Выбрать главу

– Wjedź na szosę numer cztery i kieruj się na zachód.

Skręciłem w prawo i dostałem się na autostradę. Spojrzałem w lusterko, sprawdzając, czy ktoś mnie śledzi. Trudno powiedzieć.

Mechaniczny głos rzekł: – Zobaczysz mały pawilon handlowy.

– Tu jest milion małych pawilonów handlowych.

– Ten jest po prawej, obok sklepu z wózkami dla dzieci. Naprzeciw wyjazdu na Paramus Road.

Ujrzałem go.

– W porządku.

– Skieruj się tam. Po lewej zobaczysz podjazd. Przejedź na tył budynku i zgaś silnik. Przygotuj pieniądze.

Natychmiast zrozumiałem, dlaczego porywacz wybrał to miejsce. Był tu tylko jeden wjazd. Wszystkie pawilony były do wynajęcia, oprócz tego z wózkami dla dzieci. A ten znajdował się daleko.

Innymi słowy, to miejsce było jednocześnie odludne i położone tuż przy autostradzie. Nikt nie mógł tu niepostrzeżenie podjechać, a nawet zwolnić. Miałem nadzieję, że federalni to rozumieją.

Kiedy dotarłem na tył budynku, zobaczyłem mężczyznę stojącego przy furgonetce. Miał na sobie flanelową koszulę w czerwono- czarną kratę, czarne dżinsy, ciemne okulary i czapeczkę baseballową z emblematem drużyny Yankee. Usiłowałem dostrzec jakieś znaki szczególne, ale przychodziło mi na myśl tylko jedno słowo: przeciętny. Przeciętnego wzrostu, przeciętnej budowy ciała. Tylko jego nos rzucał się w oczy. Nawet z daleka widziałem, że był zniekształcony jak u byłego boksera. Tylko czy był prawdziwy, czy też sztuczny? Nie potrafiłem orzec.

Przyjrzałem się furgonetce. Nosiła napis „B amp; T Electricians” z Ridgewood w stanie New Jersey. Żadnego numeru telefonu czy adresu. Tablica rejestracyjna z New Jersey. Zapamiętałem numer.

Mężczyzna podniósł do ust komórkę, jakby mówił do krótkofalówki.

Usłyszałem mechaniczny głos.

– Zaraz podejdę. Podaj mi pieniądze przez okno. Nie wysiadaj z samochodu. Nie odzywaj się do mnie. Kiedy bezpiecznie odjedziemy z pieniędzmi, zadzwonię do ciebie i powiem ci, gdzie znajdziesz córkę. Mężczyzna w czerwono-czarnej flanelowej koszuli opuścił rękę, w której trzymał telefon, i ruszył ku mnie. Koszulę wypuścił na spodnie. Czy miał broń? Nie potrafiłem powiedzieć.

Nawet gdyby miał, co mogłem teraz zrobić? Nacisnąłem przycisk otwierający okno. Szyba nie drgnęła. Powinienem przekręcić kluczyk w stacyjce. Mężczyzna się zbliżał. Czapeczkę naciągnął na czoło, tak że jej daszek dotykał górnej krawędzi okularów.

Przekręciłem kluczyk. Światełka na desce rozdzielczej się zapaliły. Ponownie nacisnąłem przycisk, opuszczając szybę. Po raz kolejny spróbowałem dostrzec jakieś charakterystyczne cechy wyglądu porywacza. Szedł nieco chwiejnie, jakby wypił drinka lub dwa, ale nie wyglądał na zdenerwowanego. Policzki miał nieogolone, a zarost nieregularny. Brudne ręce. Czarne dżinsy rozdarte na prawym kolanie. Jego sportowe buty – kupione w sklepie Converse i sięgające za kostkę – pamiętały lepsze czasy.

Kiedy mężczyzna był zaledwie dwa kroki od mojego samochodu, wystawiłem torbę za okno i czekałem w napięciu. Wstrzymałem oddech. Nie zatrzymując się, mężczyzna chwycił torbę i zawrócił do furgonetki. Przyspieszył kroku. Tylne drzwiczki otworzyły się, wskoczył do środka, a drzwi natychmiast zamknęły się za nim, jakby furgonetka połknęła go żywcem. Kierowca włączył silnik.

Furgonetka ruszyła i dopiero teraz zauważyłem tylną bramę prowadzącą na boczną drogę. Furgonetka pomknęła nią i znikła.

Zostałem sam.

Nie ruszałem się z miejsca, czekając, aż zadzwoni telefon. Serce waliło mi jak młotem. Koszulę miałem mokrą od potu. Żaden inny samochód nie zajechał na podjazd. Nawierzchnia była popękana. Z pojemnika na śmieci wystawały kartonowe pudła. Na ziemi walały się potłuczone butelki po piwie. Nie odrywałem od nich oczu, usiłując odczytać słowa na wyblakłych etykietach. Minęło piętnaście minut.

Wciąż wyobrażałem sobie, jak odzyskuję córkę, jak znajduję ją, podnoszę, tulę i uspokajam łagodnymi słowami. Telefon komórkowy.

Telefon komórkowy powinien zadzwonić. To było częścią tego, co sobie wyobrażałem. Dzwoni telefon, mechaniczny głos podaje mi wskazówki. Pierwszy i drugi z punktów tego scenariusza. Dlaczego ten przeklęty telefon nie dzwoni? Buick le sabre wjechał na parking i zatrzymał się z dala ode mnie. Nie rozpoznałem kierowcy, ale obok niego siedział Tickner. Nasze spojrzenia się spotkały. Próbowałem coś wyczytać z jego wyrazu twarzy, ale wciąż demonstrował obojętność. Znów wpatrzyłem się w telefon komórkowy, bojąc się oderwać od niego wzrok. I znowu słyszałem tykanie, teraz powolne i dudniące. Upłynęło jeszcze dziesięć minut, zanim telefon niechętnie wydał z siebie cichutki pisk. Przycisnąłem go do ucha, zanim jeszcze dźwięk zdołał rozejść się wokół.

– Halo? – powiedziałem.

Nic.

Tickner uważnie mnie obserwował. Lekko skinął mi głową, nie wiadomo dlaczego. Jego kierowca wciąż trzymał obie dłonie na kierownicy, na dziesiątej i drugiej godzinie. – Halo? – spróbowałem ponownie.

Mechaniczny głos powiedział:

– Ostrzegałem cię, żebyś nie zawiadamiał glin.

Krew zmieniła mi się w lód.

– Nie będzie drugiej szansy. A potem telefon zamilkł.

Nie było ucieczki.

4

Chciałem zapomnieć o wszystkim i znów leżeć nieprzytomny w szpitalu. Chciałem, żeby znowu podano mi ten środek znieczulający w kroplówce. Miałem wrażenie, że zdarto ze mnie skórę. Jakby zostały odsłonięte. Odczuwałem wszystko z bolesną intensywnością.

Byłem przerażony i bezradny. Strach zamknął mnie w izolatce, a bezsilność – ta straszna świadomość, że zawiodłem i nic nie mogę zrobić, żeby pomóc mojemu dziecku – wpakowała mnie w kaftan bezpieczeństwa i zgasiła światło. Być może zaczynałem powoli tracić zmysły. Dni płynęły powoli w gęstej jak syrop mgle.

Przeważnie tkwiłem przy telefonie – a właściwie kilku telefonach.

Domowym, komórkowym i aparacie przysłanym mi przez porywacza.

Kupiłem do niego ładowarkę, żeby komórka nadal działała.

Siedziałem na kanapie. Telefony miałem pod ręką. Próbowałem nie patrzeć na nie cały czas, a nawet oglądać telewizję, gdyż pamiętałem stare powiedzenie o czajniku, w którym woda nigdy się nie zagotuje. Mimo to wciąż zerkałem na te przeklęte telefony, jakbym obawiał się, że jakimś cudem znikną, siłą woli usiłując zmusić je do dzwonienia. Ponownie próbowałem wykorzystać tę nadprzyrodzoną więź między ojcem a córką, tę, która przedtem kazała mi wierzyć, że Tara nadal żyje. Wydawało mi się, że wciąż wyczuwam jej puls (a przynajmniej tak sobie wmawiałem), lecz teraz znacznie słabszy.

„Nie będzie drugiej szansy”.

Moje poczucie winy pogłębiał fakt, że zeszłej nocy śniłem nie o Monice, lecz o innej kobiecie – mojej dawnej miłości, Rachel. Był to jeden z tych przedziwnych snów, w których przenosisz się do zupełnie innego i nierealnego świata, a mimo to przyjmujesz tę wizję bez zastrzeżeń. Rachel i ja pozostaliśmy razem. Nigdy nie zerwaliśmy ze sobą, a mimo to byliśmy rozdzieleni przez ten cały okres. Ja miałem trzydzieści cztery lata, lecz ona nie postarzała się od tamtego dnia, kiedy mnie opuściła. W tym śnie Tara wciąż była moją córką – i wcale nie została porwana – lecz w jakiś sposób była również dzieckiem Rachel, choć ona nie była jej matką. Na pewno miewacie takie sny. Wszystko w nich jest bez sensu, a jednak nie kwestionujecie tego, co widzicie. Kiedy się obudziłem, sen rozwiał się jak dym, jak to zwykle bywa z takimi snami. Pozostał mi tylko niepokój i niespodziewanie silna tęsknota. Moja matka za bardzo przy mnie skakała. Właśnie postawiła przede mną następną tacę zjedzeniem. Zignorowałem je, a mama po raz tysięczny powtórzyła swoją mantrę: – Musisz zachować siłę, dla Tary.