Выбрать главу

Cassie oparła się o blat, wyczerpana tymi wyjaśnieniami.

– Ale dość o mnie. – Ophelia uśmiechnęła się i Cassie stwierdziła, że istotnie nos ma lekko skrzywiony. – Jak tam twoje kości?

– Kości?

– Boże, Cass, przecież mówisz wyłącznie o zajęciach praktycznych, które prowadzisz w tym semestrze. Sądziłam, że to tak głęboko tkwi w twoim umyśle, że nic nie jest w stanie tego wymazać. W maju wyjeżdżasz do… zaraz, niech pomyślę… do Kenii z ostatnim rokiem.

– Jeszcze nie byłam na uniwersytecie. Alex musi wrócić na plan „Makbeta”, więc postanowiliśmy, że wezmę urlop i pojadę z nim.

– Postanowiliśmy? – Ophelia pokręciła głową. – Chcesz powiedzieć, że on postanowił. Nigdy nie jeździsz na plan z Alexem. W każdym razie nie w czasie roku akademickiego. Musiałaś stracić coś więcej niż tylko pamięć, ponieważ Cassie, którą ja znam, dostałaby apopleksji, gdyby opuściła dwa wykłady z rzędu. – Ophelia uśmiechnęła się. – Może powinnam zabrać cię dzisiaj na uniwersytet i zamknąć na kilka godzin w twoim zakurzonym gabinecie, a potem niech Alex wlecze wrzeszczącą i kopiącą żonę do Szkocji.

Cassie czuła, jak dłoń zaciska jej się na rękojeści noża. Nie miała powodów, by bardziej wierzyć Alexowi niż Ophelii, mimo to wierzyła. Przełknęła ślinę i położyła nóż obok pokrojonej truskawki. Przesunęła palcem po czerwonej kałuży soku i ziarenek: sercu owocu, krwi.

– Dlaczego ty i Alex się nienawidzicie? – zapytała ponownie.

Ophelia westchnęła.

– Jesteśmy zbyt do siebie podobni. Pracujemy na różnych poziomach, ale w tej samej branży. Oboje mamy bzika na punkcie pracy. I oboje chcemy ciebie tylko dla siebie.

Cassie roześmiała się, ale jej głos zdawał się wstrząsać powietrzem.

– To idiotyzm – orzekła. – Ty jesteś moją przyjaciółką, on mężem. W moim życiu jest mnóstwo miejsca dla was obojga.

Ophelia oparła się o blat, unosząc twarz ku świetlikowi.

– Powiedz to Alexowi. Od pierwszego dnia próbował połknąć cię żywcem.

Jakby podsłuchiwał, Alex wrócił z miasta z pudłem pełnym kości. Udawał, że ugina się pod ciężarem, wchodząc do kuchni, gdzie Cassie przy stole przeglądała albumy ze zdjęciami. Wpatrywała się w wyblakłą fotografię jasnowłosego chłopca. Szczupły i umięśniony, tuż na granicy dojrzałości, obejmował Cassie za szyję. Miała wtedy trzynaście lat, ale nie było między nimi tego niezręcznego dystansu, dzielącego nastoletnich chłopców i dziewczęta. Wręcz przeciwnie, patrząc na zdjęcie, nie wiadomo było, gdzie jedno się kończy, a drugie zaczyna.

Cassie nie uniosła głowy, nie zauważyła też drewnianego pudła z nalepkami.

– Alex, gdzie teraz mieszka Connor? Dlaczego nie utrzymuję z nim kontaktu?

– Nie mam pojęcia. To jedyny temat, na który nigdy nie chcesz rozmawiać.

Cassie położyła palec na rozwichrzonych włosach Connora.

– Musieliśmy się pokłócić. Pewnie wybuchła jedna z tych idiotycznych młodzieńczych kłótni, z powodu których latami czujesz się podle, ale zakłopotanie nie pozwala ci wyciągnąć ręki do zgody.

Alex otworzył pudło.

– Wątpię. Jesteś fanatyczką na punkcie zbierania połamanych kawałków. – Podrzucił w powietrze kilka ciężkich i pożółkłych fragmentów kości, które Cassie złapała niczym wytrawna żonglerka. – Proszę, tu masz parę odpowiednich. – Wysypał zawartość pudła na otwarte albumy. – I nie mów, że nigdy nic ci nie przynoszę – dodał z uśmiechem.

Cassie odgarnęła miękką watę i gazety, przesuwając opuszkami palców po około pięćdziesięciu kawałkach kości. Na każdym pochyłym europejskim charakterem pisma wypisano tuszem miejsce pochówku, stanowisko archeologiczne, datę odkrycia.

– Och, Alex – mruknęła – skąd to wziąłeś?

– Z Cambridge w Anglii. Paczka szła przez Kornwalię, tak przynajmniej twierdzili w laboratorium, od którego to kupiłem.

– Kupiłeś mi czaszkę?

Alex przygładził włosy.

– Nie masz pojęcia, przez co przeszedłem, żeby pozwolili mi to wziąć do domu. Musiałem powiedzieć temu doktorowi Botherowi…

– Botnerowi?

– Nieważne; a więc musiałem wpłacić spory „datek”, powiedzieć, kim jesteś, i przekonać go, że z całą pewnością odeślesz czaszkę do muzeum, a nie zatrzymasz jej w domu jakiegoś aktora w charakterze osobliwości. – W roztargnieniu zaczął drzeć na strzępy kłębek waty. – A żeby zachować sprawę w tajemnicy, musiałem przeprowadzić negocjacje w ciągu tych sześciu minut, kiedy nie było cię przy moim boku.

Cassie wpatrywała się w niego zdumiona.

– Załatwiłeś to wczoraj?

Alex wzruszył ramionami.

– Kupiłem kości, kiedy byłem w Szkocji, ale wczoraj przyśpieszyłem wysyłkę. Nie wiedziałem, ile czasu potrwa, nim znowu będziesz się czuła jak dawniej, i chciałem, żeby otaczały cię znajome przedmioty.

Cassie uśmiechnęła się i jak zawsze Alex ze zdziwieniem zadał sobie pytanie, dlaczego fotografowie wolą robić zdjęcia jemu, a nie jej. Jeśli w jego rysach coś się odbijało, było to światło, którym promieniowała Cassie.

– Oczywiście każda inna kobieta byłaby zachwycona różami powiedziała teraz.

Obserwował jej dłonie, odruchowo porządkujące kości czaszki.

– Nie zrezygnowałbym z ciebie za skarby świata – rzekł.

Cassie, która wyjmowała żuchwę z chroniącej ją waty, spojrzała na swoje ręce, później wstała i pochyliła się, by pocałować Alexa.

– Pewnie jestem najszczęśliwszą osobą w całej Kalifornii.

Alex przytulił się do niej, chwytając się kurczowo jej słów i elektryzującego dotyku skóry. Nie wiedział, co odpowiedzieć; nigdy nie wiedział, co powiedzieć, przywykł do wypowiadania cudzych kwestii. Żałował, że nie potrafi słowami wyrazić przekonania, że gdyby odeszła, gdyby kiedykolwiek go opuściła, jego egzystencja dobiegłaby kresu. Ale nie nauczył się tego, zrobił więc to, co zawsze: przyjął pierwszą rolę, jaka przyszła mu na myśl, za wszelką cenę bowiem pragnął uniknąć konfrontacji z własnymi ograniczeniami.

Odsunął się od Cassie i zmienił nastrój: teraz to była lekka komedia, rola klauna. Spoglądając na kawałki kości, uniósł brew.

– Ha, nie ulega wątpliwości, że masz więcej szczęścia od niego.

Zostawił Cassie układającą kości w pięć prostych rzędów i zszedł na dół po drugą część prezentu: durofix, plastelinę oraz pudło z piaskiem, w którym układała posklejane fragmenty. Wszystko to wziął z domowego laboratorium.

Kiedy wrócił, Cassie zdążyła dopasować kilka kości; Alex widział, jak łatwo jej to przychodzi.

– Z nalepki wynika, że czaszka pochodzi z wczesnego średniowiecza – powiedziała. – Nazwałam go Lancelot. – Z pudła, które trzymał Alex, wyjęła durofix i wycisnęła cienką strużkę kleju na krawędź kości. Postawiła ją ukośnie w skrzynce z piaskiem i dopasowała drugi kawałek, następnie podgarnęła piasek, który podtrzymywać miał kości, dopóki klej nie wyschnie. – Najpierw zrobię sklepienie czaszki, potem osobno twarz, jeśli to będzie możliwe. Kiedy klej zacznie wysychać, wsunę żuchwę w stawy, żeby się przekonać, czy zęby pasują, i dopiero wtedy skleję twarz.