Выбрать главу

Zobaczysz, niedługo wszyscy będziemy szukać pracy – szepnęła mi do ucha Jaga.

Kiedy pakowałam swoje rzeczy, nie było ich tak wiele, koleżanki miały łzy w oczach. Karna podała mi karteczkę z telefonem do „Pani i Pana”.

– Zadzwoń, szukali kogoś do listów.

Znowu trzeba zaczynać wszystko od nowa. No cóż, takie jest życie. Piękne, mężczyźni przystojni, a straty być muszą. Tosia się uczy. Borys choruje. Zaraz linieje. U Potemka nie widać, bo ma czarne kudły.

Niewątpliwie idzie wiosna.

Pojechałam dzisiaj do Warszawy kolejką. Jest ładny dzień, będę wracać po południu, poczytam sobie przynajmniej. W „Pani i Panu” niestety już nie potrzebują redaktora. Ani nawet korektorki, ani sprzątaczki, nikogo nie potrzebują. Wpadam na chwilę do rodziców.

– Czy ty, kochanie, pilnujesz Tosi?

Nie, nie pilnuję. Tosia pilnuje się sama. Ja pilnuję, żeby się nie rozpaść.

Tak źle wyglądasz, chyba schudłaś – mówi Moja Mama.

Kobieta w twoim wieku – mówi Mój Ojciec – nie powinna chudnąć. Zmarszczki i te rzeczy… Ja na twoim miejscu…

Nie zadowolę ich nigdy.

Wchodzę do antykwariatu, może jakiś poradnik dla kobiet, co nie wiedzą, jak żyć? Ale przecież ja wiem.

Tylko jakoś trudno mi wiedzę dostosować do rzeczywistości.

Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskich (nie mogę nie pamiętać, że tutaj kiedyś na mnie czekał Niebieski) wpadam na Naczelnego.

– Witam i zapraszam na coś, co nam na pewno zaszkodzi – mówi Naczelny i idę z nim do restauracji libańskiej, nie zważając na to, że właśnie odjeżdża moja kolejka.

– Mnie też zwolnił – mówię do Byłego Naczelnego i jestem chyba dumna. – Za co?

Za gwałt – pochylam głowę i przypominam sobie, jak zgodziłam się na zmiany w moim tekście pod warunkiem, że będę mogła napisać coś, na czym mi zależy. Mniejsze zło – w tym tkwi diabeł.

To był dobry tekst – mówi Naczelny – Kochasz to wiedział.

Tak, ale… – trochę się zacukuję, bo co mam po wiedzieć mojemu właściwemu Naczelnemu, pierwsze mu szowiniście na świecie?

Śmiało, pani Judyto – mówi Naczelny – co się stało?

– Tekst by poszedł, tylko pan Kochasz wprowadził poprawki…

I przed oczami staje mi pan Kochasz, uśmiecha się i mówi:

– Bez przesady, pani Judyto, z takim zadęciem? A prowokacja ze strony kobiet? Gdyby nie te krótkie spódnice, gdyby nie ten uwodzicielski wzrok, to przecież nie byłoby gwałtów prawda? To drugi aspekt, którego już pani nie uwzględniła!

Drugi aspekt? – Jeszcze nie rozumiem, co ma na myśli. – Jaki drugi aspekt?

No, wiadomo, że kiedy kobieta mówi „nie”, to znaczy: „być może”, jak mówi „być może”, to znaczy: „tak”, a jak mówi „tak”, to nie kobieta… – Kochasz śmieje się, a mnie krew zalewa oczy. – Prawda?

Nieprawda! – krzyczę. Jest pan absolutnym durniem, który trwa przy głupich stereotypach, które nie bardzo dają się przełożyć na ludzki język! Nie rozumie pan, że właśnie o to chodzi, że „nie” znaczy „nie”, a „tak” znaczy „tak”, i o tym jest ten tekst!

Otworzyłam oczy i wykrzyczałam już na głos:

– Jak pan śmie! Nieprawda! Mam po uszy głupich dowcipów! To za poważna sprawa! Nie rozumie pan, że właśnie o to chodzi, że „nie” znaczy „nie”, a „tak” znaczy „tak”!

Pan Kochasz znikł mi sprzed oczu i usłyszałam głos swojego Naczelnego.

– A to dureń. Ale to dobre! No cóż, czasem i mężczyźni są do niczego. Ale pani Judyto, cieszę się z naszego spotkania, bo i tak miałem do pani dzwonić… Robię taki nowy projekt „Rada w radę”… Zajmie się pani rubryką odpowiedzi na listy?

Myślałam, że go ucałuję.

Kiedy wstawaliśmy od stolika po dwu i półgodzinnej rozmowie, której tematem był ten dureń Kochasz (mężczyźni są lepsi w plotach niż kobiety, jaka szkoda, że tak rzadko się do tego przyznają), Naczelny spojrzał na mnie i uśmiechnął się:

– Średni stosunek w tym kraju trwa jednak dwie minuty. Ale wy, kobiety, nie macie prawa twierdzić, że jesteśmy kiepskimi kochankami po dwóch minutach, prawda?

Nigdy nie twierdziłam, że Naczelny jest kiepskim kochankiem. Ale jak napisze do mnie w tej sprawie, chętnie odpowiem. Szowinista jeden!

Zbrodnia w kolejce

Kolejka ruszą, zostawiam miasto za sobą, w mdłych światłach wagonu widzę w szybie swoje odbicie. Wyciągam książkę, ale jest za ciemno, żeby czytać, światełko w suficie mocno przerzedzone. W Regułach wsiada do mojego wagonu mężczyzna. Najpierw idzie na tył wagonu, a potem rozgląda się, szybko spuszczam głowę, ale kątem oka go obserwuję. Tym razem nie pomaga mi powtarzanie „świat jest miejscem przyjazny i dobrym, świat jest miejscem przyjaznym i dobrym” widzę, jak przechodzi na środek, zbliża się niebezpiecznie i siada pośrodku wagonu, ma brązowe sznurowane buty, i kiedy podnoszę wzrok, widzę, że gapi się na mnie. Wystrzegam się wprawdzie wiadomości, ale przypominają mi się wszystkie artykuły o morderstwach, napadach i rozbojach. Udaję, że czytam, ale dopada mnie drżączka. Prawda jest okropna – jestem sama w Wagonie, z facetem o nieczystych zamiarach. Świat być może jest miejscem przyjaznym i dobrym, ale ten wagon nie!

Kolejka zatrzymuje się na następnej stacji. Składam powoli książkę, jak gdyby nigdy nic pakuję do torby, i serce mi martwieje. Mężczyzna wstaje i przesiada się bliżej. Z zapamiętaniem patrzę w ciemne okno i widzę jego odbicie. Siada bliżej i patrzy. Podnoszę się i jak gdyby nigdy nic przechodzę do następnego wagonu. Nie jest to mądre, ale do mojej stacji jeszcze tylko dwadzieścia minut. W środkowym wagonie jest starsza pani i jakiś śpiący mężczyzna. Starsza pani podnosi na mnie wzrok, siadam niedaleko, oddycham z ulgą, że nie jestem sama. Powinnam wsiadać do pierwszego wagonu, w razie czego można zapukać do motorniczego, ale do pierwszego wagonu nie ma już przejścia. Serce mi wali jak głupie. Kolejka zatrzymuje się, starsza pani trąca w ramię śpiącego mężczyznę, wysiadają. Kolejka rusza, a ja z przerażeniem widzę, jak drzwi rozsuwają się i wchodzi mój prześladowca. Rozgląda się po pustym wagonie i idzie w moją stronę.

Przed oczami widzę duże nekrologi:

Żegnamy Cię, Judyto, nieodżałowana i niezastąpiona nasza przyjaciółko – zespół gazety

Wyjątkowy redaktor, wyjątkowa kobieta, której nie doceniłem – redaktor naczelny Artur Kochasz

Jedyna miłość mojego życia… – bez podpisu

Moja ukochana była żono, przepraszam… – Eksio…

Mężczyzna siada naprzeciwko mnie. Sięgam ręką do plecaczka. Nie oddam swojego życia tak łatwo, o nie! Palcami wymacuję klucze i ściskam je mocno w garści. W chwili zagrożenia podobno całe życie staje przed oczami. Mnie nie staje życie, tylko mój młodszy brat. W łazience, jakieś trzydzieści lat temu. Pod nie obecność rodziców pokłóciliśmy się o coś ważnego – na przykład, kto ma wyjść z psem albo wynieść śmieci, albo o jakiś ołówek, i parę chwil praliśmy się dzielnie – ja go szarpałam za włosy i podrapałam, a on mi spuścił prawdziwe manto. Kiedy usłyszeliśmy zgrzyt klucza w zamku, rzuciliśmy się w zgodzie do łazienki, obmywając zadane sobie rany – ja krew z nosa, on ślady po moich pazurach. Mój kochany braciszek w tej łazience udzielił mi łaskawie paru rad. Powiedział mianowicie: trzymaj cokolwiek w ręce, wtedy uderzenie jest silniejsze. I nie drap, bo to nic nie daje, wal prosto w jaja.

Jestem czujna jak tygrys przed atakiem. Czuję klucze w dłoni, ściskam je tak mocno, że mam wrażenie, że dochodzą mi do kości. Niech się tylko ruszy! Jeden ruch i zobaczy, co to znaczy atakować kobietę, matkę dzieciom!

W głowie mi dudni: Nie bądź ofiarą! Krzycz! Broń się!

Nie będę krzyczeć, bo i tak nikogo oprócz nas nie ma. Skup się i nie przeocz niczego! Podnoszę głowę i patrzę mu prosto w oczy, niech wie, że go widzę. Mężczyzna to nie taki znowu mężczyzna, chłopak prawie, ale chłopcy też potrafią być źli, nie zwiedzie mnie jego sarni wzrok, w Anglii dwunastolatek zamordował. Ze mną nie pójdzie łatwo, nieco trudniej mi będzie kopnąć go w jaja, bo siedzi, ale niech się tylko ruszy, będę szybsza, wiem to. Kolejka staje, drzwi się otwierają, zamykają, nikogo. Dwie stacje do domu. Jeszcze tylko dwie stacje. Świat jest miejscem przyjaznym i dobrym, rzucam okiem na podłogę, wiem, gdzie postawię nogi, może mnie chwycić, jak będę wstawała, ukradkiem wyciągam dłoń z kluczami, jeden jest większy, trochę wystaje. Chłopak zaczyna się wiercić, drętwieję.