Выбрать главу

– Mów mi po imieniu – powiedział. – Dam ci scenariusz, żebyś wiedziała, w czym rzecz. Bernie! Chodź, poznasz naszą konsultantkę.

Reżyser, który wyglądał jak cień gotów w każdej chwili poderwać się na rozkaz Alexa, uprzejmie uścisnął mi dłoń, po czym odszedł pod pretekstem, że musi znaleźć kogoś z obsady. Nie ulegało wątpliwości, że to show Alexa Riversa. Zaczął coś mówić, ale do mnie dopiero po chwili dotarło znaczenie jego słów.

– Chcesz, żebym coś wykopała? Teraz? – zapytałam.

Przytaknął.

– Dzisiaj po południu kręcimy scenę, w której odkrywam szkielet. Mógłbym zdać się na intuicję, ale wiem, że popełniłbym błędy. Istnieje jakaś metoda, prawda? To nie polega na tym, że robisz dziurę w ziemi i wyjmujesz kość?

Skrzywiłam się.

– Z całą pewnością nie.

Ujął mnie pod ramię i poprowadził ku otwartej dziurze w ziemi, gdzie odkopano większość znalezisk w Olduvai.

– Chcę przez chwilę cię poobserwować – wyjaśnił. – Popatrzeć na twoje ruchy, skupienie, tego rodzaju rzeczy.

– Potrzebny jest brezent – odparłam. – Jeśli rzeczywiście miałbyś znaleźć coś wartościowego, musiałbyś stanowisko przykryć brezentem, żeby odkopane kości nie zbielały na słońcu.

Alex uśmiechnął się do mnie.

– I po to właśnie jesteś mi tu potrzebna. – Gestem wezwał dwóch mężczyzn, którzy w pobliżu rozstawiali namiot. – Joe, Ken, możecie poszukać brezentu do przykrycia dziury? Musi być… – Tu spojrzał na mnie. – Czy musi być czarny?

Wzruszyłam ramionami.

– Mój zwykle taki jest.

– W takim razie czarny. – Kiedy się odwrócili, Alex zawołał za Kenem: – Gratuluję córeczki. Dowiedziałem się wczoraj wieczorem. Jeśli będzie podobna do Janine, wyrośnie na piękność.

Ken uśmiechnął się szeroko i pobiegł za drugim rekwizytorem. Popatrzyłam na Alexa.

– To bliski przyjaciel?

– Nieszczególnie, ale jest członkiem ekipy. Muszę o każdym coś wiedzieć.

Przykucnęłam na skraju stanowiska, przesiewając przez palce kredową ziemię. Jeśli próbuje zrobić na mnie wrażenie, niech od razu da sobie spokój.

– To niemożliwe – powiedziałam. – Bo przecież jest tu co najmniej sto osób.

Alex wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że wbrew woli na niego spojrzałam.

– Znam imiona wszystkich członków ekipy i ich współmałżonków – odparł opanowanym tonem. – W przeszłości pracowałem jako barman i przekonałem się, że jeśli ludzie sądzą, że zwracasz na nich uwagę, częściej przychodzą. Zapamiętanie szczegółów nie sprawia mi trudności, a oni czują się ważni i dwa razy szybciej pracują.

Mówił, jakby się bronił, jakbym rzuciła mu wyzwanie, choć wcale nie miałam takiego zamiaru. Słuchałam go zszokowana. Niełatwo było połączyć człowieka, który urządził dziką awanturę z powodu liny, z człowiekiem, który dokładał starań, by pamiętać imiona wszystkich swoich pracowników.

– Mojego imienia nie znałeś – zauważyłam.

– Nie – odparł. Zaraz potem wyraźnie się odprężył, posyłając mi olśniewający uśmiech. – Ale dopilnowałaś, żebym nigdy go nie zapomniał.

Wróciliśmy do naszego zadania, klękając nad stanowiskiem. Pokazałam Alexowi różne narzędzia, używane do kopania, miękkie szczotki do zmiatania ziemi. Usiłowałam wyjaśnić, jakie ślady mogą wskazywać na obecność skamielin w gruncie, ale to było trudne dla laika.

– Proszę – powiedziałam, przysiadając na piętach. – To właściwie wszystko, co mogę ci pokazać.

– Ale ty nic mi nie pokazałaś – poskarżył się Alex. – Muszę zobaczyć, jak wykopujesz czaszkę albo coś w tym rodzaju.

Wyśmiałam go.

– To nie tutaj. Stąd wszystko już zabrano.

– Więc udawaj – nalegał Alex, po czym z uśmiechem dodał: – To łatwe. Ja na udawaniu zbudowałem moją karierę.

Westchnęłam i ponownie pochyliłam się nad dziurą, usiłując sobie wyobrazić odłamek kości, którego tam nie było. Zaczynałam rozumieć, dlaczego mój poprzednik odszedł. Może udawanie było bułką z masłem dla Alexa Riversa, ale sam powiedział, że to jego zawód, nie mój. Mój opierał się na twardych dowodach i fizycznych śladach, nie na wybujałej wyobraźni. Czując się jak idiotka, zmiotłam górną warstwę czerwonego pyłu i pogładziłam wyboisty grunt. Małym dłutem zaczęłam kopać wokół nieistniejącej czaszki. Strzepnęłam palcami ziemię i przedramieniem otarłam pot z czoła.

Zamknęłam oczy, usiłując pod powiekami zobaczyć kształt niewidzialnej czaszki. Nie potrafiłam, samo próbowanie było idiotyzmem. Tak wszechstronnie wyszkolono mnie w dosłowności, że w ogóle nie brałam pod uwagę symboli.

– Zrozum… – zaczęłam, zamierzając powiedzieć Alexowi, że to nie moja dziedzina.

Zanim jednak zdążyłam skończyć zdanie, on przykucnął za moimi plecami. Ujął mnie za ramiona, prawie objął, i przykrył moje dłonie swoimi.

– Nie, to ty zrozum – rzekł, głową wskazując miejsce, w którym kopałam. Zamrugałam: to, co przed chwilą było tylko ziemią, teraz wyglądało jak kość. Gra światła, pomyślałam, złudzenie. A może siła wyobraźni Alexa Riversa.

Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak on. Znał imiona całej ekipy; to nie ulegało wątpliwości od chwili, gdy przygotowano plan do kręcenia. Alex uprzejmie zostawił mnie ze swoją asystentką Jennifer, a sam poszedł za kamerę omówić z Berniem Rothem najlepszy sposób sfilmowania ujęcia. Żartował z dublerem, który musiał oblewać się potem w gorącym słońcu, podczas gdy elektrycy ustawiali światła.

Alex był w stu miejscach naraz; męczyło mnie to ciągłe szukanie go. Za każdym razem jednak, kiedy spoglądałam na leżący na moich kolanach scenariusz albo wędrowałam ku niskiemu stolikowi z rozrysowanymi ujęciami, czułam na siebie jego wzrok. Odwracałam się i rzeczywiście Alex Rivers z odległości stu metrów wpatrywał się we mnie tak, jakbym była jedyną osobą w promieniu wielu kilometrów.

Filmowana scena była dokładnie taka, jak wcześniej opisał mi Alex: grany przez niego doktor Rob Paley znajduje kości, które bierze za szczątki człekokształtnego. Bernie wdrapał się na dźwig z kamerą Panavision i prowadził Alexa przez plan.

– Wejdź tu… tak jest… trochę wolniej… i przykucnij, doskonale, właśnie tak. Co robisz z rękoma? Pamiętaj, przez trzy tygodnie nie miałeś szczęścia, a teraz nagle trafiłeś na żyłę złota.

Alex wstał i zapytał o coś Berniego, ale powiew wiatru uniósł jego słowa, zanim zdążyłam je zrozumieć.

Kiedy byli gotowi do zdjęć, wszyscy ludzie z walkietalkie stanęli w rozstrzelonym szeregu, jak ludzkie echo, krzycząc jeden do drugiego: „Cisza!”. Operator mruknął: „Kręcimy”, dźwiękowiec pochylił się nad sprzętem i powiedział: „Już”.

Przez te kilka sekund, nim Bernie zawołał: „Akcja!”, patrzyłam, jak Alex wciela się w rolę. W jego oczach zgasło światło, ciało rozluźniło się tak gwałtownie, jakby wyssano z niego całą krew. A potem w jednej chwili wróciła mu energia, prostując jego kręgosłup i zapalając mu błyski w oczach. Tylko twarz miał inną. Gdybym minęła go na ulicy, nie poznałabym go.

Poruszał się inaczej. Inaczej chodził. Nawet oddychał inaczej. Krokiem starego, zmęczonego człowieka ruszył po pasie żółtego piasku w stronę stanowiska, po czym ostrożnie zszedł do dziury. Wyjął z kieszeni dłuto i szczotkę, następnie zaczął kopać. Uśmiechnęłam się, widząc, jak powtarza przed kamerą moje gesty: kopanie od lewej do prawej, metodyczne ruchy szczotką jak u sędziego zamiatającego bazę. Potem nadeszła chwila odkrycia: najpierw trafił na czaszkę. Przesunął dłonią po oczyszczonym miejscu i na moment zamarł. Wrócił do kopania, teraz energiczniejszego. Pojawił się fragment kości, umieszczony tam kilka minut wcześniej przez scenografa. Był żółty i popękany, a ja mimowolnie wychyliłam się, by lepiej widzieć.