Na koniec wyjęła czaszkę, która na sklepieniu wciąż miała kępki sierści.
– Zdumiewające – szepnęła, tocząc ją w kierunku Connora. Connor z zamkniętymi oczami siedział tyłem do psiego grobu.
– Możemy już iść? – zapytał chrapliwie.
Cassie poczuła, jak jej wargi rozciągają się w uśmiechu.
– Jezu, Connor, gdybym nie znała cię lepiej, pomyślałabym, że jesteś śmiertelnie przerażony.
Connor błyskawicznie wstał i złapał Cassie za ramiona z siłą, która o włos graniczyła z przemocą. Potrząsnął nią tak mocno, że głowa odskoczyła jej do tyłu.
– Wcale się nie boję – zaprzeczył.
Cassie zmrużyła powieki. Connor nigdy tak się nie zachowywał. Nigdy nie zrobił jej krzywdy. Był jedynym, który nigdy jej nie skrzywdził. Łzy gniewu zapiekły ją pod powiekami.
– Tchórz – szepnęła; chciała, by to słowo trafiło go w serce i sprawiło mu ból taki, jaki ona czuła.
Czas stanął w miejscu; Cassie świadoma była jedynie paznokci Connora, wbijających się w jej skórę, i żaru spojrzenia na swojej twarzy. Z kącika oka dziewczynki spłynęła łza. Connor uniósł dłoń, by ją zetrzeć.
Nigdy też nie dotykał Cassie w taki sposób. Tak delikatnie, że zastanawiała się, czy sobie tego nie wyobraziła, czy przypadkiem nie był to powiew nocnego powietrza.
– Nie jestem tchórzem – szepnął Connor z tak bliska, że słowa padły wprost na usta Cassie.
Żadne nie umiało się całować. Oboje równocześnie odwrócili głowy w jednym, potem w drugim kierunku, by wreszcie z westchnieniem połączyć usta. Przez ciało Cassie popłynął żar, rozpalając palce, które trzymała na ramionach Connora. Była pewna, że zostawi ślady na jego skórze.
Rozchyliła wargi. Gdy jego język spotkał się z jej językiem, mogła zdobyć się tylko na jedną myśclass="underline" On smakuje tak samo jak ja.
Wiele lat później Cassie, rozmyślając o swojej profesji, usiłowała znaleźć w przeszłości impuls, który skłonił ją do wybrania antropologii. Podświadomie podjęła tę decyzję w wieku czternastu lat, tamtej nocy na cmentarzu dla zwierząt. Nigdy jednak nie potrafiła sobie odpowiedzieć, czy powodem była fascynacja samymi kośćmi, tamten pierwszy pocałunek w świetle księżyca czy też pragnienie oddania hołdu Connorowi, ponieważ wtedy po raz ostatni widziała go żywego.
Zostali na cmentarzu przez godzinę, od nowa ucząc się siebie. Księżyc zamienił ich w dwa białe duchy, które z połyskliwym psim szkieletem u stóp zatraciły się w pocałunkach. Potem wolno poszli do domu Cassie, trzymając się za ręce. Tym razem prowadził Connor.
7
Aby uczcić wskrzeszenie średniowiecznego Lancelota, Alex zaprosił Cassie na kolację.
– Do Le Dóme – powiedział, wybierając numer, który znał na pamięć. – Może będziesz chciała się przygotować do wyjścia.
Naturalnie, że chciała, przez cały dzień pochłonięta była piaskiem i plasteliną, mimo to zabolała ją świadomość, że zdaniem Alexa, jej wyglądowi daleko do doskonałości.
– Louis? Mówi Alex Rivers. Tak, dzisiaj wieczorem o dziewiątej.
Tylko ja i żona. Stolik w głębi, proszę. – Ostrożnie odłożył słuchawkę i wziął w ręce czaszkę, po czym zaczął podnosić i opuszczać jej szczękę, jakby coś mówiła. – W porzo? – zapytał, doskonale parodiując głos znanego brzuchomówcy, señora Wencesa.
Cassie musiała się uśmiechnąć.
– W porzo.
Zaplotła ramiona na piersiach, zastanawiając się, co znajdzie w szafie.
Ku jej zaskoczeniu Alex poszedł za nią do sypialni i otworzył jej garderobę. Znalazł trzyczęściowy prosty kostium z szarego jedwabiu i rzucił go na łóżko.
– Proszę – powiedział, jakby robił to przez całe życie. Cassie oparła się o framugę drzwi do łazienki i skrzyżowała ręce.
– Ja tobie też wybieram stroje? – zapytała sucho.
Alex spojrzał na nią speszony, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, jak musiał wyglądać jego gest.
– Zawsze mnie prosisz, żebym coś ci wybrał. Mówisz, że wiem, co aktualnie się nosi. – Podniósł kostium, by schować go do szafy.
Cassie przygryzła wargę.
– Nie. – Zrobiła krok do przodu. – Podoba mi się. Naprawdę. Sama nie wiem. Kostium jest ładny.
Szorowała się pod prysznicem tak długo, aż skóra zaczęła jej opalizować, a włosy przesiąkły zapachem lilii. Ile sił w płucach śpiewała „Hey Jude” i napisała swoje imię na zaparowanym szkle. Kiedy otworzyła drzwi, Alex stał w łazience, wyglądając jak zjawa w kłębach gorącej pary. Był nagi, co tylko pogłębiło jej zakłopotanie. Zakryła piersi i odwróciła się.
– Nie wiedziałam, że tu jesteś.
– Twój śpiew usłyszałbym w San Diego – odparł Alex. Z uśmiechem złapał ją za przeguby. – Wcześniej już to wszystko widziałem – przypomniał łagodnie. Owinął ręcznikiem jej biodra i przyciągnął ją do siebie.
– Myślałam, że idziemy na kolację.
– Pracuję nad rozbudzeniem apetytu. – Przesunął językiem po jej sutku. – Dobrze mi to idzie.
Tak na nią działał, potrafił sprawić, że jej ciało ogarniała gorączka, a krew boleśnie przyśpieszała. Cassie opuściła dłoń i wprowadziła go w siebie. Pragnąc jak najbardziej się do niego zbliżyć, niechcący podrapała go w ramię. W pewnym momencie z luster zeszła para i Cassie ponad schyloną głową Alexa patrzyła na ich potrojone odbicie, chimerę ze splątanymi kończynami, ruchliwą, dyszącą. Cassie twarz miała zaczerwienioną, mokre włosy przyklejone do szyi. Wyciągnęła dłoń w stronę lustra. Mój Boże, pomyślała, czy to jestem ja?
Godzinę później w Le Dóme kierowali się do stolika w głębi, po drodze ściskając dłonie, wymieniając pozdrowienia i obietnice spotkania się na lunchu. Jak na czwartkowy wieczór w restauracji panował tłok. Zdenerwowana Cassie stała za Alexem, trzymając go za rękę, podczas gdy on gawędził z kolejnymi znajomymi. Kiedy rozmawiał z szefem studia, dopiero po kilku minutach uświadomiła sobie, że opowiada o pogodzie w Szkocji, a jego towarzysz omawia korzyści wynikające z utworzenia konsorcjum. W Hollywood ludzie nie rozmawiają ze sobą, ale raczej wygłaszają monologi. Cassie przyszły na myśl trzyletnie dzieci, które jeszcze nie przyswoiły sobie umiejętności współżycia w grupie.
Kiedy Alex zamawiał wino, zasłoniła się kartą dań. Podjęła już decyzję, ale wolała pozostać w ukryciu. Wyglądało na to, że przy każdym stole siedzą albo gwiazdy dokładające starań, by wyglądać na śmiertelnie znudzone, albo zwykli ludzie, którzy wyciągają szyje, by zobaczyć, z kim Alex Rivers przyszedł na kolację.
Alex odsunął palcem jej menu.
– I właśnie dlatego – powiedział z uśmiechem – rzadko gdzieś wychodzimy.
Wznieśli toast na cześć Lancelota, kiedy do stolika podeszła kobieta, zdyszanym głosem powtarzając imię Alexa. Cassie zaparło dech. Sądziła, że Ophelia jest piękna, ale nic nie przygotowało jej na widok tej kobiety w prostej czarnej sukni, która okrywała ją od szyi aż do stóp; nieznajoma zarzuciła Alexowi ręce na szyję i przez rozcięcie z boku Cassie dostrzegła, że pod suknią nie ma bielizny, tylko kończące się wysoko na udach pończochy.
– Gdzie się ukrywałeś? – zapytała kobieta zalotnie.
– Mirando – powiedział Alex, niemal spychając kobietę z kolan – pamiętasz moją żonę? Cassie, to Miranda Adams.
Miranda Adams nachyliła się tak nisko, że czuć było w jej oddechu alkohol. Kiedy znowu się wyprostowała, wstrząśnięta Cassie uświadomiła sobie, że suknia tamtej jest przezroczysta. Sutki Mirandy były ciemne i spiczaste, nad lewą piersią widniały znamiona, a może tatuaż, w kształcie gwiazdozbioru Oriona.