Выбрать главу

– Nie będzie łatwo nawiązać z nimi kontakt – mówią dalej ci z Wydziału D – i trzeba uważać, aby nie popełnić błędów i nie dać wyłączyć się z gry. Pomyśleliśmy o tobie, ty pomożesz nam zdobyć zaufanie nowych. Dowiodłeś, że potrafisz działać w fazie likwidacji, poza tym jesteś najmniej powiązany z dawnym kierownictwem. To ty będziesz musiał im się przedstawić, wyjaśnić, czym jest Wydział, jak może być przez nich wykorzystany do zadań niezbywalnie naglących… No sam zobaczysz, jak można najkorzystniej ułożyć całą sytuację…

– No to idę, idę ich poszukać – mówię pospiesznie, bo czuję, że jeśli nie ucieknę teraz, jeśli nie dotrę do Franciszki, aby ją ocalić, za chwilę będzie zbyt późno, pułapka się zatrzaśnie. Oddalam się biegiem, zanim ci z Wydziału D zdołają mnie powstrzymać, zasypać pytaniami, wydać polecenia. Posuwam się po zamarzniętej skorupie, idę Franciszce naprzeciw. Świat został ograniczony do kartki papieru, gdzie udaje się zapisać tylko słowa abstrakcyjne, tak jakby wszystkie konkretne wyrazy uległy wyczerpaniu. Powinno wystarczyć napisanie słowa „słój”, aby można było także napisać słowa „rondel”, „gulasz”, „wyciąg kuchenny”, lecz obrana kategoria stylu na to nie pozwala.

Widzę, jak na gruncie dzielącym mnie od Franciszki powstają rysy, bruzdy, pęknięcia, w każdej chwili moja stopa może wpaść w pułapkę. Powstałe szczeliny rozsuwają się, wkrótce pomiędzy mną a Franciszką otworzy się przepaść, rozewrze się otchłań! Skaczę z jednej krawędzi na drugą, pod sobą nie widzę żadnego dna, dostrzegam tylko pustkę, która prowadzi w dół, w nieskończoność. Biegnę po cząsteczkach świata rozproszonych w próżni. Świat się rozpada… Ci z Wydziału D wołają mnie, rozpaczliwie machają rękami, abym zawrócił, abym nie brnął dalej… Franciszko! Oto ostatni skok i jestem przy tobie!

Jest tutaj, stoi naprzeciw mnie, uśmiechnięta, ze złotą iskierką w oczach, z drobną twarzą zaróżowioną od mrozu. – Ach, to ty! Za każdym razem, kiedy przechodzę Prospektem, spotykam właśnie ciebie! Nie powiesz mi chyba, że spędzasz dni na spacerach! Słuchaj, znam pewną kawiarnię, tuż za rogiem, całą wyłożoną lustrami, z orkiestrą, która gra walca. Czy nie zaprosiłbyś mnie.

XI

Czytelniku, pora już, aby twój kapryśny żeglarski statek zawinął wreszcie do przystani. Jaki port może dać ci pewniejsze schronienie niż obszerna biblioteka? Z pewnością taka biblioteka znajdzie się w mieście, z którego wyruszyłeś i dokąd powróciłeś po odbyciu podróży dokoła świata, w pogoni od jednej książki do drugiej. Pozostaje ci jeszcze nadzieja, że dziesięć powieści, które ulotniły ci się z rąk, zaledwie rozpocząłeś ich lekturę, odnajdzie się w tej bibliotece.

Nareszcie zapowiada się wolny i spokojny dzień. Idziesz do biblioteki, zaglądasz do katalogu i z trudem powstrzymujesz okrzyk radości, a raczej dziesięć okrzyków radości: otóż wszyscy autorzy i wszystkie tytuły, których poszukujesz, znajdują się w katalogu, starannie zapisani.

Wypełniasz rewers i oddajesz go. Informują cię, że do katalogu musiał wkraść się błąd i książki nie sposób odnaleźć, niemniej jednak będą jej szukać. Prosisz o następną – okazuje się, że jest w czytaniu, lecz nie wiadomo, kto ją zamówił ani kiedy. Trzecia, o którą prosisz, jest w introligatorni, wróci za miesiąc. Czwarta znajduje się w skrzydle biblioteki zamkniętym z powodu remontu. Wypełniasz następne rewersy, ale z takiego czy innego powodu żadna z poszukiwanych przez ciebie książek nie jest dostępna.

W czasie kiedy personel prowadzi poszukiwania, ty cierpliwie czekasz przy stole w towarzystwie innych czytelników, którzy mieli więcej szczęścia i teraz siedzą pogrążeni w lekturze swoich tomów. Wyciągasz szyję, patrzysz raz w prawo, raz w lewo, aby zerknąć w cudze książki. Kto wie, czy któryś z nich nie czyta jednej z zamówionych przez ciebie książek.

Spojrzenie czytelnika z naprzeciwka, zamiast spoczywać na otwartej książce, błądzi dokoła. Nie są to jednak rozbiegane oczy, w ruchu niebieskich tęczówek maluje się wyraźne skupienie. Co pewien czas wasze spojrzenia się spotykają. W pewnej chwili on zwraca się do ciebie, czy też raczej mówi jakby w próżnię, chociaż z pewnością zwraca się do ciebie:

– Proszę się nie dziwić, że tak nieustannie błądzę wzrokiem. W istocie taki mam sposób czytania i tylko taka lektura wydaje mi się owocna. Jeśli jakaś książka naprawdę mnie zainteresuje, potrafię prześledzić zaledwie parę linijek, a skoro tylko wyłowię jakąś myśl poddaną przez tekst, jakieś wrażenie, pytanie czy obraz, już wpadam na boczny tor, biegnę wzdłuż linii stycznej, przeskakuję od jednej myśli do drugiej, od obrazu do obrazu, podążam meandrycznym tokiem własnego rozumowania i fantazji, aż do całkowitego ich wyczerpania, a przy tym oddalam się od książki tak bardzo, że tracę ją z oczu. Niezbędny jest mi do tego bodziec lektury, i to mądrej lektury, nawet jeśli udaje mi się przeczytać zaledwie parę stron. Ale już te parę stronic zawiera dla mnie taką mnogość światów, że nie potrafią ich zgłębić.

– Dobrze pana rozumiem – zabiera głos inny czytelnik, unosząc znad kartek swojego tomu woskową twarz o zaczerwienionych oczach – lektura jest procesem nieciągłym i fragmentarycznym. Albo lepiej: przedmiotem lektury jest materia złożona z punktów i z mgławicy pyłu. W rozległej przestrzeni utworu literackiego uważny czytelnik rozróżnia najdrobniejsze człony, zestawienia wyrazów, przenośnie, związki składniowe, kroki logiczne, osobliwości leksykalne, które odznaczają się wyjątkowo stężonym ładunkiem myśli. Są to jakby cząstki elementarne tworzące jądro dzieła, wokół którego obraca się cała reszta. Lub też jest to jakby próżnia wytworzona przez wir, który wsysa i wchłania prądy. Przez te właśnie szczeliny, w zaledwie dostrzegalnych przebłyskach, ujawnia się prawda, którą być może książka zawiera, ujawnia się to, co stanowi w niej istotę rzeczy. Mity i tajemnice utworzone są z ziarenek równie nieuchwytnych jak pyłek na łapkach motyli: tylko ten, kto to pojął, może oczekiwać i objawienia i olśnienia. Dlatego też nie mogę, przeciwnie niż pan, oderwać uwagi od zapisanych linijek nawet na chwilę. Nie mogę się rozpraszać, jeśli nie chcę przeoczyć jakiejś cennej wskazówki. Za każdym razem, kiedy natrafiam na jeden z takich znaczących okruchów, muszę nieustępliwie drążyć dokoła, aby przekonać się. czy znaleziona bryłka nie okaże się zapowiedzią żyły. Dlatego też moja lektura nigdy nie dobiega końca: czytam i wciąż odczytuję ponownie, szukając potwierdzenia każdego nowego odkrycia pomiędzy wierszami.

– Ja również odczuwam potrzebę ponownego przeczytania książek, które już czytałem – mówi trzeci czytelnik – lecz za każdym razem wydaje mi się, że czytam zupełnie nową książkę. Czy to ja podlegam nieustannej przemianie i widzę rzeczy, których przedtem nie dostrzegałem? Czy też lektura jest konstrukcją, której kształt ostateczny zależy od zestawienia wielkiej liczby zmiennych elementów i nie może powtórzyć się dwukrotnie według tego samego schematu? Za każdym razem, kiedy próbuję raz jeszcze odtworzyć emocje poprzedniej lektury, wydobywam wrażenia odmienne i nieoczekiwane, nie odnajduję zaś wrażeń wcześniejszych. Chwilami wydaje mi się, że w kolejnych lekturach dostrzec można pewien postęp, w tym sensie, że w większym stopniu udaje się zgłębić istotę tekstu czy też zwiększyć krytyczny dystans. Innym razem odnoszę wrażenie, że zachowane w pamięci lektury tej samej książki nie przystają do siebie, są entuzjastyczne lub obojętne czy nawet wrogie, rozrzucone w czasie, pozbawione wspólnej perspektywy, pozbawione spajającej więzi. Doszedłem właśnie do wniosku, że lektura jest procesem bezprzedmiotowym albo że prawdziwym jej przedmiotem jest ona sama. Książka jest zaledwie wspierającym filarem czy też jest zwykłym pretekstem.