Выбрать главу

Nie wierzę w UFO, reinkarnację ani duchy, ale wierzę w Connora. Mogę tylko powiedzieć, że od czasu do czasu go czuję. Pojawia się, gdy sprawy układają się źle. Myślę, że chyba z mojej winy nigdy nie zdołał odlecieć do nieba czy gdzie tam idą dusze, ponieważ opiekował się mną przez całe dzieciństwo i najwyraźniej wciąż czuje się do tego zmuszony.

Rozumiesz więc, że spodziewałam się go w tamten upalny sierpniowy poniedziałek, kiedy nerwowo chodziłam po korytarzach wydziału antropologii, czekając na decyzję o zatrudnieniu. Od dwóch lat byłam asystentką na UCLA, uzyskawszy na tym uniwersytecie tytuł licencjata, magistra i doktora. Teraz zależało mi na stałym etacie. Ludzie pracujący tu krócej niż ja też zostawali adiunktami. W końcu oznajmiłam Archibaldowi Custerowi, dziekanowi wydziału, że mam propozycję z college’u na wschodzie, co było łgarstwem w żywe oczy.

W gruncie rzeczy nie spodziewałam się, że dostanę etat, ponieważ mając dwadzieścia siedem lat, wciąż byłam sporo młodsza od innych pracowników. Ale to przecież nie moja wina, że potrzebowali więcej czasu na osiągnięcie tej samej pozycji co ja. Czułam dumę, że trzynaście lat wcześniej podjęłam decyzję, co zrobię ze swoim życiem, i nie odstąpiłam od tego planu.

Opierałam się o pojemnik z wodą przed drzwiami sekretariatu, kiedy poczułam lekki ucisk na kręgosłupie, który był znakiem, że Connor jest przy mnie. Uznałam, że jeśli się pojawił, wiadomości nie mogą być dobre.

– Odrzucą mnie – szepnęłam. Proszę, powiedziałam to; słowa, którymi przyznałam się do własnej porażki, spadły na podłogę ciężko i niezgrabnie, bo klęska zawsze jest taka. – Praca na uniwersytecie wcale mi nie odpowiada – dodałam cicho, przesuwając dłonią po ścianie.

To nie była prawda. Nienawidziłam poprawnego politycznie bełkotu, ale korzystałam z możliwości i grantów. Podobał mi się sposób, w jaki wszelkie zakazy przestawały obowiązywać, kiedy starałam się o wykopaliska w innym kraju. Wiedziałam, że po tygodniu wybaczę Custerowi i kolegom, którzy dostaną awans. Wybaczę całej radzie, która głosowała przeciwko mnie. Mam rok na poprawienie tego, co zrobiłam źle, i na zdwojenie wysiłków.

– Wiesz, czego sobie życzę – powiedziałam. – Życzę sobie, żeby wszystkie dobre rzeczy w życiu nie przydarzyły mi się jedynie w dzieciństwie.

I z większością ludzi tak było. A ze mną? Kiedy po raz ostatni chodziłam po campusie boso? Kiedy zaspałam i spóźniłam się na zajęcia? Kiedy upiłam się jak bela, kiedy obudziłam się w łóżku nieznajomego, kiedy w supermarkecie zabrakło mi gotówki?

Nigdy. Nie pozwalałam sobie żyć na krawędzi, aczkolwiek w gruncie rzeczy nie miałam wrażenia, że coś mnie omija. Spontaniczność wprawiała mnie w zakłopotanie. Skupiałam się na jednym celu, a był nim awans.

Pewnego dnia.

Miałam jednak poczucie, że gdyby Connor wrócił do życia, byłby mną zniesmaczony. Chciałby, żebym robiła rzeczy, o których często rozmawialiśmy: przez kilka miesięcy mieszkała na Tahiti, hodowała drzewka bonsai, wspinała się po skałach.

Usiłowałam usunąć Connora z myśli, przygotowując się na spotkanie z Archibaldem Custerem. Stał w otwartych drzwiach swojego gabinetu, monolityczny, jakby przekonany, że mocą zajmowanego stanowiska sprowadzi przed swe oblicze każdego, kogo zechce. Był apodyktyczny i uparty, miał seksistowskie poglądy. Nie przepadałam za nim, ale wiedziałam, że muszę grać według jego zasad.

– Ach, panna Barrett. – Mówił przez mikrofon połączony z pudełkiem wbudowanym w jego gardło; kilka lat temu zachorował na raka i usunięto mu struny głosowe. Studenci powtarzali, że na jego widok przechodzi ich dreszcz, a ja się z nimi zgadzałam. Pod każdym względem, z wyjątkiem wzrostu, zawsze przypominał mi szkice Homo habilis i w duchu oklaskiwałam go za tak trafny wybór profesji.

On też nie pałał do mnie sympatią, i to z dwóch powodów: byłam młodą kobietą i zajmowałam się antropologią fizyczną. Custer był antropologiem kulturowym, wyrobił sobie nazwisko, wiele lat temu żyjąc wśród członków plemienia Yanomamo. Pomiędzy dwoma obozami antropologów zawsze panowała przyjacielska rywalizacja, ale ja nie mogłam wybaczyć mu tego, co zrobił, kiedy obroniłam pracę doktorską. Napisałam artykuł, który był głosem w sporze od dawna prowadzonym między antropologami kulturowymi i fizycznymi, a dotyczącym kwestii, czy przemoc to cecha wyuczona, czy wrodzona. Powszechne przekonanie ciążyło ku kulturowemu punktowi widzenia, według którego agresja jest wprawdzie cechą wrodzoną, natomiast agresja planowana, na przykład wojna, wytworzyła się pod wpływem presji życia w społecznościach, a nie w wyniku naszej historii ewolucyjnej. Nie zgadzałam się z tym, argumentując, że może to i prawda, ale nie powstałoby samo społeczeństwo, gdyby wrodzone poczucie terytorialności nie kazało człowiekowi tworzyć reguł.

Generalnie rzecz biorąc, dałam przyzwoity odpór twierdzeniom antropologów kulturowych, i to nie spodobało się Custerowi. W pierwszym roku mojej pracy jako wykładowcy przydzielił mi zajęcia wyłącznie z antropologii kulturowej, a w odpowiedzi na moje skargi i prośby o wyjazd na wykopaliska uniósł tylko brwi i powiedział, że jego zdaniem wyjdzie mi na dobre, jeśli stanę się bardziej wszechstronna.

Teraz gestem poprosił mnie do gabinetu i wskazał krzesło naprzeciwko olbrzymiego biurka. Z uśmiechem, niech go szlag trafi, zaczął mówić:

– Z przykrością muszę cię powiadomić…

Zerwałam się na równe nogi, niezdolna słuchać dalej.

– Więc nic nie mów – przerwałam z wysilonym uśmiechem. – Jak rozumiem, moja kandydatura została odrzucona, uprzejmie dziękuję, dlatego zaoszczędzę ci kłopotów. – Ruszyłam w stronę drzwi.

– Panno Barrett.

Zatrzymałam się z dłonią na klamce.

– Proszę usiąść.

Ponownie zajęłam miejsce, zastanawiając się, na ile punktów ujemnych moje zachowanie zasłużyło u Custera.

– W pierwszym kwartale będziesz miała nietypowy przydział – ciągnął. – Zawsze domagałaś się wyjazdu w teren.

Pochyliłam się ku niemu. Czy w jesiennym semestrze zaczynają się nowe zajęcia praktyczne? W mojej głowie krążyły możliwe lokalizacje: Kenia, Sudan, Sycylia. Będę kierownikiem grupy czy raczej czyjąś asystentką?

– Obawiam się, że w tym semestrze etat profesora nie jest możliwy, dlatego proponujemy urlop naukowy.

Zacisnęłam palce na poręczy fotela. Nie prosiłam o urlop.

– Jeśli pozwolisz, Archibaldzie, muszę na własną obronę powiedzieć, że w ciągu ostatnich trzech lat…

– Twoje osiągnięcia są wyjątkowe. Tak, wiem. Wszyscy wiemy. Czasami jednak – tu się skrzywił – czasami to nie wystarcza.

Ha, mów dalej, pomyślałam.

– Zdecydowaliśmy, że na nowo otworzysz nasze stare stanowisko w wąwozie Olduvai. Przygotujesz je na ekspedycję studentów pierwszego roku. – Custer oparł się wygodnie w fotelu.

Zacisnęłam szczęki. Chcieli, żebym była chłopcem na posyłki – miałam przygotować stanowisko dla studentów, których nie byłam godna uczyć. Taką pracę mógł wykonać byle magistrant. Nie po to pracowałam, nie po to pisałam pracę doktorską. Nie to planowałam jako kolejny szczebel w drabinie mojej kariery.

– Z całą pewnością nie mam najlepszych kwalifikacji do tego zlecenia – odparłam wymijająco.

Custer wzruszył ramionami.

– Jesteś jedynym pracownikiem wydziału, któremu… nie przydzielono… hmm, zajęć na następny semestr – oznajmił.

Słuchałam jego słów, wyraźnie słysząc prawdę. Mówił mi, że jestem jedynym pracownikiem, którego można się pozbyć.

Niecałe trzydzieści sześć godzin później byłam w Tanzanii, siedząc pod prowizoryczną lnianą markizą na malutkim fragmencie wąwozu Olduvai, który uniwersytet zajął na swoje zajęcia praktyczne. Wciąż byłam zła z powodu wygnania, choć nie próbowałam dyskutować z Custerem. To byłby błąd. W końcu za dziesięć tygodni wrócę na uniwersytet i będę błagać o etat wykładowcy.