– No to idziemy. – Usiadłam energicznie, krzywiąc się z bólu rwącego kręgosłup.
– Mocno ci przywaliłem? – spytał przepraszająco mag, patrząc na moją skrzywioną twarz.
– Da się wytrzymać – jęknęłam, wstałam i pokuśtykałam w stronę drzwi. – Do wesela z Elgorem się zagoi.
Myśl o przeprosinach i współczuciu dla mnie przeszła mu jak ręką odjął.
W korytarzu czekała na nas reszta towarzystwa. Wszyscy z Pożogarem włącznie (a, zdrajca!) chichotali obleśnie i dyskutowali, czym się skończy moje tete-a-tete z Kesem – morderstwem czy nocą pełną zazdrości.
– A chała! – ryknęłam im za plecami tak, że Elmir podskoczył, a Akir wyrżnął głową w ścianę. Nie miałam sumienia krzyczeć na Kito, zdecydowanie za bardzo przypominał teraz dziecko. Pożogar przezornie uciekł. Kesa na razie wolałam nie zaczepiać, jeszcze nie całkiem doszłam do siebie po naszej ostatniej kłótni. – Idziemy!
W ogromnej jadalni zebrali się wszyscy mieszkańcy zamku, którzy akurat nie musieli pracować. Dziadek urządził ucztę z szerokim gestem, nie pożałował drogim gościom zapasów wnuczki. Nie byłam specjalnie głodna, ale przecież nie mogło się zmarnować!
Jako honorowych gości posadzono nas przy gospodarzach. Akir zainstalował się po lewej ręce Anni i bawił rumieniącą się dziewczynę jakimiś opowieściami. Kes znalazł sobie miejsce w pobliżu starego maga i teraz coś z nim półgłosem omawiał. Mam nadzieję, że nie sposób zlikwidowania mnie, chyba jakieś śladowe ilości oleju w głowie mu zostały? Kito zmiatał z talerzy podawane mu jadło, na nic poza nim nie zwracając uwagi. Zdążył już zmienić na trochę postać i teraz przez jakieś dwie godziny można było nie obawiać się, że się zacznie przemieniać z powrotem.
Elmir pociągał wino z wysokiego kielicha i gapił się na przygrywających Cyganów, nie zwracając uwagi na zalotne spojrzenia dworek.
Co za naród… Jedyni ludzie, którzy jakimś niepojętym sposobem byli w stanie przechodzić do Wiecznych Ziem i hulać tam jak u siebie w domu. Mnie osobiście fascynowali ci wieczni tułacze, ze swoimi nostalgicznymi pieśniami, płomiennymi namiętnościami i nocnym przesiadywaniem przy ogniskach. Oni byli istotami ognia… tak jak ja.
Stary Cygan grał na skrzypcach, młoda czarnowłosa ślicznotka krążyła po sali, rzucając czarujące uśmiechy, które zwalały z nóg wszystkich mężczyzn, którzy znaleźli się w strefie ostrzału. Ale nie ona zwróciła moją uwagę, lecz skrzypek – w jego twarzy widziałam coś boleśnie znajomego, coś dawno zapomnianego, a przecież ważnego.
Zamknęłam oczy.
– Znowu przyszliście do naszych lasów, Danko! Dziadkowi się to nie spodoba!
– Chodzimy, gdzie chcemy, maleńka. Ci, w których duszach śpiewa wiatr, nie znają nad sobą ustaw.
– Nie mów do mnie maleńka! Jestem Rey-line! Pani Jesiennego Płomienia!
– Mówiłaś o tym, maleńka, pamiętam. Słuchaj, Ogniku, a nie poszłabyś ty z nami? Za ostatnim razem mówiłaś, że w ludzkich ziemiach jest ktoś, kto jest dla ciebie ważny. Jeśli chcesz, pójdziemy…
– Nie mogę. Jestem Księżniczką, za rok będę druga w rodzinie, nie puszczą mnie.
– Czym jest obowiązek dla kogoś, przed kim stoją otworem wszystkie drogi? Czym jest obowiązek, jeśli śni ci się szept ostnicy, gorzka woń piołunu i kurz gwiezdnych dróg?
– Naprawdę, Danko, nie mogę, ale bardzo mi miło, że tak o mnie myślisz.
– No cóż, nie chcesz, jak wolisz… To choć zaśpiewaj mi na pożegnanie. Ruszamy o świcie, droga nas wola.
– Co ci zaśpiewać?
– Te dziwne pieśni, które nazywacie pieśniami starego świata. Zaśpiewaj mi o drodze i o miłości…
Z ust wyrwało mi się ciche westchnienie. Złapałam za rękę Cygankę przekomarzającą się z Elmirem.
– Jak się nazywa ten skrzypek?
– To mój dziadek, Danko. – Cyganeczka nie zdziwiła się pytaniem. – Chcesz z nim rozmawiać… Panno ognista?
Zauważyłam, jak na ten zwrot wszyscy moi towarzysze zesztywnieli. Anni spojrzała na nas nierozumiejącym wzrokiem.
– Tak, chcę, żeby dla mnie zagrał – odpowiedziałam. – Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli z nim zaśpiewam? Mam domieszkę elfiej krwi, wiesz, że my wszyscy mamy trochę ognia bardów…
Skinęła głową, uspokojona.
Cyganka złapała mnie za rękę i poprowadziła do skrzypka. Patrzył na nas, nie rozumiejąc, a ja uśmiechałam się głupkowato. Nasze oczy spotkały się. Pozwoliłam, żeby mnie przez chwilę zobaczył taką, jaka byłam. Kiedyś obiecał, że mnie pozna, ile bym nie miała lat. Danko powiedział wtedy, że widzi w moich oczach wieczność i gwiazdy, popiół i samotność…
Muzyka urwała się na przeciągłym dźwięku. Patrzył na mnie zmieszany, niemal przestraszony.
– Maleńka?
– A jednak mnie poznałeś. Dotrzymałeś słowa, Cyganie… Zagrasz dla mnie?
Zmieszany przejechał smyczkiem po strunach.
– Co ci zagrać, zagubiona maleńka? – spytał cicho. – O czym zaśpiewasz dziś włóczędze, czym pocieszysz jego stargane serce? Jaki ból trapi cię dzisiaj?
– Słuchaj, mój włóczęgo. Słuchaj i niech twoje skrzypce śpiewają ze mną. Niech w tym świecie zabrzmi pieśń dziwnego, dawnego świata, niech na ustach zastygnie gorycz stepowego piołunu…
Z ust popłynęły znajome słowa. Tę pieśń śpiewałam wtedy, żegnając się z nim i jeszcze nie wiedząc, że to może na zawsze. Śpiewałam o tym, którego kochałam nad życie.
Po stepie, po lazurowym,
Chodzi miesiączek młody.
Uzdę ma pozłacaną,
Białą grzywę do kopyt.
Mosiężny brzęk
Mongolskich strzemion,
Zrodzony z wiatru,
Obmyty ulewą.
Śpiewałam o Lissim. I wtedy, i teraz. A wraz ze mną śpiewał stary instrument, który kiedyś mój dziadek podarował młodemu Cyganowi. Ludzie milczeli, niezdolni nawet w części zrozumieć tego, o czym krzyczały nasze serca – moje i skrzypiec. Elmir posmutniał, po policzkach Kito ciekły łzy, a Kes patrzył na mnie, jakby mnie widział pierwszy raz.
Leje dzbanek księżycowy,
Nocnym niebem toczy mleko;
Śpij, mój miły, przyłóż głowę,
Jutro jechać masz daleko.
Świtu czekałeś –
Uciekłeś niewinny,
I całowałeś
Ty, czy kto inny?
Młoda Cyganka wirowała w tańcu, a ja byłam już gdzieś daleko. Stałam wśród opadających liści i patrzyłam, jak mój ojciec odchodzi. Wyły psy, czując, jak serce mi się rwie w piersi, wyrywa się w ślad za rudym chłopakiem, który odchodzi od nas. Na zawsze.
Jak przy wrotach Tamerlana
Wiosna trawą się okrywa.
Czy nie jestem twoją strzałą,
I na łuku twym cięciwą?
Ty – serce ognia,
Ty – lot sokoła,
Znów mnie porzucisz,
Gdy step zawoła.
Kes przechylił się przez Kito.