Выбрать главу

– Komunikować można na różnych płaszczyznach… – wyjaśniam zbliżając się do niej zbyt gwałtownie, lecz w mojej wyobraźni wirują wzrokowe i dotykowe wizje, które nakazują mi obalić wszelkie bariery i uniknąć jakiejkolwiek zwłoki.

Ludmiła szamocze się i uwalnia.

– Co pan robi. Mister Flannery? Nie o to mi chodzi! Myli się pan!

Z pewnością mogłem rozegrać tę partię w lepszym stylu, lecz jest już za późno, by naprawiać błędy. Nie mam innego wyjścia, jak postawić wszystko na jedną kartę. Ganiam ją zatem dokoła biurka wygłaszając zdania, których niedorzeczność w pełni sobie uświadamiam, w rodzaju: – Może myśli pani, że jestem za stary, ale ja…

– To nieporozumienie, Mister Flannery – mówi Ludmiła i przystaje, odgradzając się ode mnie tomem uniwersalnego słownika Webstera. – Z pewnością mogłabym się z panem kochać, jest pan człowiekiem dobrze wychowanym i o miłej powierzchowności. Ale nie wniosłoby to nic do rozwiązania problemu, o którym dyskutujemy… Nie miałoby to nic wspólnego z autorem Silasem Flannerym, którego powieści czytam… Jak już wyjaśniłam, jesteście dwiema różnymi osobami, które nie mogą mieć z sobą nic wspólnego. Nie wątpię, że jest pan konkretnie tą, a nie inną osobą, zanadto przypomina pan mężczyzn, których znałam. Interesuje mnie ten drugi Silas Flannery, który istnieje w książkach Silasa Flannery'ego, niezależnie od pana tutaj obecności.

Ocieram pot z czoła. Siadam. Coś się we mnie załamało: może moje „ja”, może treść mojego „ja”. Czyż nie tego chciałem? Czyż nie starałem się osiągnąć bezosobowości?

Może Marana i Ludmiła przyszli, by powiedzieć mi to samo. Nie wiem jednak, czy oznacza to wyzwolenie, czy wyrok skazujący. Dlaczego przyszli właśnie do mnie, i to w chwili gdy czuję się przykuty do samego siebie tak, jakbym znajdował się w więzieniu?

Natychmiast po wyjściu Ludmiły podbiegłem do lunety, aby znaleźć pocieszenie w widoku kobiety na leżaku. Nie było jej. Zrodziło się we mnie podejrzenie, że to ona przyszła mnie odwiedzić. A może właśnie ona jest przyczyną wszystkich moich problemów? Może istnieje spisek ukartowany po to, by uniemożliwić mi pisanie, spisek, do którego należą zarówno Ludmiła, jak i jej siostra, i ten tłumacz.

– Najbardziej pociągają mnie te powieści – powiedziała Ludmiła – które stwarzają złudzenie przejrzystości w gmatwaninie stosunków międzyludzkich, przecież ponurych, okrutnych i przewrotnych.

Nie wiem, czy miała na myśli to, co ją w moich książkach pociąga, czy też to, czego w nich nie znajduje, a co chciałaby znaleźć.

Niezadowolenie jest, jak się zdaje, cechą charakterystyczną Ludmiły. Z dnia na dzień zmienia ona upodobania, dzisiaj na przykład dostraja je do swojego rozdrażnienia. (A przecież jej powtórne odwiedziny zdawały się wskazywać, że puszcza w niepamięć wszystko, co zdarzyło się wczoraj.)

– Dzięki tej lunecie mogę obserwować kobietę, która czyta na tarasie w głębi doliny – powiedziałem. – Próbuję odgadnąć, czy książki, które czyta, działają uspokajająco czy niepokojąco.

– Jakie wrażenie sprawia ta kobieta, spokojnej czy niespokojnej?

– Spokojnej.

– W takim razie czyta książki niepokojące.

Odpowiedziałem Ludmile, jak dziwaczne myśli nasuwają mi moje rękopisy: to znikają, to powracają i potem wydają mi się zmienione. Prosiła, bym uważał, istnieje spisek autorów apokryfów, który wszędzie rozciąga swe macki. Spytałem, czy na czele spisku nie stoi czasem jej były przyjaciel.

– Konspiracja zawsze wymyka się z rąk przywódców – odparła wymijająco.

Apokryf (z greckiego apokryphos – ukryty, tajemny):

1) początkowo nazwa „tajemnych książek” sekt religijnych, potem utworów nie uznanych za kanoniczne przez religie, które ustanowiły kanon pism objawionych,

2) pismo mylnie przypisywane jakiejś epoce bądź jakiemuś autorowi.

Tyle słowniki. Może moim prawdziwym powołaniem była kariera autora apokryfów, i to w każdym znaczeniu tego słowa, ponieważ pisanie zawsze oznacza maskowanie czegoś w ten sposób, aby zostało potem ujawnione, ponieważ prawda, która może wyjść spod mojego pióra, jest jak odłamek potężnej skały, odpryśniety wskutek silnego uderzenia i daleko odrzucony, ponieważ nie ma innej pewności prócz fałszerstwa.

Chciałbym odnaleźć Hermesa Maranę, zaproponować mu spółkę i zalać świat apokryfami. Lecz gdzie przebywa teraz Marana? Czy wrócił do Japonii? Kieruję rozmową tak, by dowiedzieć się czegoś konkretnego. Według Ludmiły, fałszerz, dla rozwinięcia swej działalności, musi się ukrywać tam, gdzie mieszka wielu płodnych powieściopisarzy, tak by mógł zakamuflować swe machinacje włączając je w bogatą produkcję oryginalnego surowca.

– A zatem powrócił do Japonii? – Lecz Ludmiła zdaje się nie wiedzieć o żadnych powiązaniach pomiędzy Japonią a tym człowiekiem. Ukrytą siedzibę wiarołomnego tłumacza umiejscawia zresztą w zupełnie innej części globu. Według niej Hermes zatarł swe ślady w pobliżu Andów. Ludmile zależy tylko na jednym: żeby Marana pozostał jak najdalej. Schroniła się w tych górach, aby mu się wymknąć, teraz, skoro ma pewność, że go już nie spotka, może wrócić do domu.

– Chcesz powiedzieć, że wyjeżdżasz?

– Jutro rano – oznajmia.

Wiadomość ta napawa mnie wielkim smutkiem. Nieoczekiwanie czuję się bardzo samotny.

Rozmawiałem ponownie z obserwatorami latających talerzy. Tym razem to oni przyszli mnie odwiedzić, aby wybadać, czy nie napisałem przypadkiem książki podyktowanej przez istoty pozaziemskie.

– Nie, ale wiem, gdzie można tę książkę odnaleźć – powiedziałem zbliżając się do lunety. Już od pewnego czasu nasuwała mi się myśl, że międzyplanetarną książką mogłaby być ta, którą czyta kobieta na leżaku.

Kobiety nie było na tarasie. Rozczarowany lustrowałem dolinę przez lunetę, gdy oto na krawędzi skały ujrzałem siedzącego mężczyznę w miejskim ubraniu, który wyraźnie szykował się do rozpoczęcia lektury jakiejś książki. Przy tak doskonałym zbiegu okoliczności myśl o interwencji pozaziemskiej nie wydawała mi się niedorzeczna.

– Oto książka, której szukacie – powiedziałem tym chłopcom wskazując lunetę wymierzoną w nieznajomego. Jeden po drugim przytykali oko do wziernika, potem spojrzeli po sobie, podziękowali i wyszli.

Odwiedził mnie Czytelnik, aby przedstawić mi problem, który go nurtuje: znalazł dwa egzemplarze mojej książki W sieci… linii, które na pozór niczym się nie różnią, a faktycznie zawierają dwie różne powieści. Jedną z nich jest opowieść o profesorze, który nie może znieść dźwięku telefonu, drugą historia milionera, który kolekcjonuje kalejdoskopy. Niestety, Czytelnik nie mógł opowiedzieć mi dużo więcej ani pokazać książek, gdyż zanim zdołał ukończyć lekturę, skradziono mu oba egzemplarze – drugi o niecały kilometr stąd.

Był jeszcze wzburzony z powodu tego osobliwego wydarzenia. Powiedział, że przed pojawieniem się u mnie zamierzał się upewnić, czy jestem w domu, a ponadto przeczytać jak najwięcej, aby móc ze mną swobodnie rozmawiać. W pewnej chwili otoczyła go grupa pomyleńców, którzy rzucili się na jego książkę. Nad tym tomem obłąkańcy odprawili zaimprowizowany rytuał: jeden z nich uniósł powieść do góry, a pozostali przyglądali się jej z głębokim nabożeństwem. Nie zważając na protesty Czytelnika, zbiegli do lasu i zabrali z sobą książkę.