Byłam przyzwyczajona do wyjazdów w odludne miejsca, gdzie nie widziałam żywej duszy, ale tutaj nie potrafiłam się odnaleźć. Gdziekolwiek stawiałam stopę, potykałam się o kabel; w pewnej chwili wpadłam na człowieka z naręczem peruk i tweedowych czapek.
– O mój Boże, zaraz panu pomogę – rzuciłam spontanicznie, ale on tylko krzywo na mnie spojrzał, pozbierał rzeczy i pobiegł dalej.
Podeszłam do kobiety, która siedziała na wysokim krześle z napisem „Sekretarka” na oparciu.
– Przepraszam – powiedziałam. – Szukam reżysera.
Westchnęła, choć nawet nie uniosła wzroku znad otwartego maszynopisu, który miała na kolanach.
– Więc jest nas dwie, skarbie – odparła. Zanotowała coś czerwonym ołówkiem, po czym zawołała kogoś, machając ręką.
Wycofałam się i minęłam ludzi z walkietalkie przymocowanymi do pasków. Na stole leżał stos scenariuszy.
– Na jego obraz – przeczytałam na głos, przesuwając palcem po herbie Warner Brothers, wytłoczonym na dole.
– Mogę pani w czymś pomóc? – Przede mną stał człowiek o zagonionym wyglądzie i przytupywał. Wyrwał mi scenariusz z ręki.
– Szukam Berniego Rotha. Reżysera.
Mężczyzna prychnął z irytacją.
– Jakbym go nie znał! – Strzelił palcami na dwóch potężnych mężczyzn, którzy nieśli ciężką czarną linę. – Hej, wy tam, dokąd z tym idziecie? Mówiłem, że macie to położyć za namiotem.
– Proszę zaczekać! – krzyknęłam, kiedy pobiegł za robotnikami. – Gdzie jest Bernie Roth?
– Za chwilę – odparł, po czym wrzasnął do tamtych: – Za namiot!
Położyłam plecak na stole i wyjęłam z niego baseballową czapkę koloru khaki. Pomyślałam, że jeśli Mahomet nie może przyjść do góry, to góra na niego poczeka. Prędzej czy później ktoś zacznie mnie szukać. Usiadłam pod drzewem z kolanami przyciągniętymi do piersi.
Próbowałam myśleć o Aleksie Riversie. Wiedziałam naturalnie, jak wygląda, co miesiąc był na okładach czasopism albo takie przynajmniej odnosiło się wrażenie. Miał brązowe włosy ze złotymi refleksami, kwadratową szczękę i dołek w brodzie. Jego pełne, wyraziste usta wyglądały, jakby ukrywał jakiś sekret, a sławne oczy odznaczały się niezwykłą siłą. Były srebrne niczym puste zwierciadło; kiedy patrzyło się w nie, nawet na fotosie reklamowym, można by przysiąc, że spoglądają człowiekowi prosto w duszę.
Przypuszczałam, że oglądanie Riversa codziennie nie powinno być wielką udręką.
Zaskoczył mnie spokój. Kamery nie pracowały, nikt gorączkowo nie machał i nie wołał „Akcja!”, nikt nie mówił nic, co przypominałoby wypowiedzianą kwestię. Drobny czerwony pył pokrywał cienką warstwą cały sprzęt, jakby wcale go ostatnio nie używano. Nic dziwnego, że potrzeba dwunastu tygodni na nakręcenie dwugodzinnego filmu.
Z miejsca, gdzie siedziałam, widziałam, że plan podzielony jest na trzy części. Pierwszą było rzeczywiste stanowisko archeologiczne, niewiele różniące się od oddalonego o osiemset metrów stanowiska, należącego do UCLA. Na drugiej ciągnął się rząd namiotów. Przed jednym z nich zobaczyłam aktorkę, którą wcześniej widziałam, ale nie pamiętałam jej nazwiska. Miała na sobie szorty khaki i bluzę safari; postanowiłam, że jako konsultantka pierwszej rady udzielę kostiumologowi: powiem mu, że wygląd jak z fotografii w „National Geographic” jest o wiele mniej realistyczny od wygodnego starego Tshirtu.
Trzecia część planu znajdowała się na podniesionej platformie i przedstawiała wnętrze namiotu. Była tam prycza, zbiór artystycznie spiętrzonych pustych kartonów i niski składany stolik. Na półce stała porcelanowa miska we wzorki; na jej widok nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Porcelana?
Po kilku minutach usiadła obok mnie dziewczyna.
– Cholera, ale gorąco – zagadnęła z uśmiechem. To był pierwszy szczery uśmiech, jaki zobaczyłam, odkąd tu przyszłam. – Z kim jesteś?
– Sama – odparłam zdumiona tym pytaniem. Spodziewali się, że przyprowadzę chłopaka? – Jestem konsultantką do spraw antropologii.
– Ojej – zdumiała się dziewczyna. – Chcesz powiedzieć, że w taki sposób zarabiasz na życie?
Uśmiechnęłam się do niej.
– Myślałam, że powinno być odwrotnie. No wiesz, na mnie wrażenie ma zrobić fakt, że pracujesz w filmie.
– Och, właściwie nie pracuję. Jestem asystentką Janet. – Wskazała kobietę w bluzie safari, która przeglądała scenariusz. – Na imię mam LeAnne.
Przedstawiłam się i uścisnęłam jej dłoń, a potem machnęłam w kierunku rojącego się tłumu.
– Jak to możliwe, że nikt nic nie robi?
LeAnne wstała.
– Na tym polega ten biznes – odparła ze śmiechem. – Mnóstwo pośpiechu i czekania. Chodź, założę się, że nie wiesz, gdzie jest oaza.
Poszłam za nią. W środku długiego, niskiego namiotu trwała uczta. Wodziłam wzrokiem od jednego stołu do drugiego, na którym stały oszronione dzbany soku z mango i lemoniady, stosy bananów i kiwi, małe kanapki z sałatką z kurczaka i inne, z jajkami, przykryte miski z sałatką coleslaw i makaronem sezamowym.
– Czy to lunch? – zapytałam.
LeAnne pokręciła głową.
– Pan Rivers lubi wiedzieć, że jest coś do przegryzienia pomiędzy ujęciami. On wszystko załatwia czy, ściśle rzecz biorąc, załatwia to Jennifer.
Robi dla niego to, co ja robię dla Janet. Jeśli uważasz, że to jest coś, poczekaj do lunchu. Wczoraj był królewski krab. Możesz w to uwierzyć? Królewski krab w Afryce.
Z wahaniem wzięłam banana, obrałam go i wyszłam z namiotu na rozżarzone słońce. Uniosłam twarz, przesłaniając dłonią oczy.
– O czym jest ten film?
LeAnne zdziwiła się, że nikt mi tego nie powiedział. Film był z gatunku science fiction; Alex Rivers grał antropologa, który znajduje niekompletny szkielet, na pierwszy rzut oka starszy od wszystkiego, co do tej pory odkryto. Kiedy jednak poddaje kości próbie węglowej, przekonuje się, że pochodzą z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Później dostrzega, że skład chemiczny także nie jest taki, jaki powinien być, nawet jeśli szkielet miałby należeć do odległego przodka. Okazuje się, że to kości kosmity, co z kolei każe mu się zastanawiać nad pochodzeniem człowieka.
Uprzejmie pokiwałam głową. To nie był film, który chciałabym oglądać, choć przypuszczalnie będzie się cieszył powodzeniem.
LeAnne zaprowadziła mnie do stojących w grupce ludzi i dokonała prezentacji, ale natychmiast zapomniałam wszystkie nazwiska. Teraz większość ekipy siedziała na ziemi. LeAnne zaczęła z jakąś kobietą rozmawiać o stanie łazienki, a ja oparłam się o wysokie płócienne krzesło.
Na takim samym siedziała sekretarka planu, tylko że to na oparciu miało wypisane nazwisko Alexa Riversa. Było puste, bo aktor jeszcze się nie pojawił, więc na nim usiadłam.
Wstrzymując oddech, LeAnne złapała mnie za rękę.
– Zejdź – poleciła.
Przestraszona zeskoczyłam, wzbudzając tuman pyłu, od którego wszyscy zanieśli się kaszlem.
– To tylko krzesło – usprawiedliwiłam się. – Było puste.
– Ale to krzesło pana Riversa.
Gapiłam się na nią, czekając na wyjaśnienia.
– Nikt nie siada na krześle pana Riversa.
Na litość boską. Sprawa zapowiadała się gorzej, niż przewidywałam. Próbowałam sama siebie przekonać, że trzysta pięćdziesiąt dolarów dziennie to sowita rekompensata za wykłady o podstawach zbierania odłamków kości człowiekowi, który uważa, że wyposażeniem obozu archeologicznego są porcelanowe dzbanki, i który ma o sobie tak wysokie mniemanie, że tylko jego cenny tyłek może spocząć na należącym do niego płóciennym krześle.
Wiedziałam, że zaraz coś się stanie, bo powietrze zadrżało i rozległy się szepty. Wszyscy po kolei zaczęli wstawać, otrzepując szorty i wracając na swoje pozycje na planie. Trzej mężczyźni wdrapali się na platformę, na której stalą kamera; dźwiękowiec przycisnął dłoń do słuchawki na uchu i przewinął fragment taśmy.