– A jak myślisz? – Odwróciłam się ku niemu, dostrzegając obłok bólu, który przysłonił czystą szarość jego oczu, i pojęłam, że nie mogę zranić go bardziej, niż on ranił siebie. Przełknęłam ślinę i spojrzałam przed siebie.
Nagle Alex wziął mnie w objęcia, koc spadł, odsłaniając czerwone znaki na ręce i napuchnięcie w okolicy żeber. Zaniósł mnie do sypialni i delikatnie położył na łóżku, tak delikatnie, że na narzucie nie pojawiła się najmniejsza zmarszczka. Odpiął mi bluzkę.
Muskał ustami każdy ślad, zabierając ból i pozostawiając balsam łez. Przytuliłam jego głowę do piersi, myśląc, że ta czułość boli jeszcze bardziej.
– Ciii – powiedziałam, gładząc go po czole. – Wszystko w porządku.
W ręce od razu uderzyło mnie to, że kości wyciągały się w moim kierunku, jakby chciały mnie złapać, gdybym nic nie zauważyła. Wzięłam szczoteczkę i zaczęłam usuwać gałązki i luźne kawałki ziemi, odsłaniając niemal nietknięty przegub i pięć kości dłoni wciąż zawiniętych wokół kamiennego narzędzia. Przesunęłam palcami po fragmencie małego młotka, a potem się uśmiechnęłam. Może wcale by mnie nie złapała, tylko zaatakowała.
Ręka tkwiła w skale osadowej na wysokości mojego ramienia i była na tyle wyraźna, że nie potrafiłam pojąć, jak to możliwe, że przez wszystkie te lata nikt jej nie odkrył. To stanowisko w Tanzanii istniało od dawna, przez dziesięciolecia przeczesywali je antropolodzy.
Kręciło mi się w głowie. Intuicyjnie wiedziałam, że to wielka sprawa, zanim jeszcze wysłałam próbki do datowania. Serce zaczęło mi walić, kiedy sobie uświadomiłam, że to odkrycie udowodni, iż człekokształtni odznaczali się zdolnością intelektualną do konstruowania własnych narzędzi, zamiast zadowalać się tymi, które naturalnie ukształtowała woda albo procesy zwapnienia. Do domu wrócę jako bohaterka. Powiem Archibaldowi Custerowi, żeby się pieprzył. Będę sławna jak Alex.
Nie mogłam się doczekać, kiedy mu powiem. W obozie nie było telefonu, postanowiłam więc, że wieczorem pojadę do miasteczka. Nie podobało mi się, że przez cały miesiąc będę z dala od Alexa, ale przeprowadzałam badania terenowe w czasie przerwy międzysemestralnej, a on i tak pracował dwanaście godzin na dzień. Rozmawiałam z nim w środy i niedziele, siedząc na brudnej podłodze sklepu z rodzaju „ryż, mydło i powidło”. Przyciskałam słuchawkę do ucha i gałązką wypisywałam jego imię na czerwonej ziemi, zapamiętując dźwięk głosu, żeby móc przypominać go sobie późno w nocy i udawać, że Alex leży obok mnie.
Zmrużyłam oczy przed rozżarzonym słońcem, dotykając żłobkowanych szarych okolic na lewo od ręki. W oddali słyszałam stuk młotków i śmiech. Kilkoro studentów pracowało ze mną, jeden znalazł szczękę, ale poza tym żadnych poruszających odkryć nie było. Z uśmiechem wyszłam zza skały, tak by mogli mnie widzieć.
– Wally, przynieś brezent! – zawołałam.
Resztę dnia poświęciliśmy na żmudne zdejmowanie kolejnych warstewek ziemi, ponieważ odkrycie czegoś tak kruchego jak skamieniała dłoń było rzadkością i nie mogliśmy ryzykować utraty najdrobniejszego nawet fragmentu. Pracowałam z dwoma studentami: jeden pomagał mi w wydobywaniu i oczyszczaniu, drugi opisywał kości tuszem dla późniejszej rekonstrukcji. Inny pojechał do miasta, by na uniwersytet wysłać depeszę o naszych wstępnych ustaleniach oraz próbki do datowania. Przy kolacji uczciliśmy nasze odkrycie, popijając spaghetti trzema butelkami miejscowego wina.
Studenci układali drewno na ognisko, ja natomiast snułam fantazje, w których byłam najbardziej rozchwytywanym antropologiem, a oni moimi uczniami. Kiedy zaproponowali, żeby pogrzebać żywcem profesora Custera, dając w ten sposób okazję jakimś biednym studentom do odkopania go za tysiąc lat, śmiałam się z nimi, głównie jednak obserwowałam ognie strzelające w rytm mojego pulsu. Na wykopaliskach ożywałam. Nie chodziło wyłącznie o odkrycie ręki, chociaż na samą myśl o niej serce mi śpiewało. To był dreszcz towarzyszący poszukiwaniu nieznanego jak podczas wyprawy po ukryty skarb albo wyławianiu spośród bożonarodzeniowych prezentów tego najbardziej wyczekiwanego. Kiedy na ekrany wszedł film, podczas którego realizacji się poznaliśmy, to była najbardziej wyrazista cecha granej przez Alexa postaci. Pamiętam, jak mówiłam, że jestem pod wielkim wrażeniem jego kreacji. Odparł, że przejął to ode mnie.
Telefonistce połączenie ze Stanami zajęło dziesięć minut; szansa, że złapię Alexa w domu, była niewielka. Kiedy odezwał się zaspanym głosem, uświadomiłam sobie, że u niego jest pewnie środek nocy.
– Wiesz, co się stało? – powiedziałam, słysząc echo własnych słów na linii.
– Cassie? Wszystko w porządku?
Niemal widziałam, jak siada i zapala światło.
– Odkryłam coś. Odkryłam rękę z narzędziem. – I nie dając mu okazji do zadania pytania, opisałam wagę takiego odkrycia oraz jego znaczenie dla mojej kariery. – To jak Oscar dla ciebie. Dzięki temu trafię na szczyt.
Kiedy Alex nie odpowiadał, pomyślałam, że straciłam połączenie, ale w podnieceniu tego nie zauważyłam.
– Alex?
– Jestem. – Serce mi się ścisnęło, gdy usłyszałam jego zrezygnowany, martwy głos. Może się martwi, że przez to odkrycie oddalę się od niego. Może myśli, że przedłożę własną karierę nad jego osobę. Co było niemądre, a jeśli ktoś powinien to zrozumieć, to właśnie Alex. Alex i praca zawodowa są jednakowo ważni. Bez nich nie mogłabym żyć.
Poniewczasie przypomniałam sobie o „Antoniuszu i Kleopatrze”. Można by pomyśleć, że na film ktoś rzucił klątwę. Zastąpiono wprawdzie Brianne Nolan inną aktorką, ale w zeszłą niedzielę Alex wspomniał, że z powodu konfliktu z operatorem zrezygnował reżyser. Zamknęłam oczy, przygnębiona własną głupotą i brakiem wrażliwości. Mocniej ścisnęłam słuchawkę i głosem tak wesołym, na jaki mogłam się zdobyć, powiedziałam:
– Ja tu gadam i gadam, a nawet nie zapytałam cię o film.
Po króciutkiej chwili Alex odparł:
– Jest bardzo późno. Muszę kończyć.
Rozłączył się, a ja słuchałam trzasków na linii, dopóki tanzańska telefonistka nie zapytała mnie swym muzykalnym głosem, czy chciałabym zamówić następną rozmowę. Wróciłam do obozu i weszłam do jednego z namiotów, w których pracowaliśmy. Kiedy zapaliłam górną lampę, stół zalała żółta poświata. Niezgrabnie, jakbym dłonie miała z ołowiu, dotknęłam odłamków kości, które miały zmienić moje życie. Ułożyłam je według numerów – to była na razie połowa ręki – i starałam się nie zastanawiać, dlaczego Alex nawet mi nie pogratulował.
Trzy dni później dostałam depeszę od Archibalda Custera oraz trzech zainteresowanych muzeów, ale mój mąż milczał. Zrekonstruowana ręka w całej swojej chwale leżała na czarnej bawełnie, opisana szczegółowo dla potomności. Zrobiliśmy konieczne w tej sytuacji zdjęcia, które mogliśmy rozesłać, nim prawdziwa ręka stanie się eksponatem. Stałam z dłońmi zaciśniętymi na krawędzi stołu, czując, jak pot spływa mi po plecach. Wally, który pisał u mnie pracę magisterską, pakował leicę.
– Jak pani myśli, pani profesor? – zapytał wesoło. – Na lotnisku będą czekały na nas tłumy?
Wyjeżdżaliśmy z Tanzanii dopiero za dwa tygodnie; wiedziałam, że Wally żartuje, społeczność antropologiczna jest za mała, żeby zasłużyć na coś więcej niż okazjonalny artykuł w „Wall Street Journal”. Nieproszone powróciły wspomnienia z dnia, gdy z Alexem wróciliśmy do Los Angeles. Wyobraziłam sobie podobny cyrk wokół zakurzonego, zmęczonego naukowca dźwigającego skrzynię pełną kości.
– Jakoś w to wątpię – odparłam.
Wally wstał, otrzepując szorty z ziemi.
– Zaniosę to do Susie, zanim dostanie kolejnego ataku – powiedział, ruszając do wyjścia. Rozsunął skrzydła namiotu, ale zaraz wypuścił je z rąk, jakby zobaczył zjawę, której widoku nie potrafił znieść. Zamrugał i znowu rozsunął płótno.