– Jest tutej!
Była to dziesięcioletnia Paula czy też Patty, stojąca po pas w pienistym zielsku.
– Szybko Zeth. Łap go! Łap!
Jay zaczął się cofać w stronę mostu. Za każdym ruchem w powietrze wzbijał się tuman białych nasion. Talizman zwisał luźno spod jego palców. Glenda i Karen zaszły mu drogę i teraz wyraźnie widział ich błyszczące od potu twarze. Tuż za łukiem mostu był jedynie głęboki rów zarośnięty rozkrzewionymi, późno letnimi pokrzywami. Tam nie mógł więc uciekać. W tym samym momencie, gdy to spostrzegł, spod mostu wyskoczył Zeth, złapał go za ramię, po czym przyciągnął ku sobie za ramiona w przerażająco poufałym, nieznoszącym sprzeciwu geście powitania.
– Jużeś mój.
A więc magia w końcu zatraciła swą moc.
Jay niechętnie wracał wspomnieniami do tego, co się wydarzyło później. Obrazy tamtych chwil spowijała cisza, podobnie jak większość snów. Najpierw ściągnęli z niego T-shirt i wepchnęli – kopiąc i wrzeszcząc – do rowu z pokrzywami. Jay usiłował stamtąd wypełznąć, ale Zeth ciągle spychał go z powrotem – liście pokrzyw zostawiały na jego ciele znaki, które miały swędzieć i piec przez kilka następnych dni. Jay podniósł ręce, by osłonić twarz, a gdzieś w tyle głowy kołatała mu myśclass="underline" „Czemu coś podobnego nigdy nie przytrafia się Clintowi?”, kiedy ktoś pociągnął go nagle w górę za włosy, a głos Zetha oznajmił:
– Teraz na mnie kolej, skurwielu.
W powieści walczyłby jak lew. W rzeczywistości nie walczył wcale. W powieści wykazałby chociaż odrobinę buntu, desperackiej zuchowatości. Wszyscy bohaterowie jego opowiadań zachowaliby się w taki sposób.
Jay jednak nie należał do bohaterów.
Zaczął się drzeć, jeszcze zanim spadł na niego pierwszy cios. Zresztą prawdopodobnie właśnie dzięki temu uniknął solidnego manta. Mogło być o wiele gorzej, pomyślał, gdy w jakiś czas potem szacował szkody. Rozkwaszony nos, kilka siniaków, dżinsy zdarte na obu kolanach z powodu paskudnego upadku na kamienie torowiska. Jedyną poważnie uszkodzoną rzeczą okazał się jego zegarek. Dopiero dużo później uświadomił sobie, że zniszczeniu uległo wiele więcej – coś ważniejszego, mającego istotniejszy wpływ na życie niż zegarek czy nawet złamana kość. W grę wchodziła wiara – a przynajmniej takie miał poczucie. W owej chwili pękło coś w jego wnętrzu, coś, czego nie można było już naprawić.
Jak powiedziałby Joe – umarła metafizyka.
Matce oznajmił, że spadł z roweru. Było to całkiem wiarygodne kłamstwo – w każdym razie wystarczająco wiarygodne, by wyjaśnić kwestię zapuchniętego nosa i podartych dżinsów. Na szczęście nie przejęła się tak bardzo, jak Jay się obawiał; przyszedł akurat wtedy, gdy wszyscy oglądali w telewizji powtórkę filmu „Blue Hawaii” w ramach pośmiertnych wspomnień o Elvisie.
Nie spiesząc się, odstawił rower. Potem zrobił sobie kanapkę, wyciągnął z lodówki puszkę coli, poszedł do swojego pokoju i zajął się słuchaniem radia. Wszystko nagle wydało mu się zwodniczo normalne – jakby Gilly, Zeth czy Pog Hill już należały do odległej przeszłości. Z radia płynęło „Straighten Out” Stranglersów.
Jay wraz z matką wyjechał z Monckton jeszcze w ten sam weekend. Z nikim się nie pożegnał.
47
Lansquenet, maj 1999
Jay był pochłonięty pracą w ogrodzie, gdy zjawiła się Popotte z pocztą. Była małą, okrągłą kobietą o pogodnej twarzy, w szkarłatnym swetrze. Zawsze zostawiała swój staroświecki rower przy głównej drodze i donosiła pocztę ścieżką na piechotę.
– Eh, monsieur Jay – westchnęła ciężko, wręczając mu pakiet kopert. – Nie mógłbyś mieszkać nieco bliżej szosy?! Jeżeli jest dla ciebie jakaś przesyłka moje tournee zawsze przeciąga się o pół godziny. Za każdym razem, gdy się tu zjawiam, ubywa mi co najmniej dziesięć kilo. Tak dłużej być nie może! Musisz wystawić sobie skrzynkę na listy przy drodze!
Jay rozpromienił się w uśmiechu.
– Wejdź do środka i skosztuj jednego ze świeżych chaussons aux pommes wyrobu Poitou. Nastawiłem już kawę. Właśnie zamierzałem zrobić sobie przerwę.
Popotte przybrała na tyle surowy wyraz twarzy, na ile pozwalała jej pogodna fizjonomia.
– Eh, Rosbif, czy ty przypadkiem nie próbujesz mnie przekupić?
– Nie, madame – ponownie uśmiechnął się szeroko. – Za to próbuję sprowadzić cię na złą drogę.
Roześmiała się.
– No, może tylko jeden pasztecik. Rzeczywiście potrzeba mi kalorii.
Gdy zajęła się jedzeniem, Jay zabrał się za pocztę. Rachunek za elektryczność; kwestionariusz statystyczny z merostwa w Agen; mała, płaska paczuszka, zawinięta w brązowy papier, zaadresowana drobnym, starannym, niemal dobrze znanym charakterem pisma.
Opatrzona znaczkiem ze stemplem Kirby Monckton.
Jay poczuł, jak mu drżą ręce.
– Mam nadzieję, że to nie same rachunki – wtrąciła Po potte, częstując się kolejnym pasztecikiem. – Przykro by mi było, gdybym się tak wysilała tylko po to, by przynieść ci niechcianą makulaturę.
Jay z trudnością rozpakował pakiecik.
Dwukrotnie musiał odłożyć pakiecik, by ustało trzęsienie rąk. Papier pakowy był gruby, wzmocniony jeszcze kawałkiem tektury. Wewnątrz nie znalazł żadnej notatki, a jedynie kawałek żółtego papieru starannie owinięty wokół niewielkiej ilości czarnych nasion. Na papierze widniało tylko jedno słowo wypisane starannie ołówkiem: „Specjały”.
– Dobrze się czujesz? – zaniepokoiła się Popotte. Musiał wyglądać dziwacznie z kawałkiem papieru w jednej, nasionami w drugiej ręce, ustami szeroko rozwartymi ze zdumienia.
– To nasiona z Anglii… oczekiwałem tej przesyłki – wy krztusił Jay. – Ale zupełnie… zupełnie o tym zapomniałem.
Kręciło mu się w głowie od możliwych wyjaśnień. Poczuł się nagle odrętwiały, przytłoczony potęgą owej niewielkiej paczuszki nasion. Pociągnął potężny łyk kawy, a potem rozsypał nasiona po żółtym papierze i zaczął się im uważnie przyglądać.
– Nie wyglądają jakoś szczególnie – zauważyła Popotte.
– Nie, rzeczywiście nie wyglądają – zgodził się Jay. By ło ich najwyżej sto, więc nawet nie pokrywały całej jego dłoni.
– Na Boga jedynego, tylko przypadkiem nie kichnij – doszedł go zza pleców głos Joego i Jay niemal zrzucił na siona na podłogę. Starszy pan stał oparty o kuchenną szafkę, w tak nonszalanckiej pozie, jakby nigdy nie zniknął. Miał na sobie całkiem zwariowane szorty z madrasu, T-shirt z logo „Born to Run” Bruce’a Springsteena oraz swoje górnicze buty i kaszkiet. Gdy tak stał, wydawał się nadzwyczaj realny, ale wzrok Popotte ani przez moment nie zarejestrował jego obecności, mimo że zdawała się patrzeć wprost na niego. Joe uśmiechnął się szeroko i kon spiracyjnym gestem przytknął palec do ust.