Ale w Afryce łatwiej znaleźć misjonarza niż sędziego.
– Chcę pojąć cię za żonę w kościele – nalegał Alex. – I nie będziesz ubrana w khaki.
Próbowałam go przekonać, że to naprawdę nie w moim stylu, coś jednak powstrzymywało mnie przed upieraniem się przy swoim zdaniu. Wychodziłam za hollywoodzkiego królewicza i – jak całe otoczenie – on też oczekiwał Kopciuszka po metamorfozie. A jak się nad tym poważnie zastanowić, nade wszystkim pragnęłam spełnić oczekiwania Alexa.
Owe sześć tygodni pomiędzy przyjęciem jego oświadczyn a ogłoszeniem przez niego naszych zaręczyn było najlepszymi sześcioma tygodniami w moim życiu. Urok po części polegał na wrażeniu, że robimy rzecz zakazaną. Alex spotykał się ze mną w namiocie z jedzeniem, tak zręcznie wymykając się z planu, że zapewniało nam to dość czasu na namiętny pocałunek. Trzy dni ulewnego deszczu spędziliśmy w moim pokoju, kochając się i grając w backgammona. Braliśmy razem prysznic przed wschodem słońca, rozmawialiśmy o kinematografii i materii kości. Pewnego chłodnego wieczoru w pokoju Berniego siedziałam między rozłożonymi nogami Alexa i razem oglądaliśmy nakręcone tego dnia ujęcia. Alex otulił nas lekkim kocem i choć wkoło byli ludzie, wsunął dłoń pod moją koszulę, a stamtąd pod szorty, pieszcząc tak, że ogarnęła mnie gorączka.
Alex sprawił, że czułam się kimś, kim nigdy nie byłam, i nawet obietnica ślubu nie mogła powstrzymać mnie od myśli, że pewnego dnia obudzę się i stwierdzę, że to nigdy się nie zdarzyło. Złapałam się na tym, że w sposób bardzo podobny do tego, w jaki opisywałam swoje antropologiczne próbki tuszem, w myślach kataloguję wspomnienia każdej sytuacji z Alexem, aż wreszcie zaczęły mi się przesuwać przed oczami niczym paciorki różańca, czekając na sposobność u dzielenia pociechy.
Błysk flesza przywrócił mnie do rzeczywistości. Fotosista Joe zrobił nam zdjęcie. Wręczył polaroidową odbitkę Alexowi, zdążyłam jednak zerknąć na swoją białą twarz, z wolna nabierającą kolorów. Proces wywoływania twarzy Alexa trwał dłużej.
– Na pamiątkę – powiedział Joe, a potem pochylił się ku mnie i pocałował prosto w usta.
Przez prawie całą następną godzinę pozwalałam, by Alex przyjmował gratulacje, sama zaś go obserwowałam. Słońce odbijało się od jego włosów i podkreślało znajomą krzywiznę ramion. Większość kobiet przyglądała mi się przez zmrużone powieki, zadając sobie pytanie, co takiego pociąga Alexa we mnie, czego one nie mają. Ludzie, których nazwisk wciąż nie pamiętałam, wygłaszali lubieżne uwagi o wąskich łóżkach w zajeździe i zerkali na mój płaski brzuch, kiedy myśleli, że tego nie widzę. Ale na mnie patrzyli – żeby się przekonać, co pominęli za pierwszym razem.
Nagle miałam status. Pozycja i prestiż Alexa przeniosły się na mnie tylko dzięki związkowi z nim.
– W następną środę – mówił Alex. – Podamy wam wszystkie szczegóły.
Ktoś lekko szturchnął mnie w ramię. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam Jennifer, małą asystentkę Alexa.
– Chciałam ci tylko powiedzieć – rzekła niepewnie – że gdybyś czegoś potrzebowała, no wiesz, na ślub albo w ogóle, z przyjemnością ci pomogę.
Uśmiechnęłam się do niej z całą serdecznością, na jaką mogłam się zdobyć.
– Bardzo dziękuję. Dam ci znać.
Odwróciła głowę, zanim skończyłam zdanie. Podążyłam za jej wzrokiem i zobaczyłam Alexa.
– Osoba, której szukałem – powiedział i Jennifer natychmiast ku niemu pobiegła.
Położył dłoń na jej tyłku i odepchnął dziewczynę.
– Przepraszam – zwrócił się do mnie – ale jeśli będziesz słuchać, zepsujesz całą niespodziankę.
Jennifer nie wiadomo skąd wyjęła notatnik i wyplątała ołówek z długich czarnych włosów. Notowała gorączkowo. Raz, kiedy go o coś zapytała, Alex zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów. Próbowałam ich obserwować, ale ludzie wchodzili między nas, ściskając mi dłoń i wygłaszając komunały, które równie dobrze mogły być w obcym języku. Zgubiłam Alexa w morzu opalonych twarzy. Myślałam, że zemdleję, chociaż nigdy w życiu nie mdlałam, a potem nieoczekiwanie Alex stanął przy mnie i uświadomiłam sobie, że wcale nie czułam się źle; po prostu na chwilę zabrakło mi połowy.
Na kilka dni przed ślubem śniło mi się, że Connor spotkał się ze mną o zmierzchu w Serengeti i powiedział, że popełniam największy błąd swojego życia.
– To nie jest tak, jak ci się wydaje – mówiłam we śnie do Connora. – Nie zadurzyłam się w nim, bo jest aktorem…
– Wiem o tym – przerwał mi Connor. – Sprawa jest jeszcze gorsza. Nie zauważasz tego wszystkiego, co widzi reszta świata, ponieważ całą uwagę skupiasz na postrzeganiu go jako ptaszka ze złamanym skrzydłem, którego możesz uleczyć…
– O czym ty mówisz? – wybuchnęłam. – On nie jest biedakiem potrzebującym dobroczyńcy. – Skoncentrowałam się, usiłując spojrzeć na sprawy wzrokiem Connora. Nie próbowałam go zastąpić, ale było wystarczająco dużo podobieństw pomiędzy moim związkiem z Connorem w dzieciństwie a obecnym związkiem z Alexem, bym uświadomiła sobie, że muszę ich obu porównywać. Podobnie jak Connor, Alex mnie ochraniał – i był jedyną osobą, którą dopuściłam do siebie na tyle blisko, by mógł to robić. Tak samo jak Connor, Alex potrafił kończyć zdania za mnie. Jedno ich różniło: Connorowi przyszłam z pomocą za późno, natomiast pojawiłam się w samą porę, by zaopiekować się Alexem.
We śnie po równinie przebiegło stado zebr; wyrwały mnie z zamyślenia i Connor przystąpił do ataku:
– Tylko ty możesz sprawić, że wszystko lepiej się ułoży, Cassie, czy tego nie rozumiesz? To robisz najlepiej. Opiekowałaś się matką, ojcem, mną i Ophelią. Kolekcjonujesz cudze problemy, tak jak inni kolekcjonują rzadkie monety.
W tym punkcie snu usiłowałam się obudzić. Nie chciałam wierzyć Connorowi, nie chciałam go słuchać.
– Istnieje pewien problem ze zranionymi ptakami, Cassie – mówił Connor. – Albo pewnego dnia od ciebie odlecą, albo ich stan nigdy się nie poprawi. Choćbyś nie wiem co robiła, nie uleczysz ich rany.
Po tych słowach poczułam, że dryfuję ku świadomości. Wpatrywałam się w Connora, którego obraz z wolna się rozpływał. Spojrzałam mu prosto w oczy.
– Kocham Alexa – wyznałam.
Connor cofnął się jak po ciosie. Wyciągnął ku mnie rękę, ale jak często zdarza się w snach, był za daleko. Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu tak między nami jest.
– Niech Bóg ma nas w opiece – powiedział.
Trzy dni przed naszym ślubem pojechaliśmy z Alexem spędzić noc nad jednym z małych jezior, których pełno było w okolicy. Do dżipa zapakowaliśmy dwa nylonowe śpiwory, namiot, garnki i naczynia. Nie pytałam Alexa, skąd to wszystko wziął, zaczynałam rozumieć, że wycisnąłby krew z kamienia, gdyby chciał. Pod niskim drzewem o płaskich liściach zaczął rozbijać dwuosobowy namiot z wdziękiem doświadczonego biwakowicza. Zaskoczona, usiadłam na miękkiej ziemi.
– Gdzie się tego nauczyłeś?
– Zapominasz, że wychowałem się nad zatoką – rzekł z uśmiechem. – Przez całe życie biegałem po dworze.
Zapomniałam. Ale łatwo było zapomnieć, kiedy świat widział przede wszystkim eleganckiego, uprzejmego Alexa Riversa. No bo na pierwszy rzut oka cóż mogło łączyć mężczyznę, który przywiózł strój wieczorowy do wąwozu Olduvai, z mężczyzną, który siedział przede mną w kucki i montował trójnóg piecyka.
– Jest pan prawdziwym studium kontrastów, panie Rivers – oświadczyłam.
– To dobrze – mruknął Alex. Podszedł do mnie i zabębnił palcami po moich żebrach. – Bo w takim razie szybko się mną nie znudzisz.
Uśmiechnęłam się na te słowa. Kiedy chciałam mu pomóc w wypakowywaniu pozostałych rzeczy z samochodu, Alex delikatnie popchnął mnie w cień.