Na styku z horyzontem równina nabierała fioletowego odcienia, niebo nad naszymi głowami miało barwę błękitu, dla którego wymyślono to słowo. Wyciągnęłam się na plecach, Alex położył się na boku i podparł na łokciu, dzięki czemu mógł na mnie patrzeć. To była następna rzecz, do której musiałam się w jego obecności przyzwyczaić: skupionej uwagi. Patrzył na mnie tak, jakby rejestrował każde poruszenie, każdą subtelną zmianę wyrazu. Kiedy raz mu wyznałam, że źle się z tym czuję, wzruszył ramionami.
– Możesz z całą szczerością powiedzieć, że nie zauważasz, jak wyglądam? – zapytał, a ja w odpowiedzi oczywiście wybuchnęłam śmiechem. – No cóż, ja też nie mogę się powstrzymać od zauważania ciebie.
Jego oczy rozpoczęły wędrówkę od mojego czoła, zsunęły się po nosie na policzki, stamtąd na szyję i ramiona. Czułam ciepło, jakby rzeczywiście mnie dotknął.
– Tęsknisz czasami za Maine? – zapytał.
Zamrugałam.
– Właściwie nie. Na uniwersytet przyjechałam, kiedy miałam siedemnaście lat. – Urwałam, zastanawiając się, ile dotąd przed nim ukryłam. Mimo iż Alex powiedział mi prawdę o swojej rodzinie, ja jeszcze nie zwierzyłam mu się ze swych tajemnic. W ostatnich tygodniach sto razy myślałam, żeby mu powiedzieć, ale powstrzymywały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, moment nigdy nie był odpowiedni. Po drugie, wciąż się obawiałam, że go tym spłoszę.
Słońce sączyło się przez drobne listowie drzewa, pod którym leżeliśmy, rzucając na nogi Alexa koronkowe cienie. Jeśli wszystko mu powiem, a on ucieknie, trudno; od samego początku przekonywałam siebie, że ten romans nie może zmienić się w poważny związek. No bo co Alex zamierza zrobić, kiedy skończy zdjęcia? Wrócić do Los Angeles z kimś takim jak ja uwieszonym na ramieniu i powiedzieć swoim oszałamiającym przyjaciołom, że jestem kobietą z jego marzeń?
– Alex… – zaczęłam niepewnie. – Pamiętasz, jak ci mówiłam, że moi rodzice byli właścicielami piekarni?
W gruncie rzeczy tylko tyle mu powiedziałam, kiedy wypytywał o moją przeszłość. To była jedyna bezpieczna rzecz, jaką mogłam powiedzieć. Alex przytaknął, unosząc twarz do słońca.
– Pomagałaś robić bezy.
Przełknęłam ślinę.
– Pomagałam też zbierać moją matkę z podłogi, kiedy leżała nieprzytomna. – Nie odrywałam wzroku od twarzy Alexa, żeby móc dokładnie stwierdzić, kiedy moje słowa do niego dotrą. – Była pijaczką. Południową pięknością do samego końca, ale pijaczką.
Patrzył na mnie, nie potrafiłam jednak odczytać jego reakcji.
– A twój ojciec?
Wzruszyłam ramionami.
– Mówił, żebym się nią zaopiekowała.
Bardzo wolno wyciągnął dłoń i położył mi na policzku; jego skóra była gorętsza od mojego wstydu.
– Dlaczego mi o tym mówisz? – zapytał.
– A dlaczego ty mi powiedziałeś? – szepnęłam.
Alex objął mnie i przytulił tak mocno, że nie byłam w stanie odróżnić bicia jego serca od swojego.
– Ponieważ jesteśmy do siebie podobni – odparł. – Zostałaś stworzona, żeby opiekować się mną, a ja będę opiekował się tobą.
Wzdrygnęłam się na tę myśl, zaraz jednak z radością przyjęłam ofiarowane mi ukojenie. Miło było oddać komuś innemu kontrolę, choćby tylko na chwilę. Miło było zostać tą, którą ktoś się opiekuje, zamiast ciągle opiekować się wszystkimi wokół.
Oboje usiedliśmy na odgłos grzmotu, ale na niebie nie było ani jednej chmury; nagle pojawił się przy nas Jurna z lornetką w dłoni.
– Tam. – Wskazał miejsce na horyzoncie, gdzie szary tuman zmieniał się w istoty z krwi i kości.
Słonie kroczyły ciężko, z rozmysłem. Ich skóra wydawała się starsza od pergaminu, znużone oczy mruganiem chroniły się przed kurzem. Od czasu do czasu któreś ze zwierząt podnosiło trąbę i wydawało wysoki, dwustopniowy dźwięk.
Kilka minut później nadbiegło stadko żyraf, uszami muskając niskie białe obłoczki. Słyszałam, jak Alex wstrzymuje oddech, kiedy jedna oderwała się od towarzyszek i ruszyła w naszym kierunku. Jej podobne do szczudeł nogi załamywały się lekko w kolanach. Skórę barwy karaibskiego piasku znaczyły cętki na plecach i szyi. Wyciągnęła pysk do drzewa nad nami i zaczęła zrywać liście.
A potem słonie zaczęły trąbić gwałtowniej, stąpały wodewilowym, człapiącym krokiem, zbijając się w gromadę, żyrafy pomaszerowały sztywno przez równinę. Kiedy jedynym odgłosem, przerywającym ciszę, był świst wysokich traw, usłyszałam charakterystyczny ryk lwa.
Lew poruszał się z leniwym wdziękiem zwycięzcy, grzywa okalała mu pysk niczym ognisty krąg. Kilka kroków za nim szła lwica, chudsza, smuklejsza, pozostająca w jego cieniu. Uniosła oczy, upiornie zielone jak morze, i obnażyła kły, nie wydając najmniejszego dźwięku. Alex ścisnął mnie za rękę.
Lwy zatrzymały się na tyle długo, by wyczuć nasz zapach, potem ramię w ramię ruszyły przez równinę. Zastanawiałam się, czy te zwierzęta przez całe życie mają tego samego partnera. Wiatr się zmienił i zniknęły tak cicho, jak się pojawiły. Wpatrywałam się w miejsce, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stały, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że istota tak piękna w jednej chwili zmienia się w krwiożerczą bestię.
– Zostańmy tutaj – powiedział Alex cicho. – Zbudujemy chatę na skraju równiny i będziemy patrzeć, jak lwy chodzą po naszym podwórku.
Uśmiechnęłam się do niego.
– Zgoda. Swojego Oscara odbierzesz przez satelitę.
Złożyliśmy koc i wsiedliśmy do dżipa. Noga Alexa przyciskała się do mojej od uda do kostki. Juma przekręcił kluczyk i podskakując na nierównym gruncie, ruszyliśmy do domu.
Na planie John zostawił dla nas dżipa oraz piknikowy koszyk z pieczonym kurczakiem i świeżym chlebem. Przez pół godziny siedzieliśmy z Alexem w przyjaznym milczeniu przed namiotem i patrzyliśmy, jak zachodzące słońce barwi nasze kołnierze i rozgrzewa ziemię. Był początek września, panował straszny upał.
– Wiesz, czego mi brakuje z Maine? – zapytałam. Alex pokręcił głową. – Tęsknię za porami roku. Za śniegiem. – Zamknęłam oczy, usiłując w tym nieprawdopodobnym skwarze wyobrazić sobie sine od mrozu opuszki palców i płatki pierwszego śniegu na rzęsach.
– Jeden z moich domów jest w Kolorado – powiedział Alex. – Niedaleko Aspen. Pojedziemy tam zimą. Zawiozę cię, żebyś zobaczyła śnieg.
Odwróciłam się ku niemu. Zastanawiałam się, czy zimą jeszcze z nim będę. Przed oczyma stanął mi tamten lew, bezszelestnie kroczący przez suchą trawę, za którym podążała jego lwica.
– Tak – odparłam. – Bardzo chętnie.
Wiedziałam, że on też myśli o lwach i innych zwierzętach, od których kroków zatrzęsła się ziemia. Kiedy słońce schowało się za odległe wzgórza, Alex pochylił się i pocałował mnie.
To był inny pocałunek niż tamten pierwszy, delikatny i testujący. Zmiażdżył mi usta, zgniótł ciało w akcie dzikim, prymitywnym i zakazanym. Odpiął bluzkę i wsunął dłoń do środka, zatrzymując ją na piersi.
– Czy tak może być? – szepnął.
Wiedziałam, że to nastąpi, wiedziałam od chwili, gdy odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju. A chociaż domyślałam się, że oczekuje ode mnie doświadczenia, którego nie mam, umiejętności i finezji innych kobiet, nie potrafiłam go powstrzymać. Równie dobrze mogłabym próbować odwrócić kierunek, w którym płynie moja krew.
Przytaknęłam i poczułam, jak ściąga mi bluzkę przez głowę; jego dłonie były wszędzie, przesuwały się w górę i w dół, odpinały mi stanik, odgarniały włosy z mojej twarzy. Objął mnie i na wpół wniósł, na wpół zawlókł do namiotu na planie, gdzie położył mnie na wąskiej pryczy. Klęcząc na nieheblowanej drewnianej podłodze, ściągnął mi najpierw buty i skarpetki, potem szorty i bieliznę.