt tekst! Tak samo dobry! Poruszający! Do którego ja się nie wtrącam! Który pani podyktuje serce, OK? A do tego nie wracajmy.
Otwieram i zamykam natychmiast usta. No dobrze… Mogła być przecież pogoda… Warto o jeden tekst kruszyć kopie? Może teraz jednak nie warto? A gdzie są granice? Gdzie moja świeżej daty dziennikarska uczciwość? A z drugiej strony dostanę więcej pieniędzy. Czy to takie ważne, że kawiarnia jest nieczynna? Dom kultury? Przecież wiadomo, że na nic nie ma pieniędzy… A z drugiej strony – to nieprawda! Wszystko! Wszystko takie samo, tylko inne! Nie moje! A z drugiej strony, jeśli teraz on czuje się winny, bo twardo stanęłam po swojej strome – to przyjmie mi tekst naprawdę ważny, którego by nie przyjął, gdyby nie ta fatalna sytuacja. Postąpić zgodnie z własnym sumieniem czy rozsądnie? Czy mieć na uwadze przeszłość, czy przyszłość? – Nie wracajmy więc do tego – mówię. Kochasz rozpromienia się, wyciąga do mnie rękę w pożegnalnym geście, a ja czuję się jak Judaszka. Wychodzę od niego i wiem, że mam gorące policzki. Co byś zrobił na moim miejscu, Adasiu?