Выбрать главу

– Macie go już? – zapytał.

– To tylko kwestia czasu – zapewnił go Emerson. – Szukamy go wszędzie. I obserwujemy jego pokój. Zameldował się w starym motelu pod fałszywym nazwiskiem.

– To ciekawe – rzekł Rodin. – To oznacza, że w Metropole też mógł posłużyć się fałszywym nazwiskiem.

– Sprawdzę – powiedział Emerson. – Pokażę jego zdjęcie recepcjoniście.

– Może naprawdę zdołamy go przyskrzynić – powiedział Rodin i rozłączył się, myśląc o dwóch nowych wycinkach z gazet, oprawionych w ramki i wiszących na ścianie jego gabinetu.

Najpierw Barr, a potem Reacher.

***

Reacher opuścił apartament Hutton i zszedł po schodach, zamiast zjechać windą. Na parterze skręcił w przeciwnym kierunku, niż znajdował się hol, i znalazł korytarz wiodący do wyjścia awaryjnego. Pchnął drzwi i przytrzymał je nogą. Wyjął z kieszeni wizytówkę Emersona, przedarł ją wzdłuż na dwie połowy i tę z nazwiskiem złożył cztery razy. Kciukiem wcisnął zatrzask zamka i zaklinował go zwiniętym kartonikiem. Delikat-

nie zamknął drzwi i pchnął, ustawiając równo z futryną. Potem odszedł, mijając śmietnik oraz wejście dla personelu, i skierował się na północ. Na chodnikach było tłoczno, a na ulicach zaczynały się tworzyć korki. Szedł swobodnym krokiem, wykorzystując swój wzrost, aby wypatrywać radiowozów i policjantów. Dzień był wciąż ciepły. Widocznie gdzieś w pobliżu przechodził front atmosferyczny. Wysokie ciśnienie sprawiało, że w powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi i nawozu sztucznego.

Reacher dotarł do estakady i w jej cieniu skręcił na zachód. Autostrada biegła górą, na filarach czterdziestostopowej wysokości. Poniżej były parcele, niektóre niewykorzystane i zaśmiecone, inne ze starymi budynkami z cegieł o ciemnych świetlikach w dachach, jeszcze inne z nowymi barakami z blachy falistej mieszczącymi warsztaty blacharskie i lakiernicze. Minął tyły wieżowca z czarnego szkła i pozostając w cieniu estakady, skręcił na południe. Zamierzał przejść z tyłu biblioteki. Nagle przystanął, przykucnął i pogmerał przy bucie. Jakby wpadł mu kamyk. Zerknął pod ramieniem i zobaczył, że nikt za nim nie idzie. Nie miał ogona.

Ruszył dalej. Po minięciu biblioteki przez czterdzieści jardów nie miał osłony. Plac znajdował się na wschód od niego. Reacher przystanął na moment w miejscu znajdującym się dokładnie poniżej tego, na którym Helen Rodin zaparkowała poprzedniego dnia i z którego James Barr powinien strzelać w piątek. Z miejsca położonego czterdzieści stóp niżej widok był inny, ale geometria ta sama. Reacher zobaczył zwiędnięte kwiaty oparte o południowy murek fontanny. Były niewyraźnymi kolorowymi plamami w oddali. Dalej ujrzał drzwi wydziału komunikacji. Ludzie wychodzili z nich pojedynczo i dwójkami. Spojrzał na zegarek. Za dziesięć piąta.

Dotarł do najdalej wysuniętej na północ przecznicy First Street. Zatoczył szeroki łuk i poszedł jedną przecznicą na południe oraz trzy na wschód, co doprowadziło go do piętrowego parkingu od jego zachodniej strony. Wszedł na rampę i znalazł obiektyw kamery. Ten był krążkiem brudnego szkła przymocowanym do zwykłej czarnej skrzynki, przyśrubowanej

wysoko między dwoma betonowymi dźwigarami. Pomachał do niej. Była umieszczona zbyt wysoko. Powinna znajdować się niżej, na wysokości tablic rejestracyjnych. Jednak wszystkie kolumny były porysowane i poobtłukiwane od ziemi na wysokość metra. I zabarwione tęczą kolorów. Kierowcy są nieostrożni. Zamontowana niżej kamera nie przetrwałaby dwóch im. Może jeszcze mniej.

Wszedł na pierwsze piętro. Zmierzał do północno-wschodniego narożnika. Parking był cichy i spokojny, ale pełny. Stanowisko, z którego korzystał James Barr, było zajęte. Walka o miejsce do parkowania w centrum nie pozwala na sentymenty.

Granicę między starą a nową częścią parkingu znaczyła potrójna barierka z rozpiętej między filarami taśmy. Standardowa żółto-czarna z ostrzeżeniem UWAGA! NIE WCHODZIĆ, a poniżej i powyżej niej niebiesko-biała z nadrukiem NIE PRZEKRACZAĆ BEZ ZGODY POLICJI. Przedramieniem podciągnął wszystkie trzy w górę i przeszedł pod nimi. Nie musiał przyklękać na jedno kolano. Nie musiał niszczyć nogawki nowej pary dżinsów ani zostawiać masy bawełnianych włókien, chociaż był mężczyzną sześć cali wyższym od Barra, a policyjna taśma została rozpięta sześć cali niżej niż ta środkowa, którą napotkał Barr. Dosłownie wychodził z siebie, żeby zostawić wszystkie możliwe ślady.

Reacher wszedł w mrok. Nowa konstrukcja miała w przybliżeniu prostokątny kształt. Jakieś czterdzieści jardów z południa na północ, około dwudziestu ze wschodu na zachód. Co oznaczało, że Reacher dotarł do północno-wschodniego narożnika nowej części po trzydziestu pięciu krokach. Stanął sześć stóp od balustrady i spojrzał na boki. Miał stąd doskonały widok. Nie musiał przyciskać się do kolumny. Nie musiał ocierać się o nią plecami niczym koń tarzający się po łące.

Stał tam i patrzył. Coraz więcej ludzi wychodziło z biur wydziału komunikacji. Drzwi budynku prawie się nie zamykały. Niektórzy przystawali i zapalali papierosy zaraz po wyjściu na zewnątrz. Inni szli na zachód, jedni szybko, drudzy powoli. Wszyscy skręcali, obchodząc północny koniec zbiornika fon-

tanny. Wszyscy omijali miejsce, gdzie zginęły ofiary Barra. Kwiaty i świece działały zniechęcająco. Przypominały. Trudno było odtworzyć scenerię wydarzeń minionego piątku. Było to trudne, ale nie niemożliwe. Reacher obserwował idących i wyobraził sobie, że zmienili trasę i poszli prosto. Powoli weszliby w lejkowate zwężenie. Jednak nie nazbyt wolno. Ponadto przechodziliby blisko. Połączenie średniego tempa marszu z niewielką odległością zwiększało kąt ostrzału. Utrudniało zadanie. Oto podstawowa zasada użytkownika broni długiej. Ptak przelatujący po niebie w odległości stu jardów to łatwy cel. Ten sam ptak, lecący z tą samą prędkością sześć jardów przed tobą to cel wyjątkowo trudny.

Wyobraził sobie łudzi idących z prawej strony na lewą. Zamknął jedno oko, wyciągnął rękę i wycelował palec. Klik-klik-klik, klik-klik-klik. Sześć oddanych strzałów. Cztery sekundy. Szybko. Trudne warunki. Napięcie, odsłonięta pozycja, ryzyko.

Sześć strzałów, w tym jeden celowo chybiony.

Doskonały wynik.

Oni nie zapominają.

Opuścił rękę wzdłuż ciała. W półmroku było chłodno. Zadrżał. Powietrze było lepkie, wilgotne i przesycone zapachem wapna. W Kuwejcie było gorąco. Powietrze falowało, przepojone wonią rozgrzanego kurzu i pustynnego piasku. Reacher stał w budynku parkingu i pocił się. Ulica poniżej była rozpalona do białości. Morderczy skwar. Jak podmuch z hutniczego pieca.

Upał w Kuwejcie.

Cztery strzały tam.

Sześć strzałów tu.

Stał i patrzył na ludzi wychodzących z budynku wydziału komunikacji. Było ich mnóstwo. Dziesięć osób, dwanaście, piętnaście, dwadzieścia. Skręcali, obchodząc fontannę od północy, a potem skręcali ponownie i szli na zachód między zbiornikiem a pawiem NBC. Szli, utrzymując niewielkie odstępy od siebie. Gdyby jednak poszli tamtym zwężeniem, tworzyliby zbity tłum.

Mnóstwo ludzi.

Sześć strzałów w cztery sekundy.

Poszukał wzrokiem kogoś, kto by się nie ruszał. Nie znalazł. Żadnych policjantów czy starców w niedopasowanych garniturach. Odwrócił się i poszedł po swoich śladach. Ponownie uniósł taśmę, przeszedł pod nią i zszedł po rampie. Wyszedł na ulicę i skręcił na zachód, kierując się w cień pod estakadą. Zmierzał do biblioteki.

Przeciął czterdzieści jardów otwartej przestrzeni i ruszył wzdłuż ściany budynku do wejścia. Musiał przejść obok kontuaru recepcji, ale nie przejmował się tym. Jeśli Emerson zaczął rozdawać ulotki, to zacznie od urzędów pocztowych, barów i hoteli. Minie sporo czasu, zanim zacznie wypytywać bibliotekarki.