Выбрать главу

Przyciskałam policzek do jego wilgotnej piersi. Wiedziałam, czego mu potrzeba. W końcu ja też to znałam. Chciałam coś powiedzieć, wybrałam więc słowa, które albo mogły zakończyć temat, albo stać się rodzajem liny ratunkowej dla Alexa.

– Nie wiem, jak ci się to udało – szepnęłam.

Alex pocałował mnie w czubek głowy łagodnie i czule. Nie chce więcej o tym rozmawiać, uświadomiłam sobie, i jakby owo niewypowiedziane zdanie wystarczyło, z jego ramion zniknęło napięcie. Zastanawiałam się, czy Alex rozpocznie rozmowę na inny temat, na przykład o ślubie, czy po prostu przytuli się do mnie, szukając ukojenia, i spróbuje zasnąć.

W moje myśli wdarł się jego głos:

– Udało mi się bardzo łatwo – powiedział cicho. Przesunął dłońmi po moich obojczykach, jakby nie miał najmniejszego pojęcia, że jego słowa i czyny przeczą tej z pozoru pieszczocie kochanka. – Nocami nie sypiałem, tylko myślałem o moim przeklętym ojcu i o tym, jak zaciskam dłonie na jego gardle.

Po raz drugi tej nocy Alex mocno zasnął, choć tym razem dręczyły go koszmary. Machnął ręką, trafiając mnie prosto w brzuch. Obudziłam się i usłyszałam, że mówi po francusku, ale tak niewyraźnie, że nawet gdybym znała ten język, nic bym nie zrozumiała. Usiadłam i odgarnęłam włosy z jego skroni. Wyczułam palcami trawiącą go gorączkę.

– Alex – szepnęłam, myśląc, że najlepiej będzie, jak go obudzę. – Alex.

Usiadł i nim zdążyłam zaczerpnąć tchu, przygwoździł mnie do ziemi. Patrzył, jakby mnie nie widział, oczy miał blade i błyszczące. Zgiętą rękę położył na moich ramionach, odbierając mi możliwość ruchu, drugą dłonią trzymał mnie za gardło, wbijając mi palce w szczękę.

Próbowałam się odezwać, ale dłoń Alexa naciskała na moją krtań. W panice zaczęłam się rzucać i kopać. On nie ma pojęcia, co robi. Nie wie, kim jestem.

Zacisnął palce i oczy wypełniły mi się łzami. Zdołałam jakoś zgiąć nogę w kolanie i uderzyć go w podbrzusze. Wyjąc z bólu, stoczył się ze mnie. Leżałam płasko na plecach, wciągając w płuca rozpalone powietrze. Świat z wolna przestawał kołysać się w moich oczach.

Alex usiadł z dłonią na genitaliach. Próbowałam się odezwać, ale żaden dźwięk nie wyszedł z moich ust, zaczęłam więc masować szyję. Odpędzałam od siebie myśli o tym, co zrobiłby Alex, gdybym nie uwolniła nogi.

– Co się stało? – zapytał, wciąż trochę oszołomiony.

Z wysiłkiem oparłam się na łokciu.

– Miałeś koszmar – wychrypiałam. Przełknęłam ślinę, czując ból w gardle.

Może kiedy się podniosłam, na moją szyję padło światło, bo Alex nieoczekiwanie odzyskał przytomność. Dotknął palcem pięciu czerwonych śladów na moim gardle, które jutro zamienią się w siniaki.

– O Boże – powiedział, biorąc mnie w objęcia. – Cassie, o Boże.

I właśnie wtedy wybuchnęłam płaczem.

– Nie chciałeś tego zrobić – załkałam i poczułam, jak Alex kręci głową. – Nie wiedziałeś, że to ja.

Odsunął mnie od siebie, tak że teraz widziałam jego twarz ściągniętą w wyrazie wstydu.

– Tak mi przykro. – Nic więcej nie dodał, tylko wstał, obszedł ognisko i położył się na boku, plecami do mnie.

Po kilku sekundach wzięłam koc i rozłożyłam obok niego. Potrzebował mnie, czy sobie zdawał z tego sprawę, czy nie. Najgorszą rzeczą dla niego było spać samemu.

– Nie – zaprotestował. Kiedy się do mnie odwrócił, zobaczyłam w jego oczach więcej wściekłości i przerażenia niż wtedy, gdy trzymał mnie za gardło, ale uświadomiłam sobie, że tym razem uczucia te kierował na siebie. – A jeśli znowu to zrobię?

– Nie zrobisz – zapewniłam, wierząc we własne słowa.

Alex pocałował mnie, dotykając znaków na moim gardle i szczęce, jakby jego palce mogły usunąć ból. Patrzył na mnie tak długo, aż w moim wzroku odczytał rozgrzeszenie.

– Cassandro Barrett, jesteś wyjątkowa – powiedział cicho.

Moją suknię dostarczono z pracowni Bianchiego w Bostonie, jedwabne pantofelki z nowojorskiej dzielnicy, zajmującej się wyrobem akcesoriów ślubnych, natomiast z Francji przyleciały świeże białe róże i stefanotis na bukiet. Skrzynie i pudła przemierzyły Afrykę pociągiem i landroverem; towarzyszyła im drobna i ciemna krawcowa (prosiła, by zwracać się do niej pani Szabo), która miała dokonać ostatnich poprawek, tak by cały strój sprawiał wrażenie, że został stworzony wyłącznie dla mnie. Klęczała przede mną, podczas gdy ja przesuwałam palcami po perełkach w talii, a Jennifer po raz trzydziesty tego ranka sprawdzała ślubną listę.

– Panno Barrett – burknęła krawcowa – proszę się nie wiercić.

Stanęłam na baczność, co w sztywnej satynie i obfitej halce nie było trudne. Zastanawiałam się, jak to wszystko zachowa nieskazitelną biel po jeździe dżipem z zajazdu do małej drewnianej kaplicy, a także jak zdołam sprawić, by welon unosił się na wietrze, a nie plątał mi się pod stopami; uznałam, że muszę chyba zrzucić buty, unieść suto marszczoną spódnicę i pobiec po rozgrzanym piasku.

– Gotowe – oznajmiła pani Szabo. Wstała przy wtórze trzeszczenia stawów i klasnęła w dłonie. – Si, bella – mruknęła. Podeszła do drzwi, gestem przywołując Jennifer. – Chodźmy. Panna młoda potrzebuje chwili dla siebie.

Jennifer spojrzała na zegarek.

– Jesteśmy do przodu z planem. Masz pięć minut – powiedziała.

Właściwie nie chciałam być sama, ale też nie chciałam być z nimi. Stałam przed wielkim lustrem z rysą biegnącą przez środek i patrzyłam na swoją twarz, której połowy nie całkiem do siebie pasowały.

Poza pierścionkiem zaręczynowym od Alexa nie miałam żadnej biżuterii, choć moją szyję znaczyły ślady po jego nocnym koszmarze, naszyjnik z fioletowych siniaków. Przed przyjazdem pani Szabo zamaskowałam go pudrem pożyczonym od charakteryzatorów, ale to nie pomogło mi o nim zapomnieć.

Zamknęłam oczy i przywołałam obraz Connora. Jeszcze nie tak dawno wierzyłam, że to za niego bym wyszła, gdyby nie umarł. Wiedziałam, że gdyby jednak przeżył, ale nie jego wybrałabym za męża, poradziłby mi, żebym kazała Alexowi poczekać. Żebym nie podejmowała decyzji tak pochopnie.

Ja jednak nie chciałam czekać. Pragnęłam Alexa.

Wraz z tą myślą przyszło zrozumienie, dlaczego ostatnio Connor coraz rzadziej pojawia się w moich snach, dlaczego przypomnienie sobie jego twarzy sprawia mi trudność. Connor odchodził. Zaakceptował mój wybór. Nie będzie dłużej odgrywał roli adwokata diabla, nie będzie mnie niepokoił we śnie, nie będzie się mną opiekował.

Usiadłam na łóżku, wycierając rozmazany pod oczami tusz i usiłując złapać oddech. W piersiach czułam ten sam ból co wiele lat temu, gdy Connor umierał w moich ramionach. Przez chwilę widziałam nas takimi, jakimi byliśmy w przeszłości, kiedy ramię przy ramieniu oglądaliśmy letni zachód słońca, budowaliśmy nasze dzieciństwo z patyczków po lizakach i opowiadanych gorącym szeptem snów. A potem pozwoliłam mu odejść.

– Niech pan się zatrzyma.

Ledwo słyszałam własny głos, ale szofer limuzyny – Bóg tylko wie, gdzie Alex znalazł limuzynę w Tanzanii – natychmiast zahamował. Nim zdążył się odwrócić i zapytać, o co mi chodzi, otworzyłam drzwi i ruszyłam biegiem.

Przypuszczałam, że ktoś będzie mnie gonił i szybko złapie, jako że nie mogłam za bardzo się rozpędzić w dziesięciokilogramowej sukni i gorsecie ściągniętym ciasno w talii. Zwolniłam tylko raz, by zrzucić pantofle na niskich obcasach, bo pomyślałam, że boso pobiegnę szybciej.

Welon unosił się za mną niczym tuman mgły, po szyi i pod pachami zaczęły płynąć strumyczki potu, ale nikt mnie nie gonił. Kiedy to sobie uświadomiłam, z biegu przeszłam w podskoki, przyciskając dłoń do szwu na boku.