Gdy wychodziła na parną ulicę, słowa Kleopatry podążały za nią niczym ślubny tren. „A teraz mi powiedz, czy mógł być kiedy, czy był kiedy człowiek podobny temu, o którym marzyłam?”.
9
Michaela Snow, rzeczniczka Alexa Riversa, czekała na niego na szpitalnym parkingu.
– Alex, Alex, Alex. – Jej potężne ramiona zdawały się poruszać z własnej woli, owijając się wokół jego szyi. – Zabiłabym cię, gdybym cię nie kochała.
Alex pocałował ją w policzek i przytulił, o ile zdołał – ważyła o wiele więcej niż on, nie dał rady objąć jej w pasie.
– Kochasz mnie tylko dlatego, że daję ci zarobić mnóstwo forsy.
– Trafiłeś w sedno – odparła. Strzeliła palcami i z jej furgonetki wygramolił się mały, chudy człowieczek. W jednej ręce trzymał trzy związane szczotki, w drugiej gąbkę z podkładem. – To jest Flaubert Halloran. Niezależny charakteryzator.
– Flaubert – powtórzył mężczyzna głosem, który Alexowi skojarzył się z miauczeniem kota. – Jak ten pisarz. – Wsadził w usta rączki szczotek, tak jak robią to ze szpilkami krawcowe, i zaczął pokrywać pudrem siniak pod okiem Alexa. – Oj, fe.
Michaela nie odrywała wzroku od zegarka.
– Dobra, Flo, wystarczy. – Złapała Alexa za rękę i pociągnęła go w stronę drzwi szpitala. – Mamy trzy wielkie sieci telewizyjne oraz „People”, „Vanity Fair” i „Timesa”. Historyjka brzmi tak: co roku bierzesz udział w takich akcjach dobroczynnych, a dziennikarze są tu dzisiaj tylko dzięki przeciekowi do mediów. Wymyśl coś o kuzynie, który umarł na białaczkę.
Alex uśmiechnął się do niej.
– Albo nieślubnym synu?
Michaela wprowadziła go przez szklane drzwi.
– Zamorduję cię.
Wręczyła Alexowi stos fotosów z „Tabu” oraz pęk niebieskich i złotych balonów, po czym weszli do windy. Nacisnęła guzik siódmego piętra.
– Pamiętaj, odegraj zaskoczonego na widok kamer, ale szybko się opanuj i poczęstuj ich łzawą historyjką, która zapewni ci następną nominację do Oscara. – Mrugnęła znacząco, machając dłonią; małe czerwone paznokcie błysnęły na tle skóry. – Ciao – dodała bezgłośnie.
Odegraj? – pomyślał Alex. Twarz mu spoważniała, gdy drzwi windy się za nim zamknęły. Przecież on już gra. Musiał wykorzystać niemal całą swą wyobraźnię, by spotkanie z Michaelą potraktować jak każde inne spotkanie w celach reklamowych. Przez lata starannie unikał szpitali, przez lata chował na dnie świadomości wspomnienia z oddziału pediatrycznego w nowoorleańskim szpitalu. Kiedy szedł korytarzami, znajomy odór amoniaku i nagie białe ściany zamykały się wokół niego. Napiął mięśnie ramienia, spodziewając się ukłucia strzykawki, kroplówki w żyle.
Urodził się z dziurą w sercu, która skazała go na dzieciństwo na marginesie. Usłyszawszy w stetoskopie szmery, lekarz z prowincji odesłał matkę Alexa do specjalisty w mieście, ale kiedy zapomniała o wizycie (co zdarzało jej się często), poradził, by syn się nie przemęczał, ale też i nie rozczulał nad sobą. Alexowi przykazano: Nie biegaj. Nie szalej. Pamiętał, jak obserwował inne dzieci w przedszkolu, które dokazywały na placu zabaw. Pamiętał, jak zamykał oczy i wyobrażał sobie swoje serce: dziurawe i czerwone niby na walentynkowej kartce.
Kiedy miał pięć lat i wciąż nie wolno mu było bawić się na dworze, popołudniami oglądał opery mydlane z matką, która zdawała się nie zauważać ani nie przejmować jego obecnością. Raz w telewizji kobieta z jasnymi włosami wróżki przycisnęła policzek do nagiej piersi mężczyzny i szepnęła: „Kocham cię z całego serca”. Kiedy później Alex wyobrażał sobie własne serce, nie ograniczał się tylko do samej dziury. Widział także rozmiary szkody: cała miłość, którą zebrał dla innych, którą od innych dostał, wyciekała i nie można było tego powstrzymać.
Dlatego też siebie obwiniał o obojętność rodziców w sposób, w jaki dziecko myli przyczyny i skutki. To wtedy po raz pierwszy postanowił, że będzie kimś innym. Zamiast stawić czoło własnym brakom, udawał, że jest nieustraszonym piratem, himalaistą, prezydentem. Udawał, że żyje w normalnej rodzinie, że podczas kolacji rodzice pytają: „Jak ci minął dzień?”, zamiast gniewnie syczeć we francuszczyźnie Cajunów. Miał osiem lat, kiedy lekarze stwierdzili, że jest zdrowy, i wówczas przeniósł te fantazje do rzeczywistości, wolał bowiem być silny i mądry, a nie zalękniony jak dawniej.
Przekonał siebie, że jest odporny na ból, że odznacza się cechami superbohaterów. Pamiętał, jak trzymał dłoń nad palącą się świecą i czując przypalaną skórę, powtarzał sobie, że na nikogo, kto z sukcesem przejdzie taką próbę, w żaden sposób nie może wpłynąć brak zainteresowania matki czy szyderstwa ojca. Z czasem uwierzył we wszystko, co sobie siłą narzucał. W gruncie rzeczy trzydzieści lat później Alex miał takie doświadczenie w udawaniu, że z trudem przypominał sobie, co by pozostało, gdyby spadły z niego wszystkie te starannie dobrane maski.
Dzięki opanowaniu, z którego stał się sławny, Alex uwolnił się od wspomnień i wewnętrznie przygotował na obecną sytuację. Prawda, to był szpital, ale nie miał z nim nic wspólnego, on absolutnie nic dla niego nie znaczył. To tylko zadanie do wykonania, więc będzie udawał, że tu jest, a potem pójdzie w diabły.
Alexa nie dziwiło, że musi przedrzeć się przez gromadę lekarzy i pielęgniarek, nim dotrze do dzieci. Uśmiechał się grzecznie, ukradkiem zerkał ponad ich rozkołysanymi głowami, szukając najszybszej drogi na oddział, tak by wyglądało na to, że był tu wcześniej wiele razy. Ciągnęli go za marynarkę, mówili, jak bardzo się im podobał ten lub tamten film. Zwracali się do niego po imieniu, jakby te godziny w mrocznej sali kinowej, gdy oglądali go na ekranie, upoważniały ich do myśli, że znają go przez całe życie.
– Dzięki – mruczał. – Tak, bardzo dziękuję.
Zdołał dojść do pediatrycznego oddziału onkologicznego, gdy zza rogu wypadły ekipy telewizyjne. Podniósł wzrok na chwilę dość długą, by okazać lekką dezaprobatę, może cień zaskoczenia, później uśmiechnął się uprzejmie i powiedział, że czekają na niego dzieci.
Michaela nie przygotowała go na widok małych pacjentów. Jeden cholerny rzut oka i Alex znowu miał pięć lat, trząsł się w cienkich kalesonkach i czekał, aż lekarze odczytają jego przyszłość. Czy on też tak wyglądał?
Dzieci krążyły po sali w piżamkach, niektóre powiewały połami rozpiętych szlafroków. Oczy miały za wielkie do swoich buzi. Były jak odbitki ksero: wychudzone, udręczone, łyse, budziły skojarzenia z obozami koncentracyjnymi. Alex nie potrafił odróżnić chłopców od dziewczynek, dopóki dzieciaki się nie odezwały.
– Panie Rivers – szepnęła dziewczynka. Nie mogła mieć więcej niż cztery lata, choć Alex nie umiał oceniać wieku na oko. Ukląkł, by mogła wdrapać mu się na piety. Pachniała lekami, moczem i klęską. – Proszę – powiedziała, wrzucając wilgotnego krakersa do kieszeni jego tweedowej marynarki. – Schowałam to dla pana.
Sądziłby, że dzieciaki są o wiele za małe, by znać jego filmy, ale prawie wszyscy widzieli „Speed”, ten o pilocie oblatywaczu. Chłopcy chcieli wiedzieć, czy rzeczywiście prowadził F 14, a jeden nawet zapytał, czy aktorka grająca jego dziewczynę smakowała tak dobrze, jak wyglądała.
Rozdał balony mniejszym dzieciom i podpisał fotosy. Kiedy trzynastolatka imieniem Sally podeszła, by także poprosić o autograf, pochylił się ku niej konspiracyjnie.