Выбрать главу

Hol był potężnym pomieszczeniem z sufitem jak w katedrze, podwójnymi krętymi schodami i podłogami z różowego marmuru. Cassie wpatrywała się w swoje stopy, które spoczywały w kałuży barwnego światła, padającego z witrażowego okna ponad drzwiami. Na jej lewej stopie i kostce jak plama rozlewały się inicjały Alexa. Poderwała głowę, słysząc jego głos.

– Cassie, John powiedział wszystkim o twoim… małym problemie. Będą się starać, żeby ci pomóc przed wyjazdem do Szkocji.

Cassie powiodła wzrokiem po rzędzie postaci stojących niczym ołowiane żołnierzyki u stóp schodów. Naturalnie był tam John, który najwyraźniej pełnił funkcję nie tylko kierowcy i ochroniarza, ale też swego rodzaju majordomusa. Obok stali: mężczyzna w fartuchu opiętym na wydatnym brzuchu i młoda dziewczyna w prostym czarnobiałym stroju pokojówki. Z boku ustawił się kolejny mężczyzna, jakby nie życzył sobie, by uważano go za służbę. Zrobił krok do przodu i wyciągnął dłoń do Cassie.

– Jack Arbuster – przedstawił się z uśmiechem. – Sekretarz pani męża.

Cassie zastanawiała się, po co Alexowi sekretarz, skoro ma już agenta, rzecznika i osobistego asystenta. Pomyślała, że może do jego obowiązków należy załatwianie korespondencji od wielbicieli albo regulowanie rachunków.

– Zanim wyjedziesz, muszę z tobą omówić kilka spraw – zwrócił się do Alexa, przepraszająco mrugając do Cassie.

Alex objął ją w pasie.

– Daj mi godzinę, Jack. Spotkamy się w bibliotece.

Cassie odprowadzała wzrokiem odchodzącego Jacka, usiłując dojrzeć, co jest za rogiem. Alex przeszedł z nią obok pokojówki, kucharki i Johna.

– Chodźmy – powiedział. – Pokażę ci tyle, ile się da, a na wypadek jakiejś katastrofy zostawię ci plan domu, żebyś mogła się zorientować w jego topografii.

Zabrał ją do biblioteki wykładanej wiśniową boazerią i wypełnionej setkami pierwszych wydań klasycznych powieści brytyjskich i amerykańskich; jedną półkę zajmowały czasopisma naukowe, w których opublikowano artykuły Cassie. Zajrzeli do jadalni ze stołem na trzydzieści osób oraz do sali projekcyjnej z nieskazitelnie białym ekranem i dziesięcioma głębokimi sofami. W kuchni Cassie wetknęła głowę do stalowej lodówki i policzyła miedziane garnki wiszące nad marmurowym blatem. Na pożegnanie dostała od kucharki małe ciastko z jabłkiem.

W domu było sześć łazienek, dziesięć sypialni, każda z pastelową jedwabną tapetą i francuskimi koronkowymi firankami, trzy salony oraz sala wypoczynkowa z automatami do gier, kręgielnią, stołem do bilardu i wielkim telewizorem. Cassie nie zobaczyła całego skrzydła, bo Alex zaprowadził ją na piętro do głównej sypialni. Otworzył podwójne drzwi do apartamentu wygodnie umeblowanego sofami w paski i grubymi perskimi dywanami. W ścianę wbudowane było stereo, a także telewizor i odtwarzacz. W wazonach pyszniły się bukiety pięknych kwiatów, które podkreślały lawendowe i błękitne akcenty wystroju i – o czym Cassie wiedziała – nie pochodziły z Kalifornii.

– Pewnie spędzamy tu mnóstwo czasu – powiedziała, wchodząc za Alexem do przyległego pokoju, w którym stało potężne klonowe łoże.

– No cóż – odparł z uśmiechem – staramy się.

Cassie podeszła do łóżka i przesunęła dłonią po sękach w drewnie.

– Jest większe od podwójnego, prawda?

Alex położył się na brzuchu.

– Kazałem je zrobić na zamówienie. Na temat łóżek mam pewną teorię – są jak misy ze złotymi rybkami. Wiesz, że jeśli zostawisz rybki w misie, będą miały wielkość kciuka? A kiedy przeniesiesz je do stawu, takiego, jaki mamy za domem, urosną dziesięć razy większe. Pomyślałem więc, że im większe łóżko, tym lepiej dla mnie.

Cassie wybuchnęła śmiechem.

– Myślałam, że okres dojrzewania masz już za sobą.

Złapał ją za rękę i pociągnął do siebie.

– Zauważyłaś?

Odwróciła się ku niemu, patrząc na lekki zarost, który pokrył gładką linię jego szczęki.

– Gdzie jest moje laboratorium?

– Z tyłu. To ten mały biały budynek, drugi z kolei. W pierwszym mieszka John.

Cassie zmarszczyła brwi.

– Nie mieszka w domu jak pani Alvarez?

Alex usiadł prosto.

– Nocami lubimy mieć dom dla siebie – wyjaśnił.

Cassie podeszła do kominka i dotknęła stojącej na nim pustej karafki na brandy. Aurora, pomyślała, czując na ramionach dłonie Alexa.

– To tylko na pokaz – szepnął, jakby czytał jej w myślach.

Cassie okręciła się na pięcie.

– Idź zarabiać na życie – powiedziała z uśmiechem. – A jeśli za godzinę mnie nie będzie, wyślij na poszukiwania Gwardię Narodową.

Po wyjściu Alexa stanęła w otwartych drzwiach balkonowych, patrząc na przedmieścia Los Angeles i błękitne wzgórza. Ogrodnik, którego jeszcze nie poznała, plewił rabatkę delikatnych lilii, a na podjeździe John polerował tylny zderzak range rovera. Cassie zlokalizowała laboratorium, usytuowane na lewo od bujnie kwitnących kwiatów, zasadzonych na kształt fleurdelis. Za ogrodem biała kamienna dróżka wiodła zboczem ku czemuś, czego nie potrafiła dojrzeć.

Zbiegła na dół drugimi schodami, po to tylko, by się przekonać, jak się na nich poczuje. Wyszła na ganek, gdzie wypróbowała fotel na biegunach i huśtawkę, potem jak dziecko pobiegła kamienną ścieżką. Kiedy oddaliła się od domu na tyle, by mieć pewność, że nikt jej nie widzi, wyciągnęła ręce ku słońcu i okręciła się na pięcie z głośnym śmiechem.

Był tam staw ze sztucznym wodospadem, o którym Alex zapomniał jej powiedzieć, i prawdziwy labirynt z gęstych bukszpanów. Weszła do niego, zadając sobie pytanie, czy będzie umiała znaleźć drogę do środka i z powrotem. Szybko zaczęły się ostre zakręty i kiedy biegła wąskimi alejkami, w ręce drapały ją świeżo przycięte gałęzie. Oszołomiona, padła na chłodną trawę. Leżała na plecach, ogarnięta podziwem dla domu i posiadłości Alexa.

Gdyby robak nie wpełzł jej na przedramię, nie zauważyłaby kamienia. Przetoczyła się na brzuch i na wprost jej oczu znalazły się krzewy bukszpanu, wśród których ukryty był mały różowy głaz.

W gruncie rzeczy nie miał owalnego kształtu, zbyt był nieregularny i przekrzywiony, by tak go nazwać. Cassie wsunęła ręce w zarośla, czując, jak gałązki owijają jej się wokół przegubów niczym bransolety. Ten różowy kwarc przywiozła ze sobą ze Wschodniego Wybrzeża. Na najbardziej płaskim boku niewprawną ręką wyryto litery CCM i datę – 1976.

Nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego ukryła kamień pod bukszpanami w środku labiryntu. Nie pamiętała, czy kiedykolwiek powiedziała o nim Alexowi. Pojęła jednak, że odkąd straciła pamięć, to stanowi pierwszy dowód, pierwszy przedmiot, który naprawdę ją przekonał, iż tutaj jest jej dom.

Cassie znowu odwróciła się na plecy, tuląc do piersi kamień. Wpatrywała się w słońce tak długo, aż piękny świat ofiarowany jej przez Alexa zakryła ciemność, i wtedy wyszeptała imię Connora.

Pierwszego listopada 1976 roku, tuż po siódmej rano, ojciec Connora wszedł do kuchni, gdzie Connor z matką jedli płatki, i zastrzelił oboje ze strzelby kaliber 12. W czasie, który Cassie zajęło powiadomienie policji o strzelaninie i przebiegnięcie przez zagajnik do domu Connora, pan Murtaugh odebrał sobie życie.

Ojciec Connora zabił się w salonie, jego żona leżała na kuchennej podłodze. Nie miała połowy głowy. Connor upadł na nią z potężną dziurą w piersiach.

Ze spokojem zrodzonym z szoku Cassie usiadła obok Connora i przytuliła go do siebie. Położyła palce na jego wciąż ciepłych ustach. Myślała, żeby go pocałować, tak jak zrobiła to poprzedniej nocy na cmentarzu, ale nie potrafiła się do tego zmusić.

Policjanci i sanitariusze odciągnęli Cassie od Connora. Siedziała w kącie kuchni, z szorstkim wełnianym kocem na ramionach, i ciągle od nowa odpowiadała na te same pytania. Nie, nie była obecna przy zbrodni. Nie, dzisiaj rano nie widziała pana Murtaugha. Nie, nie, nie.