Выбрать главу

dla ciebie. Na ulicach jest pusto, a ten samochód rzuca się

w oczy. Policja wie, że należy do mnie. Wciąż mnie zatrzymują.

Twierdzą, że przekroczyłam dopuszczalną prędkość, ale tak

naprawdę to chcą zdobyć autograf albo zajrzeć mi w dekolt.

Ponownie użyła telefonu komórkowego i kazała taksówkarzowi wjechać na parking. Potem wysiadła z samochodu, zostawiając włączony silnik.

– Zaparkuj w ciemnym kącie – poradziła. – Tam będziesz bezpieczniejszy, zanim zacznie się poranny ruch.

– Dzięki – odparł Reacher.

– Zrób to zaraz – nalegała. – Twoja twarz była w wiadomościach, które taksówkarz na pewno oglądał. Przynajmniej taką mam nadzieję. Potrzebna mi większa oglądalność.

– Dzięki – powtórzył Reacher.

Yanni odeszła i stanęła przy wyjeździe z parkingu, jakby czekała na autobus. Reacher zajął jej miejsce za kierownicą, wrzucił wsteczny i wycofał samochód w głąb parkingu. Potem wykręcił i zaparkował przodem do muru w odległym kącie. Zgasił silnik i patrzył w lusterko. Pięć minut później zielono-biały crow vic zjechał po pochylni i Ann Yanni usiadła z tyłu. Taksówka zawróciła, wyjechała na ulicę i na parkingu zapadła cisza.

***

Reacher pozostał w mustangu Ann Yanni, ale nie na parkingu pod wieżowcem z czarnego szkła. Byłoby to zbyt ryzykowne. Gdyby Yanni zmieniła zdanie, stanowiłby nieruchomy cel. Mógł sobie wyobrazić, jak ze strachu lub pod wpływem wyrzutów sumienia sięga po telefon i dzwoni do Emersona. On właśnie smacznie sobie śpi w moim samochodzie, stojącym w kącie służbowego parkingu. Jest tam teraz. Dlatego trzy minuty po odjeździe taksówki ponownie zapuścił silnik, opuścił parking i pojechał na ten przy First Street. Tamten też był pusty. Wjechał na pierwsze piętro i zaparkował w tym samym miejscu co James Barr. Nie wrzucił pieniędzy do parkometru. Tylko

wyjął plik map Ann Yanni, zaplanował jutrzejszą trasę, a potem odsunął fotel, odchylił oparcie i zasnął.

***

Obudził się po pięciu godzinach, przed świtem, i pojechał na południe, do Kentucky. Zanim wyjechał poza granicę miasta, widział trzy radiowozy. Jednak policjanci nie zwracali na niego uwagi. Byli zbyt zajęci polowaniem na Jacka Reachera, żeby tracić czas na nękanie urodziwej reporterki.

12

Świt nadszedł, gdy Reacher miał za sobą prawie godzinę jazdy. Niebo zmieniło kolor z czarnego przez szary do purpurowego, a potem zza horyzontu wyłoniło się pomarańczowe słońce. Zgasił światła. Nie chciał jeździć w dzień z zapalonymi światłami. Czysto instynktowne zachowanie, gdy na poboczach koczuje drogówka. Jazda na światłach w biały dzień sugeruje rozmaite rzeczy, na przykład pospieszną nocną ucieczkę przed kłopotami. Mustang był wystarczająco prowokacyjnym wozem. Głośny i agresywny, w dodatku jeden z najczęściej kradzionych modeli.

Jednak ci policjanci, których widział po drodze, nie ruszali się z pobocza. Jadąc z niebudzącą żadnych podejrzeń prędkością siedemdziesięciu mil na godzinę, nacisnął klawisz odtwarzacza płyt kompaktowych. Natychmiast z głośników popłynął utwór ze średniego okresu kariery Sheryl Crow, co wcale mu nie przeszkadzało. Nie wyłączył odtwarzacza. „Każdy dzień jest krętą drogą”, powiedziała mu Sheryl. Wiem, pomyślał. Nie musisz mi mówić.

***

Przejechał przez rzekę Ohio po długim żelaznym moście, mając słońce nisko po lewej. Przez moment zmieniło leniwy nurt w strumień płynnego złota. Odbijające się od wody słońce rozjaśniło wnętrze samochodu. Kratownice mostu migały za

oknem niczym w świetle stroboskopowym. Rozpraszały uwagę. Zamknął jedno oko i mrużąc drugie, wjechał do Kentucky.

Lokalną drogą pojechał na południe, wypatrując rzeki Black-ford. Według map Ann Yanni był to dopływ Ohio, płynący z południowego wschodu na północny zachód. W pobliżu źródeł tworzył niemal idealnie równoboczny trójkąt z dwiema trzy-milowymi wiejskimi drogami. I według zdobytych przez Helen Rodin informacji ulubiona strzelnica Jamesa Barra znajdowała się gdzieś w tym trójkącie.

Okazało się, że strzelnica to cały ten trójkąt. Po przejechaniu trzech mil Reacher zobaczył po lewej stronie szosy płot z siatki, który pojawił się zaraz za mostem nad Blackford. Ogrodzenie ciągnęło się aż do następnego skrzyżowania i na co czwartym słupku miało tablice z napisem WSTĘP WZBRONIONY STRZELNICA. Potem skręcało pod kątem sześćdziesięciu stopni i biegło jeszcze trzy mile na północ i na wschód. Reacher pojechał wzdłuż płotu i w miejscu, gdzie znów spotykał się z Blackford, znalazł bramę, żwirowy parking oraz kilka niskich chat. Brama była zamknięta na kłódkę. Wisiała na niej ręcznie namalowana tabliczka: Otwarte od 8.00 do zmroku.

Spojrzał na zegarek. Był pół godziny za wcześnie. Po drugiej stronie szosy stał przydrożny bar z blachy aluminiowej. Podjechał tam i zaparkował mustanga przed wejściem. Był głodny. Stek zjedzony w Marriotcie wydawał się odległą przeszłością.

***

Powoli zjadł obfite śniadanie przy stoliku pod oknem, obserwując, co się dzieje po drugiej stronie drogi. O ósmej stały tam już trzy pick-upy, czekające na otwarcie strzelnicy. Pięć po ósmej pojawił się facet w czarnym humwee, na migi przeprosił za spóźnienie i otworzył bramę. Odsunął się na bok i wpuścił klientów. Potem wsiadł z powrotem do swojego humwee i pojechał za nimi. Powtórzył tę samą pantomimę przy drzwiach największej chaty, a potem wszyscy czterej zniknęli w środku. Reacher zamówił następną filiżankę kawy. Postanowił dać facetowi czas na uporanie się z rannym nawałem klientów

i pójść tam później, kiedy będzie mógł rozmawiać. Ponadto kawa była dobra. Zbyt dobra, żeby poprzestać na jednej. Świeżo parzona, gorąca i bardzo mocna.

O ósmej dwadzieścia usłyszał pierwsze strzały. Głuche wibrujące dźwięki, pozbawione siły i wyrazistości przez odległość, wiatr oraz obwałowania. Ocenił, że strzelający znajdują się około dwustu jardów od baru i strzelają na zachód. Strzały padały w długich i równych odstępach – tak strzelają dobrzy strzelcy, celujący w środkowe kręgi tarczy. Potem usłyszał szereg cichszych puknięć z broni krótkiej. Przez chwilę nasłuchiwał tych znajomych dźwięków, a potem zostawił dwa dolary na stole i zapłacił dwunastodolarowy rachunek przy kasie. Wyszedł, wsiadł do mustanga, wyjechał z parkingu i skierował wóz prosto w otwartą bramę strzelnicy.

Zastał faceta z humwee w największej chacie, za sięgającym do pasa kontuarem. Z bliska wyglądał na starszego niż z daleka. Po pięćdziesiątce, przed sześćdziesiątką, rzadkie siwe włosy, zmarszczki, ale trzymał się prosto jakby kij połknął. Miał opalony byczy kark i oczy zdradzające, że był podoficerem piechoty morskiej, gdyby ktoś nie zauważył tatuaży na przedramionach i pamiątek na ścianie za jego plecami. Tatuaże były stare i wyblakłe, a na pamiątki składały się głównie proporczyki i naszywki. Jednak centralnym punktem tej wystawy była pożółkła papierowa tarcza, oprawiona w ramki i chroniona szybą. Pięć skupionych otworów po kulach kalibru.300 w środkowym kręgu i szósty nieco z boku.

– Pomóc w czymś? – zapytał facet.

Spoglądał przez ramię Reachera na stojącego przed chatą mustanga.

– Przybyłem, żeby rozwiązać wszystkie pańskie problemy – powiedział Reacher.

– Naprawdę?

– Nie, wcale nie. Chcę tylko zadać panu kilka pytań.

Facet zawahał się.

– O Jamesa Barra?

– Zgadł pan.

– Nie.