Custer już wyszedł, studenci alejką między rzędami wysypywali się z sali. Zwykle po tym wykładzie grupka tłoczyła się przy stole, dotykając galaretowatej kości, gładząc krawędzie. W przeszłości odpowiadałam na wszystkie pytania i pozwalałam zostawać tak długo, jak chcieli. W końcu antropologia to dyscyplina praktyczna.
W tym roku jednak, choć moje wykłady nie uległy zmianie, nikt z tej powiększonej liczby słuchaczy nie wykazywał zainteresowania. Spokojnie zaczęłam porządkować stół, owijając okazy w miękką bawełnę. Zastanawiałam się, czy nie tracę zdolności przykuwania uwagi.
Uniosłam głowę, przypomniałam sobie bowiem, że Alex czeka, i zobaczyłam tłum studentów rojący się wokół niego w przejściu. Podsuwali notatniki po autograf.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Chciałam powiedzieć: Zaraz, oni należą do mnie. Słowa jednak utknęły mi w gardle i chociaż ogarniał mnie gniew, pojęłam, że nie mam powodu do zazdrości. Alex nie zgromadził ich wokół siebie rozmyślnie i nawet gdyby go tu nie było, nie istniała żadna gwarancja, że któryś podszedłby do stołu z okazami.
Alex przepchnął się przez grupę i z rękami w kieszeniach stanął przy stole.
– Niektóre sole wsiąkają w grunt, kiedy kość ulega procesowi skamienienia, prawda? – zapytał donośnie.
Roześmiałam się; wiedziałam dokładnie, o co mu chodzi.
– Oczywiście – odparłam.
– Więc jak to się dzieje, że nigdy nie wykopujecie kości w takim stanie? – Wskazał na pływającą w roztworze kwasu związaną kość.
Dwoje studentów zawróciło i stanęło po obu stronach Alexa; dotykali kości w miejscach, gdzie on musnął je palcami. Paru innych dołączyło do grupki.
– Przede wszystkim proces ten trwa przez wiele stuleci i nawet jeśli zawartość wapnia ulega redukcji, nie jest ona tak wielka, więc kość zachowuje swój kształt. Oczywiście zdarza się, że tam, gdzie klimat i gleba są odpowiednie, znajdujemy coś takiego. – pogrzebałam w do połowy spakowanej skrzyni i wyjęłam kość szczękową z epoki żelaza, którą wykopano na irlandzkim torfowisku; była skręcona niczym obwarzanek. – Jej kształt spowodowały inne leżące na niej kości.
Przez chwilę mnóstwo dłoni przesuwało się po próbkach. Ponad głowami studentów pochwyciłam wzrok Alexa. Naprawdę wiedział, jak zadawać odpowiednie pytania. W gruncie rzeczy gdyby nie był tak doskonałym aktorem, byłby wspaniałym antropologiem. Podszedł bliżej i objął mnie w pasie. Studenci jak na sygnał podnieśli głowy i rozmawiając z ożywieniem, wyszli z sali.
– Najlepsze życzenia z okazji rocznicy – powiedział, całując mnie lekko.
Nie zamknęłam oczu. Wokół nas drobinki kurzu tańczyły w świetle wpadającym przez okna.
– Najlepsze życzenia z okazji rocznicy – odparłam. Wysunęłam się z jego objęć, by starannie zapakować kości, które oglądali studenci. – Tylko to skończę i możemy iść.
Złapał mnie za ramiona i wciągnął między swoje nogi.
– Chcę zrobić eksperyment – oświadczył. – Masz ochotę?
Potaknęłam, widząc, jak schyla ku mnie głowę. Jego usta poruszały się na moich, sprawiały, że szeptałam z nim. Pocałował mnie mocniej, nie pozwalając mi się odsunąć.
Kiedy podniósł głowę, leżałam na nim, nie całkiem wiedząc, gdzie jestem.
– Tak jak myślałem – mruknął. – Chciałem się przekonać, czy kości mogą zmięknąć bez użycia kwasu.
Uśmiechnęłam się do jego ciepłej klatki piersiowej.
– Oczywiście.
To była jedna chwila, jeden błąd, i tak jak Alex powiedział, więcej się nie powtórzy. Szeptałam te słowa raz po raz i myślałam, że takie rzeczy zdarzają się innym ludziom, o których słyszy się w wiadomościach, ale z całą pewnością nie mnie i Alexowi.
– Cassie?
Na dźwięk głosu Ophelii złapałam koc wiszący na oparciu fotela i zarzuciłam go na ramiona. Nie było mi zimno, ale nie chciałam, żeby zobaczyła, co się stało.
Po tamtej katastrofalnej nocy w restauracji Nicky’ego Blaira przez ponad rok powoli odbudowywałyśmy z Ophelią dawne stosunki. Potrzebowałam jej, bo poza Alexem w gruncie rzeczy nie miałam z kim rozmawiać. Nie wiem, czy kiedykolwiek przeprosiła, ale z drugiej strony, ja też przestałam przepraszać za małżeństwo z Alexem i dałam jej wyraźnie do zrozumienia, że jestem wobec niego lojalna. Jeśli podczas wizyt Ophelii nie wpadali z Alexem na siebie, wszystko zwykle było w porządku. Nasza przyjaźń wróciła na stare tory: Ophelia opowiadała o sobie, a ja słuchałam, w przeciwnym razie bowiem musiałabym mówić o Aleksie.
Ophelia wsunęła głowę w drzwi balkonowe sypialni.
– Więc tutaj jesteś – powiedziała. – Zaczynałam myśleć, że gdzieś poszłaś, nie mówiąc nic Johnowi.
Usiłowałam się do niej uśmiechnąć.
– To nie jest najlepsza pora – odparłam wymijająco.
Ophelia machnęła ręką.
– Wiem, wiem. Wspaniali Riversowie mają dzisiaj premierę. Chciałam tylko zapytać, czy mogę pożyczyć od ciebie czerwoną suknię wieczorową.
Zmarszczyłam czoło; nie potrafiłam sobie przypomnieć czerwonej sukni wieczorowej, ale Ophelia lepiej się orientowała w zawartości mojej garderoby.
– Po co?
– Śpiewam wieczorem w klubie bluesowym. – Ophelia oparła się o balustradę werandy i uniosła rękę nad głową w pozie wampa.
– Nie umiesz śpiewać – zauważyłam.
Wzruszyła ramionami.
– Tak, ale właściciele klubu jeszcze o tym nie wiedzą i nie dowiedzą się, dopóki nie wejdę na scenę. A tak sobie myślę, że nigdy nie wiadomo, kto będzie na widowni. – Uśmiechnęła się. – Poza tym zapłacili mi z góry.
Musiałam się roześmiać, Ophelia naprawdę była najlepszym lekarstwem.
– Na litość boską, jak ich przekonałaś, że umiesz śpiewać bluesa?
Ophelia weszła z powrotem do sypialni, żeby poszukać sukni.
– Skłamałam! – zawołała.
Naciągnęłam koc mocniej na ramiona, ukrywając swój sekret.
– Jak ci się to udaje? – zapytałam. – No wiesz, czy te historyjki nigdy ci się nie mylą?
Ophelia z suknią zarzuconą na ramię tanecznym krokiem weszła na werandę.
– Twój problem polega na tym, że za długo jesteś uczciwa. Jak raz zaczniesz, kłamstwo staje się łatwiejsze niż oddychanie – odparła swobodnie. Przyłożyła suknię do ciała i wykręciła pirueta.
– Billie Holiday byłaby zazdrosna – powiedziałam. Zmieniłam pozycję, krzywiąc się, gdy bokiem otarłam się o ramię fotela.
Ophelia spojrzała na mnie i wzrok jej spochmurniał.
– Chyba nie jesteś chora, co? – Pociągnęła za koc. – Przeziębiłaś się?
Nie protestowałam, kiedy położyła mi dłoń na czole, tak jak nauczyłam ją wiele lat temu. Otuliłam się kocem. Nienawidziłam Alexa, że mnie do tego zmusił.
– Prawdę mówiąc, chyba coś złapałam – powiedziałam.
Po przeżyciu całego roku z Alexem zaczynałam rozumieć, że w istocie poślubiłam wielu różnych mężczyzn – Alex wkraczał w chwilach, gdy pod ręką nie było pozostałych. Nie mógł zostawić swojej pracy w biurze, więc każdy grany przez niego bohater znajdował drogę do naszego łóżka albo siedział naprzeciwko mnie przy śniadaniu. Powiem jedno: z całą pewnością urozmaicało to nasz związek. Podczas krótkich ośmiu tygodni, gdy pracował nad „Speed”, filmie akcji o pilocie, był zadziorny, szybki i tryskający energią. Kiedy latem w zawodowym teatrze grał Romea, wieczorami wracał do mnie z namiętnością chłopca zakochanego w samej idei miłości.
Nie lubiłam pilota, choć był do zniesienia. Romeo nieco mnie irytował; przez niego patrzyłam w lustro i szukałam nowych zmarszczek, a także zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że mnie do tego stopnia wyczerpuje normalny dzień, podczas gdy Alex zdaje się dysponować niespożytymi siłami. Teraz jednak kręcił „Antoniusza i Kleopatrę” i po raz pierwszy zetknęłam się z postacią, której nie chciałam mieć koło siebie. Na kalendarzu w moim gabinecie uniwersyteckim znaczyłam dni, które pozostały do końca zdjęć, liczyłam, ile jeszcze muszę czekać, nim Alex znowu stanie się po prostu Alexem.