Выбрать главу

Powodem nie był chłód nocy, stykający się z jego mokrą skórą, to coś pochodziło z samego szpiku jego kości. Poruszyło się od kolan, w górę przez biodra do ramion, i wiedziałam, że nie potrafi nad tym zapanować, ponieważ nagle był tak samo przerażony jak ja. Patrzył mi w oczy, jakbym to ja powinna była wiedzieć, co zrobić.

Bez namysłu wepchnęłam dłonie pomiędzy nas i pociągnęłam za pasek szlafroka. Przycisnęłam się do Alexa, ogrzewając go, bezinteresownie wchłaniając jego zimno, aż moim ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze, a jego stało się spokojne i ciepłe.

Puścił moją brodę. Potarłam twarzą o jego pierś i poczułam, jak krew napływa mi do policzków. Kiedy się odsunął, oczy miał srebrne i przytomne. Westchnęłam i rozluźniłam się. Znałam ten etap.

Alex pozwolił, żebym wyjęła z jego zaciśniętej dłoni butelkę, i nie zareagował, kiedy wylałam zawartość na trawę. Patrzył, jak alkohol z sykiem paruje, potem odebrał mi puste szkło, wpatrując się w nie takim wzrokiem, jakby nie miał pojęcia, skąd się tu wzięło.

Łatwo było zobaczyć go jako małego chłopca, kiedy mury, którymi się otaczał, padały w gruz. Pomyślałam o dzieciństwie bez przyjaciół, nasyconym intensywnymi kolorami i wypełnionym wyimaginowanymi przygodami, które pozwalały mu zapomnieć, kim jest. Wyobraziłam go sobie wyciągającego sieci na langusty, kiedy jego ojciec był zbyt pijany, żeby samemu to zrobić, ubranego w dwa numery za dużą koszulę na pogrzebie wujka, bo matka nie zadała sobie trudu, żeby kupić mu nową zamiast tej, z której wyrósł. Łagodnie posadziłam go na zielonym leżaku, na którym siedzieliśmy po południu, i odgarnęłam mu mokre włosy z oczu. Pochylił się, podświadomie łaknąc gestu, który powinien stać się jego udziałem wiele lat wcześniej.

– Wiesz, nigdy nie przeżyłem etapu pośredniego – powiedział. – Moją maman i papę guzik obchodziłem, a potem od razu zaczęło się życie, w którym ludzie grzebią w moich śmieciach, próbując ustalić, co jadłem na śniadanie. – Posadził mnie sobie na kolanach i ukrył twarz w moich włosach. – Wiesz, czego bym chciał? – mruknął. – Chciałbym iść do mojego krawca, zamiast czekać, aż on przyjdzie do mnie. I chciałbym kupować ci stokrotki na ulicy od sprzedawcy, który nie widział moich trzech ostatnich filmów. Chciałbym wybrać się na kolację, a kiedy twoja przeklęta przyjaciółka dałaby cynk prasie, pismacy zapytaliby: „Alex jaki?” – Położył rękę na mojej piersi, która spoczywała w jego dłoni niczym prosta, jasna prawda. – W dzieciństwie leżałem nocami i marzyłem, że jak rano się obudzę, ktoś będzie się o mnie troszczył, zamiast mną pomiatać. – Pocałował mnie w czubek głowy i przycisnął mocniej do piersi, jakby mógł mnie ochronić przed swoją przeszłością. – Uważaj na życzenia, Cassie – powiedział cicho. – Mogą się urzeczywistnić.

16

– Przyniosłem to dla ciebie.

Za moimi plecami rozległ się głos Alexa i wbrew woli zacisnęłam palce na oparciu białego trzcinowego fotela. Nie odwróciłam się, tylko wpatrywałam w górną werandę, licząc kroki, które musi zrobić Alex, by przejść od drzwi sypialni do mnie.

Postawił filiżankę obok mnie; mleko już było dolane, co oznaczało, że zadał sobie trud, by samemu przyrządzić herbatę, zamiast prosić o to kucharkę. W oddali słyszałam odgłosy późnopopołudniowego ruchu ulicznego i krzyki mew, jakby ten dzień niczym nie różnił się od innych.

Alex ukląkł przede mną i położył skrzyżowane ręce na moich kolanach. Wpatrywałam się w niego, jakbym była w szoku, co przypuszczalnie było prawdą. Mój umysł zarejestrował nieskazitelną symetrię jego rysów, jakbym widziała je po raz pierwszy.

– Cassie – szepnął – tak mi przykro.

Kiwnęłam głową. Wierzyłam mu, musiałam wierzyć.

– To nigdy więcej się nie zdarzy. – Oparł mi głowę o kolana, a moje dłonie z własnej woli zaczęły głaskać jego włosy, ucho, zarys szczęki, który tak dobrze znałam.

– Wiem – powiedziałam, choć wymawiając te słowa, za zamkniętymi powiekami zobaczyłam burze na środkowym zachodzie, które rozdzierają na strzępy znany ci świat, pozostawiając po sobie tęczę jak ofiarę, żebyś zapomniał o tym, co było wcześniej.

– Najważniejszą rzeczą, którą musimy pamiętać o naturze kości – powiedziałam do morza twarzy w sali wykładowej – jest to, że nie wygląda ona tak, jak zawsze ją sobie wyobrażaliśmy.

Zeszłam z podium i stanęłam za małym stołem do demonstracji, który przygotowałam na zajęcia praktyczne z antropologii. Kurs trwał prawie od dwóch miesięcy; pracowałam ciężko, by dać studentom solidne podstawy, które będą im potrzebne na wykopaliskach przewidzianych na koniec semestru.

– Kiedy wykopujemy kość, zakładamy, że to rzecz solidna i trwała, w rzeczywistości jednak jest ona tak samo żywa jak każda inna tkanka ciała.

Przy wtórze skrobania długopisów po papierze wyliczałam właściwości kości jako żywego organizmu.

– Rośnie, może chorować, może sama się uleczyć i przystosowuje się do indywidualnych potrzeb. – Ze stołu wzięłam dwie kości udowe. – Na przykład kości w razie potrzeby stają się silniejsze. Oto kość udowa trzynastoletniej dziewczynki. Porównajcie jej szerokość z szerokością drugiej kości, należącej do ciężarowca, uczestnika igrzysk olimpijskich.

Lubiłam te wykłady, po części z powodu sensacyjności pokazu, po części dlatego, że burzyły większość żywionych przez studentów poglądów na temat kości.

– Co więcej, kość nie jest zbudowana wyłącznie z substancji nieorganicznych jak kreda. To organiczna sieć włókien i tkanek, które zawierają też substancje nieorganiczne, na przykład fosforan wapnia. Właśnie dzięki kombinacji obu tych rodzajów kość jest tak wytrzymała i twarda.

Kącikiem oka dostrzegłam Archibalda Custera opierającego się o framugę. W zeszłym roku powiedział mi, że traktuję naukę jak historyjkę rodem z „National Enquirer”. Argumentowałam, że – kalambur niezamierzony – wykład o kościach jest zbyt suchy, żeby przez godzinę utrzymać uwagę studentów, nie wspominając już o rozbudzeniu w nich zainteresowania antropologią. Od czasu gdy Alex przekazał uczelni dotację, Custer nie miał odwagi krytykować moich metod czy przydzielić mi innych zajęć. Przypuszczalnie mogłabym prowadzić wykład nago i słówkiem by nie zareagował.

Wzrok miałam utkwiony w tyle sali, tuż poniżej skrzyżowanych ramion Custera. Był tam chłopak ze słuchawkami, dwie szepczące do siebie dziewczyny i Alex.

Czasami przychodził na te wykłady; mówił, że zadziwia go moja wiedza. Zawsze wsuwał się do sali po rozpoczęciu zajęć, nie chciał bowiem odwracać uwagi ode mnie, zwykle też nosił okulary przeciwsłoneczne. Studenci w większości wiedzieli, że jestem jego żoną – myślę, że niektórzy zapisali się na moje zajęcia po to tylko, żeby się dowiedzieć, jaka jestem, albo w nadziei na spotkanie Alexa.

Uśmiechnęłam się do niego. Zdjął okulary i mrugnął do mnie. W jego obecności przechodziłam samą siebie. Przypuszczam, że w pewien sposób grałam dla niego.

– Przekonacie się o organicznej naturze kości, jeśli na jakiś czas zamoczycie ją w kwasie. Kwas usunie sole, pozostawi natomiast substancje organiczne w stanie niezmienionym. Ale – w tym momencie wyjęłam kość strzałkową ze szklanej misy, w której się moczyła – usunięcie soli sprawi, że będzie całkowicie elastyczna. – Złapałam za oba końce, lekko zgięłam w środku i zawiązałam na luźny węzeł.

– Cholera jasna – mruknął student pierwszego roku siedzący niedaleko stołu.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Ja myślę tak samo – powiedziałam. Spojrzałam na zegarek, po czym wróciłam na podium, by pozbierać notatki. – Nie zapomnijcie o kolokwium w przyszły czwartek.