Выбрать главу

– Chcieli zyskać na czasie – powiedziałem.

– Właśnie. Tak jak sądziliśmy. Zastawiali na nas pułapkę pod twoim domem. Jednak zastanów się chwilkę. Podejrzewamy, że ktoś z policji ostrzegł ich o nadajniku, prawda?

– A więc?

– Nikt nie wiedział o tym nadajniku, dopóki byłeś w szpitalu. Co oznacza, że przynajmniej przez pierwszą część tej podróży nie mieli pojęcia, że ich namierzam.

Nie wiedziałem, czy nadążam, ale powiedziałem:

– Racja.

– Czy płacisz rachunki telefoniczne przez telefon? – zapytała.

Na moment zaskoczyła mnie tą nagłą zmianą tematu.

– Tak – potwierdziłem.

– A więc masz możliwość ich sprawdzania, prawda? Łączysz się, wprowadzasz swój kod i możesz obejrzeć wykaz swoich rozmów. Zapewne możesz również odszukać abonenta każdego numeru, na jaki dzwoniłeś.

Skinąłem głową. Tak było.

– No cóż, sprawdziłam ostatni rachunek telefoniczny Denise Vanech. – Podniosła rękę. – Nie zastanawiaj się jak. To również było łatwe. Harold zapewne mógłby złamać zabezpieczenia, gdyby miał czas, ale łatwiej użyć swoich kontaktów lub kogoś przekupić.

Teraz, kiedy rachunki płaci się przez Internet, jest to łatwiejsze niż kiedyś. – Harold przesłał ci e-mailem jej biling?

– Taak. No cóż, pani Vanech wykonuje wiele telefonów.

Dlatego to tak długo trwało. Musieliśmy je posortować, odnaleźć nazwiska i adresy.

– I rzuciło ci się w oczy jakieś nazwisko?

– Nie, adres. Chciałam sprawdzić, czy dzwoniła do kogoś, kto mieszka na trasie przejazdu porywaczy.

Teraz zrozumiałem o co jej chodziło.

– I zakładam, że znalazłaś?

– Zrobiłam coś więcej. Pamiętasz, jak przystanęli przy biurowcu MetroVista?

– Jasne.

– W ciągu sześciu minionych miesięcy Denise Vanech sześciokrotnie dzwoniła do kancelarii prawniczej Stevena Bacarda.

– Rachel wskazała gwiazdkę, którą narysowała na mapie. – W budynku MetroVista.

– Adwokat?

– Harold ma sprawdzić, co uda mu się wyszukać, ale ponownie użyłam google'a. Nazwisko Stevena Bacarda często się tam pojawia.

– W jakim kontekście?

Rachel znów się uśmiechnęła.

– Specjalizuje się w adopcji.

– Dobry Boże – powiedział Verne.

Usiadłem wygodnie i próbowałem to wszystko przetrawić. Gdzieś migotało mi ostrzegawczo alarmowe światełko, ale nie miałem pojęcia dlaczego. Katarina wróciła do stołu. Verne powiedział jej, co odkryliśmy. Byliśmy coraz bliżej. Wiedziałem o tym. Mimo to czułem dziwny niepokój. Zadzwoniła moja komórka – a raczej powinienem powiedzieć komórka Zii.

Spojrzałem na numer dzwoniącego. Lenny. Zastanawiałem się, czy odbierać, pamiętając, co powiedziała mi Zia. Lenny jednak na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że mogą nas podsłuchiwać.

Przecież to on ostrzegł Zię. Nacisnąłem guzik połączenia.

– Pozwól mi mówić – zaczął Lenny, zanim zdążyłem powiedzieć „halo”. – Na wypadek, gdyby ten telefon był na podsłuchu, to będzie rozmowa między klientem i jego adwokatem.

Jej treść jest chroniona tajemnicą. Marc, nie mów mi, gdzie jesteś. Nie mów mi niczego, co zmusiłoby mnie do kłamstwa.

Rozumiesz?

– Tak.

– Natrafiłeś na gniazdo os? – zapytał.

– Nie tych, których szukaliśmy. Przynajmniej na razie.

Jednak zbliżamy się.

– Mogę jakoś pomóc?

– Nie sądzę. – I natychmiast dodałem: – Zaczekaj.

Przypomniałem sobie, że to Lenny'ego wzywano, kiedy aresztowano moją siostrę. On zajmował się jej sprawami. Ufała mu.

– Czy Stacy wspominała ci coś o adopcji?

– Nie nadążam.

– Czy mówiła kiedyś o oddawaniu dziecka do adopcji albo w jakikolwiek inny sposób nawiązywała do tego tematu?

– Nie. Czy to ma jakiś związek z porwaniem?

– Możliwe.

– Niczego takiego nie pamiętam. Posłuchaj, mogą nas podsłuchiwać, więc powiem ci, dlaczego dzwonię. Pod twoim domem znaleźli trupa – faceta z dwiema kulami w głowie. – Lenny zdawał sobie sprawę z tego, że ja o tym wiem. Zakładałem, że mówił to na użytek tych, którzy mogli nas podsłuchiwać. – Jeszcze go nie zidentyfikowali, ale na podwórku Christie znaleźli broń, z której go zastrzelono.

To też mnie nie zdziwiło. Rachel przewidziała, że podrzucą broń.

– Rzecz w tym, Marc, że narzędziem zbrodni była ta sama broń, która zaginęła po strzelaninie w twoim domu. Już przeprowadzili badania balistyczne. Do ciebie i Moniki strzelano z dwóch różnych rodzajów broni, pamiętasz?

– Tak.

– No cóż, ten rewolwer – twój rewolwer – był jednym z tych dwóch, których użyto tamtego ranka.

Na moment zamknąłem oczy. Rachel bezgłośnie powiedziała „Co?”

– Lepiej już skończę – rzekł Lenny. – Jeśli chcesz, sprawdzę to ze Stacy i adopcją. Zobaczę, co uda mi się znaleźć. – Dzięki.

– Trzymaj się.

Rozłączyłem się. Odwróciłem się do Rachel i powiedziałem jej o znalezionej broni i wynikach prób balistycznych. Odchyliła głowę i przygryzła dolną wargę – następny zwyczaj znany mi z naszych dawnych randek. – To oznacza – powiedziała – że Pavel i jego wspólnicy byli zamieszani w pierwszy napad.

– A wątpiłaś w to?

– Cztery godziny temu podejrzewaliśmy, że to wszystko lipa, pamiętasz? Sądziliśmy, że ci ludzie mogli poznać dość faktów, by udawać, iż mają Tarę i wyciągnąć trochę pieniędzy od twojego teścia. Teraz znamy prawdę. Ci ludzie byli tamtego ranka w twoim domu. Brali udział w porwaniu Tary.

To miało sens, ale coś mi się nie zgadzało.

– Dokąd teraz jedziemy? – zapytałem.

– Logicznym krokiem byłaby wizyta u tego prawnika, Stevena Bacarda – powiedziała Rachel. – Rzecz w tym, że nie wiemy, czy jest ich szefem, czy tylko jednym z wykonawców.

Równie dobrze Denise Vanech może być mózgiem operacji, a on jej podwładnym. Albo oboje mogą pracować dla kogoś innego. Jeśli po prostu wpadniemy do jego biura, Bacard wszystkiemu zaprzeczy. To prawnik. Jest zbyt sprytny, żeby z nami rozmawiać.

– No, to co proponujesz?

– Sama nie wiem. Może czas wezwać federalnych. Może oni mogliby go przycisnąć.

Pokręciłem głową.

– To za długo potrwa.

– Możemy ich skłonić do szybkiego działania.

– Zakładając, że nam uwierzą, co jest mało prawdopodobne, jak szybkiego?

– Nie wiem, Marc.

Nie podobało mi się to.

– Załóżmy, że ta Denise Vanech nabrała podejrzeń. Załóżmy, że Tatiana przestraszy się i zadzwoni do niej ponownie. Albo że porywacze naprawdę mają swojego informatora. Zbyt wiele słabych punktów, Rachel.

– Co więc twoim zdaniem powinniśmy zrobić?

– Uderzyć z dwóch stron – powiedziałem bez zastanowienia.

Mieliśmy problem. Nagle znalazłem rozwiązanie.

– Ty zajmiesz się Denise Vanech. Ja Stevenem Bacardem.

Skoordynujemy działania tak, żeby uderzyć jednocześnie.

– Marc, to prawnik. Nic ci nie powie.

Spojrzała na mnie. Zobaczyła to w moich oczach. Verne wyprostował się i cicho zagwizdał. – Chcesz mu grozić? – zapytała Rachel.

– Mówimy o życiu mojego dziecka.

– Mówisz o braniu sprawiedliwości we własne ręce. – I zaraz dodała: – Znowu.

– Tak?

– Niedawno groziłeś bronią nieletniej.

– Chciałem ją tylko przestraszyć. Nigdy bym jej nie skrzywdził.

– Prawo…

– Prawo nie było w stanie pomóc mojej córce – warknąłem, powstrzymując gniew. Kątem oka zobaczyłem, że Verne kiwa głową.