– Odpoczywaj, pichouette – powiedział. – Ja to zrobię.
Nazywał mnie pichouette, a choć nie wiedziałam, co to znaczy, podobało mi się brzmienie tego słowa, które toczyło się z jego ust niby trzy gładkie kamyczki. Lubiłam, kiedy w łóżku czasami używał fraz z francuszczyzny Cajunów. Przede wszystkim oznaczało to, że się zapominał, bo wracał do tego języka, kiedy przestawał się pilnować. Lubiłam też rytm i miodową słodycz słów. Nasłuchiwałam, gdy szeptał z ustami wtulonymi w moją szyję, i udawałam, że to pochwały mojej cudownej skóry i pięknych oczu, zapewnienia, że nigdy nie pozwoli mi odejść.
Kiedy skończył rozbijać obóz, poklepałam ziemię obok siebie. Ale on nie usiadł, tylko z plecaka wyjął trzyczęściową wędkę. Złożył ją, odkręcił żyłkę i nabił przynętę. Przez następne pół godziny patrzyłam, jak stoi po kolana w wodzie, zwija żyłkę i znowu zarzuca; jaskrawa linka ze świstem przecinała powietrze niczym pocisk.
– Niewiarygodne – mruknęłam. – Czujesz się tutaj jak u siebie w domu. Jak ci się udaje znosić Los Angeles?
Alex wybuchnął śmiechem.
– Ledwo, ledwo, chére, choć bywam tam tylko wtedy, gdy muszę. Ranczo w Kolorado to trzysta akrów raju, gdzie mogę łowić ryby, jeździć konno i robić, co dusza zapragnie. Do diabła, mogę nawet biegać nago. – Przeklął swojego pecha, rzucając wędkę na ziemię. – Nigdy dobrze mi z tym nie szło. – Odwrócił się do mnie, jego usta wolno wyginały się w uśmiechu. – O wiele lepiej radzę sobie gołymi rękami.
Ruszył prosto na mnie z szeroko rozpostartymi palcami. W ostatniej chwili mnie wyminął i zniknął pośród drzew. Wrócił z długą cienką gałęzią i ostrym nożem. Kucnął, położył gałąź na kolanie i zaostrzył jej czubek, potem znowu wszedł do wody.
Stał w absolutnym bezruchu z uniesioną dłonią, w której trzymał prowizoryczny oszczep; jego cień kołysał się na tafli jeziora. Zdążyłam tylko nabrać powietrza w płuca, kiedy spuścił gałąź w wodę, by zaraz ją unieść. Na jej końcu miotała się ryba. Alex triumfalnie odwrócił się ku mnie.
– Kiedy jesteś w Tanzanii, postępuj tak jak Tanzańczycy – po wiedział.
Byłam zdumiona.
– Skąd… skąd wiesz, jak to robić?
Alex wzruszył ramionami.
– To kwestia cierpliwości i refleksu. Jestem przyzwyczajony do robienia tego bez patyka. – Odszedł tak daleko, że nie widziałam jego twarzy, i wrzucił wędkę do płóciennego worka. – Można powiedzieć, że nauczył mnie tata.
Na kolację zjedliśmy kilka smażonych ryb, potem się kochaliśmy, na koniec zasnęliśmy owinięci kocem, ja przytulona plecami do jego piersi. Kiedy usłyszałam, że Alex regularnie oddycha, odwróciłam się ku niemu, studiując jego twarz w srebrnej poświacie księżyca.
Przenikliwy krzyk sprawił, że Alex gwałtownie się poderwał, zrzucając mnie z posłania na ziemię. Potrząsnął głową, by rozproszyć senność, i sprawdził, czy ze mną wszystko w porządku.
– Głos dochodzi z daleka, tylko brzmi, jakby był tużtuż – powiedziałam, wspominając moje pierwsze noce w Afryce.
– Czy ty wiesz, jak ja nienawidzę biwaków? – zapytał cicho Alex.
Usiadłam i popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.
– Więc dlaczego tu jesteśmy?
Alex podłożył ręce pod głowę.
– Myślałem, że ty to lubisz. Chciałem sprawić ci przyjemność.
Przewróciłam oczami.
– Spędziłam dość czasu w prowizorycznych chatach, by doceniać czystą pościel i solidne łóżko. Powinieneś był mnie zapytać. – Spojrzałam na Alexa, który oczy utkwione miał w księżycu. Zastanawiałam się, czym go tak uraziłam. – Jak na kogoś, kto nienawidzi biwaków, doskonale sobie radzisz – dodałam łagodnie.
Alex prychnął.
– Mam za sobą sporo niechcianej praktyki. Byłaś kiedyś latem w Luizjanie? – Pokręciłam głową. – To prawdziwe piekło na ziemi. Panuje taki upał, że cała oblewasz się potem, powietrze jest tak ciężkie, że trudno złapać oddech. Moskity osiągają rozmiar ćwierćdolarówek. I wygląda tam jak w piekle, tak ja je sobie wyobrażam, przynajmniej nad samą zatoką. Ciemne i błotniste trzęsawiska, cyprysy i wierzby, z których gałęzi oplątawy i winorośle zwisają niczym zasłony. Kiedy byłem mały, wdrapywałem się na topolę rosnącą nad brzegiem wody i słuchałem ropuch, myśląc, że to diabłu odbija się po whisky. – Alex uśmiechnął się, tak mi się zdawało w słabym świetle, choć mógł to być także grymas obrzydzenia. – Nocami ojciec najczęściej zabierał mnie na łódź, więc o zatoce trochę wiedziałem.
Łowił langusty i zanosił je do restauracji Deveraux, której połowa znajdowała się nad trzęsawiskiem, usadowiona na solidnych cyprysowych balach. Oddawał połów Beau, właścicielowi knajpy (nikt nie potrafi tak przyrządzić langusty jak Beau), po czym od razu przepijał zapłatę.
– A ty co robiłeś?
Alex wzruszył ramionami.
– Głównie siedziałem na zewnątrz i patrzyłem, jak starsi chłopcy łowią sumy. Nigdy czegoś takiego nie widziałaś: nie mieli wędek ani żyłek, tylko wsadzali ręce w błotnistą wodę i czekali, a potem wyciągali dwudziestofuntowe okazy. – Westchnął, pocierając twarz dłonią. – Pewnego wieczoru ojciec nie zatrzymał się przy restauracji, ale popłynął dalej. Powiedział, że czas najwyższy, żebyśmy urządzili sobie biwak. Miałem dziewięć, może dziesięć lat; zapytałem, dlaczego rozbijamy obóz na trzęsawisku, a nie na jednym z tych pól kempingowych nad jeziorem Pontchartrain. Odparł, że to dobre dla pedałów, po czym dobił do brzegu. Wyrzucił namiot, którego nie zauważyłem na dnie łodzi, i pomógł mi wysiąść. „Zaraz wracam – powiedział. – Ty przygotuj nam kolację, a ja nazbieram drew na ognisko”. – Alex objął kolana rękami, bo temperatura nieco spadła.
– Nie muszę dodawać, że nie przyszedł. Zostawił mnie o zachodzie słońca, żebym sam wykombinował, co jeść i gdzie rozbić namiot, nie narażając się na towarzystwo wodnego mokasyna. Wpadłem w straszną panikę, serce po prostu mi stanęło i wcale nie poczułem się lepiej, kiedy mi powiedziano, że to była zdrowa reakcja.
Przerażony, nie ruszałem się z miejsca i czekałem na ojca. Obserwowałem mgłę i każdy cholerny cień brałem za niego, każde poruszenie roślin było szumem powracającej łodzi. O dziesiątej umierałem z głodu, więc zdjąłem tenisówki, wszedłem do wody i myśląc o tych chłopcach, których widziałem wieczorami przed restauracją Beau, zanurzyłem ręce pod powierzchnią. Minęły dwie godziny, nim się połapałem, na czym to polega; kiedy woda poruszyła się wokół mnie, a coś zimnego otarło mi się o nogę, z całej siły to złapałem. To był sum, najmniejszy okaz, jaki w życiu złowiłem, ale najlepszy, jaki jadłem.
Myślałam o dziewięcioletnim Aleksie, stojącym w ciemności i swoim przerażeniem nadającym kształty cieniom. O tym, jak stał z oszczepem w afrykańskim jeziorze. Przypomniałam sobie, jak się przestraszył, kiedy w nocy zawyło jakieś zwierzę.
– Kiedy ojciec wrócił? – zapytałam.
– Rano. Zastał mnie nad szkieletem ryby i popiołami z ogniska. Powiedział, że jest ze mnie dumny. Rozpłakałem się.
Otworzyłam szeroko oczy.
– I co zrobił?
– O siódmej rano zabrał mnie do Beau i postawił mi moją pierwszą whisky – odparł Alex z uśmiechem. – I tak długo zostawiał mnie w zatoce, mniej więcej raz na miesiąc, aż następnego dnia rano spojrzałem mu prosto w oczy i zachowywałem się tak, jakbym przeżył najwspanialszą przygodę. – Wziął głęboki oddech, choć w ciszy usłyszałam, jak w gardle wzbiera mu łkanie. – I dlatego nie lubię biwaków.
– I dlatego zostałeś wybitnym aktorem – dodałam łagodnie. Ujęłam jego dłonie i pocałowałam koniuszki palców. Oczy pociemniały mu z bólu, dostrzegłam też, że nieznacznie drży; to była jedyna rzecz, nad którą nie potrafił zapanować.