Wychodzi dwadzieścia minut przed czasem, bo uważa, że dobrze jest być trochę wcześniej; nie ma pojęcia, że niedługo po jej wyjściu w domu rozdzwonił się telefon.
Joan czuje, jak idealny stożek spokoju, którym się otoczyła, pęka w chwili, gdy widzi biegnącą ku niej Millie Epstein. Kobieta jest wyraźnie poruszona.
– Powiedz mi, że Mariah jest w toalecie – mówi Joan niespokojnie.
– W szpitalu. Dzwoniłam do ciebie.
– Co?!
– To nie tak, jak myślisz – wyjaśnia Millie. – Chodzi o Faith. Jest bardzo chora i Mariah nie chce jej zostawić.
– Cholera – mruczy Joan, podczas gdy do stołu powoda podchodzą Malcolm Metz, Colin i młoda prawniczka.
– Joan – mówi sympatycznym tonem Metz. – Mam zagadkę dla ciebie: Jaka jest różnica między prawnikiem a sumem?
– Nie teraz. – Joan mgliście uświadamia sobie, że widownia sądu, zwykle pusta w czasie rozpraw o przyznanie opieki, jest zatłoczona do granic możliwości dziennikarzami.
– Jeden żywi się ścierwem i żyje na dnie – mówi ze śmiechem Metz – a drugi to ryba.
– Mów za siebie – odpowiada Joan, wyjmując z aktówki papiery.
– Proszę wstać, sąd idzie.
Joan wstaje, unosząc w ostatnim momencie wzrok. Sędzia Rothbottam kartkuje dokumenty na biurku, po czym patrzy na adwokatów.
– Pani Standish, czegoś pani brakuje?
– Mojej klientki, wysoki sądzie. Mogę podejść? Rothbottam wzdycha.
– Wiedziałem, że ta sprawa nie będzie łatwa. Proszę.
Metz przyłącza się do Joan, minę ma jak kot, który połknął kanarka.
– Wysoki sądzie – mówi Joan – to nagła sprawa. Córka mojej klientki znalazła się wczoraj wieczorem w szpitalu i moja klientka nie chce odejść od jej łóżka. Proszę o odroczenie sprawy do czasu wypisania dziewczynki do domu.
– W szpitalu? – Rothbottam szuka potwierdzenia u Metza, który wzrusza ramionami. – Czy ona umiera?
– Nie przypuszczam – odpowiada Joan. – Jak rozumiem, Faith cierpi na niewytłumaczalny medycznie krwotok.
– Tak zwane stygmaty – wtrąca Metz.
– Lekarze jeszcze nie doszli do takiego wniosku – rzuca gniewnie Joan.
Rothbottam patrzy na nich gniewnie.
– Jeśli będę potrzebował tłumacza, panie Metz, do pana pierwszego się zwrócę. Pani Standish, rozumiem, że dziewczynka jest w ciężkim stanie?
– Tak… tak myślę, wysoki sądzie.
– Rozumiem. Jednakże ojcu dziecka udało się przyjść do sądu; oczekuję, że matka zrobi to samo. I proszę nie myśleć, że nie potrafię przejrzeć tej sztuczki z „aniołem miłosierdzia”. Mój kalendarz aż do Bożego Narodzenia jest koszmarnie zapełniony. Odrzucam wniosek o odroczenie. Ma pani dwadzieścia minut na przekonanie klientki, żeby przyszła do sądu, w przeciwnym razie wyślę po nią szeryfa, który doprowadzi ją w kajdankach. Rozprawa zostanie wznowiona o wpół do jedenastej.
– Zanim moja koleżanka pójdzie po powódkę, wysoki sądzie – wtrąca Metz – potrzebny mi nakaz sądowy.
– Doprawdy? – odpowiada sędzia sucho.
– Wysoki sądzie, czas jest tutaj absolutnie istotny, dlatego potrzebny mi nakaz w trybie pilnym, który może zaważyć na życiu tej dziewczynki.
– Do diabła, o czym ty mówisz? – pyta Joan. – Nakaz w trybie pilnym? Teraz?
Metz obnaża zęby.
– Dlatego tak się to nazywa, Joan.
– Dość tego – oznajmia Rothbottam. – Chcę was oboje widzieć w moim gabinecie. Natychmiast.
Joan podchodzi do stołu po notatnik. Kiedy sędzia opuszcza salę, biegnie do drzwi i kiwa na Millie, która jako świadek nie siedzi w sali, ale też nie wolno jej się za bardzo od niej oddalać.
– Stań na głowie, ale ją tu sprowadź – syczy. – Lepiej niech będzie w sądzie, jak wyjdę z gabinetu, w przeciwnym wypadku doprowadzi ją policja.
Kiedy Joan wchodzi do gabinetu, Metz już siedzi w wygodnym fotelu. Rothbottam czeka, aż Joan także usiądzie, po czym mówi:
– Panie Metz, co pan wyprawia? To nie jest Manchester, to nie jest Nowy Jork. To nie jest cyrk z trzema arenami, w którym lubi pan odgrywać swoje przedstawienia. To jest Nowy Kanaan, chłopcze. Teatralnymi gestami nic pan tu nie osiągnie.
– To nie jest teatralna sztuczka, panie sędzio. Potrzebny mi sądowy nakaz dla Mariah White, zabraniający jej zbliżania się do córki.
Joan wybucha śmiechem.
– Malcolm, sam sobie nie wierzysz.
– Panie sędzio, pominę milczeniem wybuch mojej koleżanki. Niepokoiłem się, kiedy fizyczne obrażenia Faith dotyczyły jej dłoni, ale sytuacja się pogorszyła i teraz dziewczynka leży w ciężkim stanie w Connecticut Valley Medical Center. Pozwoliliśmy sobie skontaktować się z ekspertem, który już jedzie do nas z Zachodniego Wybrzeża. Wyjaśni on, dlaczego mamy podstawy do twierdzenia, że Mariah White wykazuje klasyczne cechy osoby cierpiącej na zespół Münchausena, choroby psychicznej, która powoduje, że chory krzywdzi swoje dziecko.
Joan mruży oczy, węsząc podstęp. Jest dostatecznie sprytna, by wiedzieć, że Metz nie wyciągnął z dnia na dzień tej strategii z kapelusza. Przygotowywał ją od jakiegoś czasu, z całą pewnością na tyle długo, by przedstawić swojego eksperta. Ten niespodziewany świadek nie jest żadnym zaskoczeniem – w każdym razie nie dla Metza.
Jednakże Metz zdaje się uosobieniem niewinności i słusznej troski.
– To skomplikowane zaburzenie. Matka wywołuje u dziecka chorobę fizyczną lub psychiczną, żeby zwrócić uwagę na siebie. Jeśli dziecko pozostanie pod opieką matki, Bóg tylko wie, czym może się to skończyć. Paraliżem, śpiączką, nawet śmiercią. Bez wątpienia ta kwestia wpłynie na decyzję, któremu z rodziców zostanie przyznane prawo do opieki, na razie jednak, panie sędzio, zwracam się z prośbą o ochronę Faith przez wydanie pani White zakazu zbliżania się do córki na czas rozprawy.
Joan czeka, aż Metz skończy mówić, po czy wybucha śmiechem.
– Panie sędzio, pozwoli mu pan na to?
Metz nie zaszczyca jej nawet jednym spojrzeniem.
– Proszę wysłuchać argumentów, panie sędzio. Odseparowanie dziecka od matki zwykle pozwala psychiatrom na zdiagnozowanie tego syndromu. Jeśli matka nie ma dostępu do dziecka, ono nagle przestaje chorować. – Pochyla się ku sędziemu. – Panie sędzio, co ma pan do stracenia? To sytuacja, w której można tylko wygrać. Jeśli Mariah White nie cierpi na zespół Münchausena… cóż, Faith i tak jest w szpitalu pod dobrą opieką. W przeciwnym wypadku uratuje pan dziecku życie. Jaką szkodę może wyrządzić nakaz wydany do czasu, aż wysłucha pan mojego świadka i wyrobi sobie własną opinię?
Sędzi Rothbottam zwraca się do Joan.
– Ma pani coś do powiedzenia, pani Standish?
Joan spogląda na Metza, potem na sędziego.
– To wierutne bzdury, panie sędzio. Po pierwsze, w przeciwieństwie do klienta pana Metza, dla którego najwyraźniej własny interes jest najważniejszy, moja klientka nie stawiła się w sądzie, ponieważ musi czuwać przy córce. To zasługuje na pochwałę, a nie zakaz zbliżania się. Po drugie, pan Metz usiłuje odwrócić uwagę od przywiązania mojej klientki do córki, powołując się na jakąś chorobę. Nie wiem, na czym polega ten syndrom, nie mam nawet pojęcia, jak to cholerstwo się pisze. Proces rozpoczyna się za niecałe pół godziny i jestem do niego przygotowana, a tu nagle Metz powołuje się na rzadkie zaburzenie – choć nie przypominam sobie, żeby miał dyplom z psychologii, skoro już o tym mowa – i potrzebuję czasu, żeby znaleźć materiały na ten temat i przygotować swoją strategię.
– Em, ü, en – mówi Metz wolno.
– Idź się utop.
Metz unosi dłonie w geście udanej obrazy.
– Tylko podpowiadałem, jak się to cholerstwo pisze.