Lisa ukryła twarz w dłoniach.
– Och, Wasia, kochany. Czy wolałbyś, bym to ukryła przed tobą?
– Nie, ale nie powinnaś mu na to pozwolić. Złapię drania! – zagroził i nim Lisa zdążyła go powstrzymać, pobiegł po konia.
Mając jeszcze świeżo w pamięci śmierć Fiedii, Lisa krzyknęła przestraszona:
– Wasia! Na miłość boską, zastanów się, co robisz!
Ale on nie słuchał. Dopiero gdy już miał wskoczyć na siodło, jakoś się opamiętał. Lisa wstrzymała oddech.
Stał bez ruchu; jej wydawało się, że trwa to wieczność całą. Wreszcie odwrócił się i powoli, ciągnąc nogę za nogą, wrócił.
Podszedł do niej i rzekł:
– Liso, nie potrafię już więcej znieść. Masz rację, niszczymy się nawzajem.
– Tak, twoje doświadczenie i moja naiwność nie pasują do siebie. Ja nie wiem, jak postępować z ludźmi, ty zaś spotkałeś ich zbyt wielu. Chcę zasnąć, uciec od tego wszystkiego!
– I ja. Pójdę i upiję się.
– Nie, Wasial
– Nie obawiaj się – rzucił z goryczą. – Nie mówiłem poważnie. Dziś w nocy przyrzekłem sobie, że z tym koniec. Bez względu na to, czy zostaniesz ze mną, czy nie. Potrafię stanąć na własnych nogach. Ale, Liso, jestem śmiertelnie zmęczony i rozczarowany. Byłaś dla mnie symbolem niewinności i taka miałaś pozostać.
Rażąca niesprawiedliwość Wasyla doprowadziła Lisę do pasji.
– Mówisz tak, jakbyś sam był całkiem niewinny. A ile razy całowałeś kobiety?
– Tylko raz! – powiedział, a z jego wąskich oczu wyzierała gorycz. – Jeden jedyny raz i wiesz dobrze, kiedy to było. Nigdy więcej nie pocałowałem innej, by nie zbrukać swoich warg.
– Czyżby? – spytała z ironią.
Zarumienił się.
– Możesz myśleć, co ci się podoba o mnie i o moim życiu, ale to, co ci teraz mówię, jest prawdą. Dla mnie pocałunek jest dowodem miłości, prawdziwej miłości, a tej nie rozdaję na prawo i lewo.
– Chyba nie chcesz mi wmówić, że…
– Tak, Liso. Można posiąść kobietę, nie całując jej. Jeśli tylko jest się dostatecznie dzikim i prymitywnym.
Lisa, całkiem już tracąc panowanie nad sobą, krzyknęła:
– Odejdź ode mnie, ty nędzniku, okrutniku, morderco! Idź sobie!
– Powiem Dimie, że przejmuje odpowiedzialność za ciebie – rzucił i odszedł w stronę, koni.
Lisa ciągle jeszcze stała w tym samym miejscu, gdy nagle wzgórze zaroiło się od Tatarów.
– Wasia, uważaj!
Wasyl pośpiesznie odwrócił się, a w jego oczach odmalował się strach.
– Lisa!
Zaczęli biec ku sobie, ale drogę przecięli im szybcy niczym błyskawice Tatarzy, którzy parli na nich, chcąc zmusić, by kierowali się ku plaży.
– Lisa! – krzyknął znów Wasia. – Uciekaj!
Żadne z nich jednak nie myślało tylko o tym, by ratować własną skórę. Spychani coraz niżej ku brzegowi morskiemu, próbowali dotrzeć do siebie, ale Tatarzy do tego nie dopuścili.
– Wasyl! – wołała Lisa zrozpaczona.
Biegła przed siebie co sił w nogach. Zbocze umykało jej spod stóp. Morze migotało w słońcu i oślepiało ją swym blaskiem.
Tatarzy dopadli Wasyla. Nie miał żadnych szans.
– Ratuj się, Liso! – prosił. – Uciekaj!
Ale Lisa nie słuchała go. Bez wahania podbiegła do ukochanego i rzuciła mu się na szyję.
– Liso, dlaczego to zrobiłaś? – mówił z rozpaczą w głosie. – Mogłaś próbować, może zdołałabyś im umknąć!
Tatarzy otaczali ich coraz ciaśniejszym kręgiem.
Przytuliła głowę do piersi Wasyla i powiedziała ze smutkiem:
– Na cóż mi wolność, gdy ty jesteś w niewoli? Co mi po życiu, gdybyś ty zginął?
Wasyl stał bez ruchu i szeptał cicho:
– Moja najdroższa!
Związano im z tyłu ręce i powiedziono wzdłuż plaży. Ze wszystkich stron otaczali ich jadący konno Tatarzy.
– A więc krąg się zamyka – mówiła Lisa powoli. – Znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.
– Jak to?
– Spotkałam cię w obozie tatarskim, gdzie omal nie zakatowano cię na śmierć. Teraz też nas to czeka, prawda?
– Tak.
– Wasia, co oni z nami zrobią?
– Wolę o tym nie myśleć. Niestety, nie jesteś już małą dziewczynką i zapewne tym razem nie oddadzą cię chanowi czy emirowi. Wydobędą z ciebie plany wojenne, możesz być pewna.
– Potrafię znieść najgorsze – rzekła zdecydowanie. – Nie będziesz się musiał za mnie wstydzić. Wytrzymam ból. Ale co z tobą, Wasia? Właściwie dlaczego pojmali także ciebie? Tak Strasznie się bałam, że cię zabiją.
Wasyl westchnął.
– Tatarzy mają swoje plany. Uznali, że będę im potrzebny!
– Do czego?
– Zęby cię zmusić do mówienia, rozumiesz?
– Tak.
– Widziałaś ich twarze, tam na plaży, kiedy rzuciłaś mi się w ramiona? Widziałaś te straszne błyski w ich oczach? Tę niecierpliwość?
Lisa oddychała z trudem.
– Och, Wasia! To ciebie, a nie mnie zamierzają torturować! Na moich oczach! Okrutnicy, diabły!
– Nie lękam się cierpienia.
Lisa pociągała nosem.
– Ale ja nie zniosę twego bólu i zdradzę wszelkie tajemnice. Czy nie ma dla nas żadnej nadziei?
– Nie, jeśli doprowadzą nas do swego obozu.
– A Dima?
– Być może i jego pojmali.
Na piasku odciskały się niezliczone ślady końskich kopyt i tylko dwie pary śladów ludzkich stóp. Tatarzy jechali szybko, nie odzywając się do siebie słowem. Byli zadowoleni. Wykonali zlecone im zadanie.
– Liso, jesteś odważna?
– Próbuję. Ale nie zawsze mi się to udaje.
– Mam za pasem ukryty nóż, którego nie znaleźli.
– O czym myślisz?
– Widzisz tamte skały i ten urwisty brzeg?
– Tak.
– Umiesz pływać?
– Nie ze związanymi rękami.
– Ale w ogóle potrafisz? To dobrze. Będziemy tamtędy przechodzić. Kiedy znajdziemy się wystarczająco blisko krawędzi, dam ci znak. Wtedy skoczysz w dół.
– A jeśli rozbijemy się o kamienie na dnie morza?
– Musimy zaryzykować. Chyba że wolisz trafić do obozu Tatarów.
– Nie! Wszystko tylko nie to.
Wasia popatrzył na nią z miłością.
– Liso, jesteś taka piękna. Zmęczona, zrezygnowana, masz potargane włosy i rozpaloną twarz, a w oczach lęk przed śmiercią. Mimo to nigdy nie spotkałem kogoś równie pięknego.
Popatrzyła na niego z czułością.
– Czy kiedyś powiedziałam ci, jak bardzo kocham twoją twarz, całego ciebie?
– Nie.
– Może dane mi będzie kiedyś ci to wyznać. Ale teraz mów, co mam robić.
Wasia udzielił jej niezbędnych wskazówek. Wspinali się pod górę i skały były już blisko. Lisa, napięta jak struna, patrzyła na Wasyla. Tatarzy, nie podejrzewając niczego, siedzieli sennie w siodłach i spokojnie posuwali się naprzód.
Dotarli na środek urwistego występu.
Wasia skinął głową.
Lisa, nie namyślając się ani chwili, podbiegła do krawędzi i skoczyła. Usłyszała głośny krzyk i poczuła silne uderzenie masy powietrza. W ułamku sekundy dostrzegła, że nie jest sama, a potem uderzyła o taflę wody, która wchłonęła ją i zamknęła się nad nią.
Głębiej, coraz głębiej, jak najdalej w głąb, wreszcie dotknęła dna. Odbiła się i zaczęła unosić się w górę, a trwało to całą wieczność. Zmagała się, by przedrzeć się na powierzchnię. Światło, jak daleko do światła! Dziewczyna instynktownie skierowała się ku wielkiej skale. Ku słońcu, tam gdzie upragnione powietrze! Wasia, ukryty wśród załomów skalnych, uczepił się jakiegoś występu. Jego okrutna, prawie demoniczna twarz złagodniała, gdy dojrzał Lisę. Dziewczyna poczuła ciepło w sercu.