Cieszę się, że wyjeżdża na ferie, potem czeka ją trudny okres. Cieszę się, że będę sama. Z Eksiem stosunki chłodne, ale poprawne. Jakie mam prawo osądzać Tosię, skoro sama się ucieszyłam, że moi rodzice nareszcie są razem? Cuda się zdarzają. Jeszcze siedemdziesiąt dni do przyjazdu Adama. Jestem dwadzieścia lat starsza od Tosi i we mnie jest tęsknota za dobrą macierzystą rodziną.
Kochana Judyto,
dzielić się swoimi uczuciami możesz z przyjaciółmi, jemu daj czas na zastanowienie się – ewidentnie coś go dręczy. Dwa miesiące to nie wieczność. Jeśli go kochasz, poczekasz, aż sytuacja się wyjaśni.
Z poważaniem Judyta
Byliśmy we trójkę na obiedzie, następnego dnia po studniówce. Ula mnie namówiła, bo wcale nie chciałam iść, ale nie żałuję. Agnieszka z Grześkiem i Nieletnimi jadą do Austrii, Krzyś z Ula i dziewczynkami do Zakopanego. Zostanę sama na wsi z Renką w ciąży, która zajmuje się od miesiąca urządzaniem pokoju dla maleństwa – to znaczy czyta wszystkie pisma o urządzaniu wnętrz – i panem Czesiem, który nie pije, bo mu UFO powiedziało, że może tylko raz na miesiąc. Oraz z psem Borysem moim i kotami.
Adasiu, jak ci jest z dala ode mnie? Nie zapytam, skoro tego nie chcesz.
Jak tym razem nie popadać w skrajności, nie wyobrażać sobie niepotrzebnie różnych rzeczy, nie rozpuszczać wyobraźni, nie być infantylną osiemnastolatką marzącą o białej sukni i księciu na białym koniu?
Jak mam siebie traktować dorośle, skoro to takie trudne?
Jak nie idealizować Adama, tylko przyjrzeć się sobie?
Czy umiem być dorosłą samotną kobietą?
Znowu dziecko?
Jak pech, to pech. Nieletni Mój Siostrzeniec skręcił nogę na desce w parku Szczęśliwickim, gdzie ćwiczył przed wyjazdem. Na trzy tygodnie został umieszczony w eleganckim lekkim gipsie. Agnieszka wpadła w popłoch, wyjazd do Austrii opłacony.
– Piotruś to takie kochane dziecko – jęczała Agnieszka. – Wyobraź sobie, że on nie chce nam zniszczyć urlopu.
– Przecież mogę zostać z ciocią! – zajęczał podobno Agnieszce.
Z ciocią, to znaczy ze mną. Agnieszka dość delikatnie zapytała mnie, czy jednak chociaż na tydzień i że nie będzie robił kłopotu, bo ruszać sienie może. No co miałam powiedzieć? Nieletniego umieściłam w dużym pokoju przed telewizorem, po schodach przecież nie może biegać, choć w tym gipsie całkiem zgrabnie porusza się po domu.
Mam pewne podejrzenia dotyczące Nieletniego. Po pierwsze: jak na chłopaka, który marzył o desce i Austrii, jest dość radosny, wisi głównie na telefonie i gada z Arkiem i Agatką, na zmianę. Całymi dniami siedzi sam (???) w domu i nie narzeka.
Ula widziała dziewczynkę, która wychodziła ode mnie z domu.
Nieletni, kuśtykając, bez przerwy coś porządkuje, wczoraj nie mogłam znaleźć ryzy papieru, którą zostawiłam na podłodze przy komputerze. Odkurzacz był używany.
Parę dni minęło dość spokojnie. Już już zaczęłam się przyzwyczajać do tego, że chłopiec nie bardzo różni się w obsłudze domowej od dziewczynki, tylko je trochę więcej, kiedy okazało się, że spada nam z kolumn olbrzymi tekst o pewnym ministrze, który stracił posadę właśnie wczoraj, dwa dni przed drukiem numeru. Nawet ministrowie są przeciwko mnie! Podejrzewałam jakieś kłopoty w związku z tym, choć nie ukrywam, że do żadnego ministra przywiązana nie jestem. Za wielka fluktuacja, żeby się angażować. W redakcji jakby ktoś w mrowisko kij wsadził. Nie z powodu tragedii ministra oczywiście, tylko z powodu tego nieszczęsnego tekstu, który stracił aktualność właśnie teraz, zwłaszcza że połowa była poświęcona atrakcyjnej żonie ministra.
A ja rano odwiozłam Nieletniego do Arka! I obiecałam, że przywiozę go z powrotem przed trzecią!
Wiedziałam, że w żaden sposób pojechać po Nieletniego nie mogę, bo Naczelny zwołał zebranie na czwartą – nagle. Tosia mogłaby po niego pojechać, ale jej nie ma.
Zadzwoniłam do Arka.
– Ciociu, my wrócimy kolejką! Ja dojdę do kolejki, to niedaleko, mogę trochę chodzić, proszę!
I to był początek moich kłopotów. Okazuje się, że niezależnie od wieku mężczyzny, obdarzanie go zaufaniem jest zawsze niewybaczalnym błędem.
Umówiliśmy się, że zdąży na kolejkę o 13.20 lub o 13.40, bo na drugą Arek i tak idzie do ortodonty. Czyli najpóźniej o czternastej trzydzieści powinien być w domu i natychmiast do mnie zadzwonić. O trzeciej po południu byłam nieprzytomna ze zdenerwowania, telefonu w domu nikt nie odbierał. Zadzwoniłam do Arka, nikt nie odbierał.
Zadzwoniłam do Renki, żeby podjechała pod mój dom i sprawdziła, czy jest Piotruś, Renka powiedziała, że o Chryste! I że oddzwoni. Zadzwoniłam do informacji kolejowej, żeby zapytać, czy może były jakieś przerwy w dostawie prądu lub któraś kolejka wypadła z rozkładu, ale niestety, wszystkie jechały terminowo i planowo.
Karna zapytała, czy dzwonić do informacji o wypadkach, więc strasznie się na nią wydarłam. Zadzwoniłam do rodziców Arka i bardzo delikatnie zapytałam, czy ich synek jest w domu.
– Jest z babcią – powiedzieli. – Ma wizytę u ortodonty.
Zadzwoniłam powtórnie do domu Arką. Odebrała babcia i powiedziała, że nie ma Arka, wyszedł z kolegą w gipsie, miał go odprowadzić do kolejki, dwie godziny temu, ale ona się nie martwi, bo on się zawsze spóźnia i niech się rodzice zajmują wychowaniem dzieci oraz wizytami u lekarza, bo ona jest starą i już posiwiała. Byłam tego samego zdania co ona, ale głos mi drżał.
Potem oddzwoniła Renka i posiedziała, że jestem nienormalna, żeby koty w taką pogodę zastawiać na dworze, i że siedzą na parapecie w kuchni, i że nie mam serca, i że ludzie, którzy nie lubią zwierząt, nie powinni ich mieć, i że w domu nikogo nie ma.
Umierałam.
O czwartej trzydzieści w sali konferencyjnej atmosfera była napięta i właśnie miałam zabrać głos w sprawie ewentualnego poszerzenia rubryki z odpowiedziami na listy i komentowania tekstu przez psychologa, pod kątem socjologicznego zjawiska zagubienia i frustracji w dzisiejszym świecie i szerokiego zakresu pomocy, którą oferuje nasze pismo, kiedy weszła sekretarka Naczelnego i powiedziała, że dzwonią do mnie z policji w Pruszkowie.
Cała redakcja spojrzała na mnie, jakbym należała całe życie do mafii. Nogi ugięły się pode mną, krew mi odpłynęła z twarzy, poderwałaś się jak oparzona i wybiegłam, nie zwracając uwagi na Naczelnego oraz Kochasza.
Te ćwierć minuty, które zajęła mi droga do telefonu, postarzyły mnie o dwadzieścia, a może trzydzieści lat. A potem usłyszałam w słuchawce głos mojego Nieletniego Siostrzeńca:
Ciociu, przyjedź tu po mnie…
Mój siostrzeniec jest aresztowany – powiedziałam tylko, wsadzając głowę z powrotem do sali konferencyjnej. – Muszę iść.
Naczelny osłupiał, a ja wybiegłam w ponure popołudnie, które właściwie było już nocą. Na policję w Pruszkowie przyjechałam po godzinie. Mój Nieletni Siostrzeniec miał bardzo niewyraźną minę, ale wyraźnie uradował się na mój widok. Razem z nim w pokoju, dość przytulnym, siedział Areczek, znany mi skądinąd, oraz dwie dziewczynki z klasy Piotrka. Wszyscy podnieśli głowę na mój widok.
– Za jazdę bez ważnego biletu następuje kara. Czy to pani dzieci?
– Broń Boże – żachnęłam się. – Żadne nie jest moje. Nawet to – pokazałam palcem na Nieletniego, który się skulił. – Jestem ciotka.
– Po zatrzymanego nieletniego winni się zgłosić rodzice, jeśli zatrzymany nie dysponuje dokumentem potwierdzającym tożsamość.
– Rodzice są w Austrii – powiedziałam pokornie – on jest pod moją opieką.
– 1 nawet nie wie, jak ma na imię jego matka? – Agnieszka – powiedziałam szybko, a potem sobie przypomniałam, że Agnieszka na pierwsze imię ma Jadwiga, i nigdy w życiu imienia Jadwiga nie używa. – Albo Jadwiga.