Mężczyzna, który biegł za liną, zawołał kobietę imieniem Suki. Dublerka! – wrzasnął. – Suki, potrzebujemy cię do świateł!
Kobieta, która nie była aktorką Janet, poszła w stronę namiotów; natychmiast też skierowano na nią rząd lamp i ustawiono ją we właściwej pozycji.
Patrzyłam prosto na biały snop światła i z tego też powodu zobaczyłam Alexa Riversa dopiero wtedy, gdy omal na mnie nie wszedł. Rzucił marynarkę na krzesło, na którym ośmieliłam się przedtem usiąść, zwracając na mnie taką samą uwagę jak na otaczające go powietrze. Rozmawiał cicho z człowiekiem, który jak uznałam, jest Berniem Rothem, ponieważ wyglądał na niemal równie ważnego i też wszystkich ignorował.
Alex Rivers mówił coś o czarnej linie. Musnął mnie w ramię, przechodząc obok. Odskoczyłam.
Nie dlatego, że mnie potrącił, ale z powodu żaru jego skóry. Potarłam ramię, przekonana, że mam tam pęcherz, fizyczny dowód moich odczuć. Patrzyłam za nim i zastanawiałam się, co się stało z moim poczuciem perspektywy. Alex Rivers zamiast maleć, rósł, zasłaniając mi całe pole widzenia.
Nieświadoma tego, co robię, poszłam jego śladem za namioty i zatrzymałam się o kilka kroków od miejsca, w którym stał, na tyle blisko, by wszystko słyszeć. Alex Rivers, Bernie Roth i wysoki, muskularny mężczyzna badali czarną linę przyniesioną tutaj wcześniej. Czwarty mężczyzna uginał się pod ciężarem gniewu Alexa Riversa, który przerwał mu wyjaśnienia:
– Posłuchaj, posłuchaj mnie uważnie. Sven może skoczyć na tej linie, ale ona nie jest biała, tak jak ci mówiłem. Masz dwa wyjścia. Albo pojedziesz do miasta i postarasz się znaleźć białą linę, albo każesz Svenowi skakać z czarną i przez następne jedenaście tygodni będziesz znosił to, że jestem na ciebie porządnie wkurzony. – Przesunął dłonią po twarzy, jakby był bardzo zmęczony. – Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Kluczowym kryterium jest to, czy Sven może wykorzystać linę do swojego numeru, drugorzędnym pieprzony kolor, jaki pojawia się w tle.
Muskularny mężczyzna i przerażony rekwizytor odeszli na lewo, zostawiając mnie w polu widzenia Alexa Riversa. Patrzyłam na mięśnie jego szczęki, na wiatr unoszący złote pasma w jego włosach.
Co za świętoszkowaty dupek! Nic nie wiedziałam o produkcji filmowej, ale na uniwersytecie dość miałam do czynienia z biurokracją i Alex Rivers wcale nie był lepszy od Archibalda Custera. Wykorzystywał swoją pozycję i nabożny podziw, którym wszyscy wokół, nawet wbrew sobie, go darzyli. Cóż, jednego na pewno nauczyłam się na wydziale antropologii: nie możesz pozwolić ludziom podejmującym decyzje deptać po tobie. Musisz stawić im czoło, jeśli chcesz, by uwierzyli, że to naprawdę twoje miejsce.
Przełknęłam ślinę i zrobiłam krok do przodu. Przedstawię się Riversowi i Rothowi, wspomnę o bluzie safari i idiotycznej porcelanowej misce, a potem nagadam gwiazdorowi do słuchu.
Ale gdy tylko znalazłam się na linii wzroku Alexa Riversa, zamarłam. Rzucił na mnie urok i naprawdę nie byłam w stanie powiedzieć, czy jestem w Serengeti, w Belgii czy na Marsie. Wcale nie chodziło o jego wygląd, choć ten istotnie był pociągający. Miał władzę nad otoczeniem. Coś w jego wzroku sprawiało, że nie potrafiłam się odwrócić.
Oczy mu połyskiwały, odbijały światło jak powierzchnia nieruchomego stawu. Po chwili rozejrzał się, jakby czegoś szukał. Kiedy znowu na mnie spojrzał, uśmiechał się. Olśniewający. Słowo utknęło mi w gardle i zadałam sobie pytanie, jak to możliwe, że godzinami bez wysiłku pracuję w upalnych promieniach afrykańskiego słońca, za to w głowie mi się kręci na widok jednego człowieka.
– Skarbie – powiedział Alex Rivers – możesz przynieść mi coś do picia?
Zamrugałam, ale on już odchodził z drugim reżyserem, następującym mu na pięty. Do diabła, za kogo on się uważa? Za kogo mnie bierze, do jasnej cholery?
Za swoją asystentkę. Czy raczej szukał asystentki i nie mógł jej znaleźć, uznał więc, że znalazłam się na tym świecie, by być na każde jego zawołanie. Jak wszyscy inni. Patrzyłam, jak siada w wysokim płóciennym krześle, jak miękkie siedzenie i oparcie układają się, idealnie dopasowane do jego kształtów.
Nie było w nim nic, co budziłoby moją sympatię. Wyobrażałam sobie, co powiem, kiedy zadzwonię do Ophelii. „Wiesz co? Alex Rivers to nadęty drań, który wszystkimi rządzi. Jest tak zajęty sobą, że widzi tylko koniec własnego nosa”. Myślałam o tym, a równocześnie szłam w kierunku namiotu z przenośną ucztą.
Nienawidziłam go za to, że zmusił mnie, bym zapomniała wszystko, co chciałam mu powiedzieć, że skłonił mnie do przyjścia tutaj, choć przede wszystkim nienawidziłam go za to, że przez niego serce biło mi nieregularnie, waląc jak bębny tubylców: ich dudnienie czasami przynosił wiatr, gdy pracowałam na wykopaliskach. Ze stosu na stole wzięłam czerwony plastikowy kubek i napełniłam po brzegi kostkami lodu, bo wiedziałam, że po kilku minutach stopnieje. Później nalałam soku – chyba z papai – i wymieszałam całość jednorazowym nożem. Poczekałam, aż kubek okryje się wilgocią, a płyn przyjmie temperaturę lodu.
Alex Rivers wciąż siedział na swym królewskim tronie, nachylony ku kobiecie, która pokrywała mu twarz jasnym pudrem. Dostrzegłszy, że idę, wyciągnął rękę po napój i nagrodził mnie drugim uśmiechem.
– Ach, zaczynałem myśleć, że już więcej cię nie zobaczę.
Uśmiechnęłam się do niego, po czym wylałam sok i lód, a następnie rzuciłam mu kubek na kolana. Patrząc na powiększającą się na jego spodniach plamę, powiedziałam:
– Nie liczyłabym na takie szczęście.
A potem odwróciłam się i odeszłam.
11
Spodziewałam się, że Alex Rivers zaklnie pod nosem, zapyta o moje nazwisko, każe mnie wylać. Szłam równym krokiem, mając zamiar opuścić plan, może nawet wyjechać z Tanzanii. Alex Rivers zrobił jednak coś, co kazało mi się odwrócić: roześmiał się głębokim, bogatym śmiechem w rodzaju tych, które ciepło spływają na słuchacza. Kiedy się obejrzałam, pochwycił moje spojrzenie.
– Więc tak – powiedział wesoło. – Zakładam, że twoim zdaniem należało mnie nieco utemperować?
Przypuszczalnie dałabym sobie radę z jego gniewem, ale zrozumienie sprawiło, że straciłam panowanie nad sobą. Kolana się pode mną ugięły, chwyciłam się więc sprzętu oświetleniowego, by zachować równowagę. Dopiero wtedy w pełni pojęłam, co właściwie zrobiłam. Nie wylałam lodowatego napoju na jakiegoś asystenta czy projektanta kostiumów. Rozmyślnie nastawiłam przeciwko sobie człowieka, z którym miałam pracować. Człowieka, który płacił mi trzysta pięćdziesiąt dolarów dziennie tylko za to, żebym mu pomagała.
Wstał i ruszył ku mnie z wyciągniętą ręką, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, że tylko sekundy dzielą mnie od upadku na ziemię.
– Alex Rivers – powiedział. – Chyba się nie znamy.
Kącikiem oka dostrzegłam, że cała ekipa dokłada wszelkich wysiłków, by wyglądać na zajętą, a równocześnie ukradkiem nas obserwuje.
– Cassandra Barrett. Z uniwersytetu.
Oczy mu pojaśniały, przyjmując srebrny odcień, jakiego nigdy nie widziałam.
– Mój antropolog. Miło mi cię poznać.
Spojrzałam na jego mokre spodnie khaki, na plamę w kształcie motyla w kroczu, i z uśmiechem powiedziałam:
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Znowu się roześmiał, a ja złapałam się na uważnym wsłuchiwaniu, tak bym później mogła to sobie przypomnieć, gdy będę leżała w mojej sypialni w zajeździe z pożółkłym od starości sufitem, wirującym mi przed oczami.