Выбрать главу

Ta wersja wygląda mniej więcej tak. Po pierwsze, mąż ofiary zawsze jest podejrzanym numer jeden. Po drugie, nadal nie znaleziono mojego Smitha amp; Wessona kaliber trzydzieści osiem.

Wciąż pytają mnie, gdzie się podziała broń. Chciałbym to wiedzieć. Po trzecie, nie chciałem tego dziecka. Ciąża Moniki zmusiła mnie do zawarcia małżeństwa. Uważają, że mają dowody na to, iż zamierzałem się rozwieść (owszem, zastanawiałem się nad tym), i zaplanowałem to wszystko, od początku do końca.

Zaprosiłem siostrę do naszego domu i poprosiłem o pomoc, żeby później zrzucić na nią całą winę. Ukryłem gdzieś pieniądze.

Zabiłem moją córkę i zakopałem jej ciało. Okropne, owszem, ale już mnie to nie irytuje. Nie mam siły się złościć. Nie wiem, czy mam siłę dalej żyć. Oczywiście, główną słabością tej ostatniej teorii jest wyjaśnienie, dlaczego zabójca pozostawił mnie, żebym się wykrwawił. I czy to ja zabiłem Stacy? Czy to ona strzeliła do mnie? A może – i tu policja nabierała wiatru w żagle – mamy do czynienia z jeszcze inną możliwością, będącą połączeniem tych dwóch różnych teorii? Niektórzy wierzą, że rzeczywiście ja zaplanowałem to wszystko, ale miałem jeszcze innego wspólnika oprócz Stacy. To on zabił moją siostrę, może wbrew mojej woli, a może realizując błyskotliwy plan, który miał odwrócić ode mnie podejrzenia albo pomścić postrzał. Albo coś w tym stylu.

Wałkowali to bez końca.

W rezultacie, pomijając wszystkie te bzdury, ani oni, ani ja nie dysponowaliśmy niczym konkretnym. Nie odkryliśmy, gdzie są pieniądze. I kim są sprawcy. Ani jakie były ich motywy. A co najważniejsze, nie natrafiliśmy na ciało.

Tak wyglądała sytuacja półtora roku po porwaniu. Formalnie śledztwo nie zostało zamknięte, ale Regan i Tickner zajęli się innymi sprawami. Już od prawie sześciu miesięcy nie otrzymałem od nich żadnych wiadomości. Media wałkowały sprawę przez kilka tygodni, lecz nie znajdując nowej pożywki i one zajęły się smakowitszymi historiami. Dunkin' Donuts Munchkins zostały zjedzone. Wszyscy ruszyli w kierunku parkingu, zastawionego rodzinnymi samochodami. Po meczu my, trenerzy, zabieraliśmy nadzieje piłki nożnej do lodziarni Schraffta, co było tradycją naszego miasteczka. Każdy trener każdej drużyny i w każdej grupie wiekowej przestrzegał tego zwyczaju. Lokal był zapchany. W taki zimny jesienny dzień nie ma to jak kilka gałek lodów, które zmrożą cię do szpiku kości. Stałem, trzymając w ręku kubek lodów rozglądając się wokół. Dzieci i ich ojcowie. Zaczynałem mieć tego dość. Spojrzałem na zegarek. I tak już na mnie czas. Napotkałem spojrzenie Lenny'ego i dałem mu znak, że wychodzę. Bezgłośnie powiedział „testament”. Na wypadek gdybym nie załapał, udał, że coś podpisuje. Machnąłem ręką na znak, że rozumiem. Wsiadłem do samochodu i włączyłem radio. Nie ruszyłem z miejsca i przez długą chwilę obserwowałem rozbawione rodziny. Głównie przyglądałem się ojcom. Chłonąłem ich reakcje na tę prozę życia, wypatrując cienia wątpliwości, odrobiny zniechęcenia, co byłoby dla mnie pociechą.

Nie znalazłem. Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Pewnie nie dłużej niż dziesięć minut. Z radia popłynął stary przebój Jamesa Taylora. Przywrócił mnie do rzeczywistości. Uśmiechnąłem się, zapuściłem silnik i pojechałem do szpitala. Godzinę później myłem się do operacji na ośmioletnim chłopcu, który miał – używając terminologii laików i zawodowców – zdeformowaną twarz.

Towarzyszyła mi Zia Lacroux.

Sam nie wiem, dlaczego wybrałem chirurgię plastyczną. Nie z powołania ani z chęci zysku czy pragnienia pomagania bliźnim.

Wprawdzie od początku bardzo chciałem zostać chirurgiem, ale swoją przyszłość widziałem raczej w kardiochirurgu. Kiedy odrabiałem drugi rok stażu, opiekujący się stażystami chirurg kardiolog był – nie ma lepszego określenia – parszywym kutasem.

Natomiast ordynator oddziału chirurgii plastycznej, Liam Reese, był niezrównany. Doktor Reese był nie tylko przystojny, ale ponadto posiadał godną pozazdroszczenia spokojną pewność siebie i wewnętrzne ciepło, które zjednywało mu powszechną sympatię. Po prostu chciałeś sprawić mu przyjemność. Chciałeś być taki jak on.

Doktor Reese stał się moim mentorem. Udowodnił mi, że chirurgia plastyczna może być twórczym, zbawiennym procesem, zmuszającym do poszukiwania nowych sposobów odtwarzania tego, co zostało zniszczone. Kości twarzy i czaszki są najbardziej złożonymi częściami ludzkiego układu kostnego. My, którzy je naprawiamy, jesteśmy artystami. Muzykami jazzowymi. Jeśli rozmawiasz z chirurgami specjalizującymi się w ortopedii lub torakochirurgii, ci mogą bardzo dokładnie opisać procedury postępowania w konkretnych przypadkach. W naszej pracy nie ma dwóch identycznych przypadków. Musimy improwizować. Tego nauczył mnie doktor Reese.

Odwołał się do drzemiącego we mnie technomaniaka, opowiadając o mikro-chirurgii, implantach kostnych i syntetycznej skórze.

Pamiętam wizytę w jego domu w Scarsdale. Jego żona była długonoga i piękna. Córka była najlepszą uczennicą w szkole. Syn był kapitanem szkolnej drużyny baseballowej i najmilszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. W wieku czterdziestu dziewięciu lat doktor Reese zginął w wypadku samochodowym na autostradzie sześćset osiemdziesiąt cztery, jadąc do Connecticut. Ktoś mógłby uznać to za ironię losu, ale tym kimś nie byłbym ja. Po odbyciu stażu wyjechałem za granicę, na roczną specjalizację z chirurgii jamy ustnej. Nie twierdzę, że z pobudek charytatywnych. Złożyłem podanie, ponieważ uznałem, że to doskonała okazja. Miałem nadzieję, że ten wyjazd będzie czymś w rodzaju przyjemnej wycieczki. Nie był. Od początku wszystko poszło nie tak. W Sierra Leone zaskoczyła nas wojna domowa.

Operowałem tak okropne i straszliwe rany, że wprost trudno było uwierzyć, że człowiek jest w stanie znaleźć w sobie tyle okrucieństwa, by je zadać. Jednak nawet w najgorszych chwilach czułem uniesienie. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Jak już mówiłem, ta praca mnie rajcuje. Być może częściowo jest to spowodowane satysfakcją płynącą z chęci pomagania ludziom w potrzebie. A może ta praca pociąga mnie w taki sam sposób, w jaki niektórzy czują potrzebę uprawiania sportów ekstremalnych: muszą ryzykować życie, by poczuć, że żyją. Kiedy wróciłem, założyliśmy z Zią fundację One World i zabraliśmy się do roboty. Uwielbiam tę pracę. Może jest podobna do któregoś ze sportów ekstremalnych, ale ma również – wybaczcie porównanie – ludzką twarz. I lubię ją.