Выбрать главу

– Wiem, bo i mnie tego nie pojąć. Dnia pewnego spytasz siebie, i odpowiedź przyjdzie.

– To proroctwo.

– Tak i jest. Ja wiem wiele. Wiem rzeczy, które były i które są, i które będą. Nowy widzę świat, dziecię. Świat, w którym wojny nie będzie. Świat, w którym nie skrzyżuje się w boju srebro ze stalą. Na zgliszczach ten świat stanie, na popiele z krwi, z nienawiści i miłości powstanie. Gdy pięć dusz w Chaos ujdzie, od swojej siostry sprzedanych, i nie będzie nadziei, wiatr stanie się ogniem, śmierć nowe życie zrodzi… Ale te rzeczy będą, a ninie…

Kes omal nie oślepł. Nici zapłonęły i nagle zrozumiał, czyje to nici. Ten gruby splot – to ich drużyna. Dwie nici złote należą do Rey i Pożogara, zielona jest Elmira, srebrna Kito, aksamitna Anni. Splecione w gruby warkocz, a obok przewijały się tysiące innych. Oto Elgor, a oto stary nauczyciel, mag ognia… A otóż i gruba złota nić Jesiennego Łowca, owija się parę razy wokół warkocza i znów znika…

– Dobrze rzekły me sługi, tyś w istocie ujrzał – uśmiechnęła się. – Widziałeś, coś chciał widzieć?

– Tak. Dojdziemy do Wołogrodu i zobaczymy Łowca. To chyba Rey chciała wiedzieć?

– Rey? O Rey-line myślisz? Tej wiedzy ona pragnęła. Zaliś kontent?

– Tak, wasza wysokość. Czy mogę odejść?

– Odejdź. Kimżem jest, abym Panią Ognia urażała, jej sługę więżąc? – Uśmiechnęła się paskudnie, jakby to był żart. – Odejdź, osobliwy śmiertelniku. Oczy zamknij, przeniosę ciebie.

Kes usłuchał Księżniczki. Gdy otworzył oczy, leżał na szarej ziemi, a nad nim stała Rey, patrząc na niego z troską.

– Dojdziemy – zachrypiał. – Łowiec jest w Akademii.

Miał wrażenie, że w gardle tkwi mu ostry kamień. Zaczął kaszleć…

* * *

Tkaczka Losów umościła się wygodniej w swoim osobliwym hamaku. Nadal rozpamiętywała tę dziwną wizytę. Ten śmiertelnik był przedziwny, stanowił zagadkę nawet dla niej, która wiedziała o wszystkim i o wszystkich. Nie rozumiała, jak to możliwe, żeby ktoś po prostu nie miał swojej nici. Przecież nie mogła tak po prostu przeoczyć jego narodzin!

Nagle coś jej przyszło do głowy. Zaklęła cicho, przecież to wszystko było takie proste! Wyciągnęła z powietrza dwa końce i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Związała je, podrzuciła powstałą nić, która wplotła się we wzór. Wszystko było na swoim miejscu.

– No, kto by pomyślał! – Omal nie klasnęła w dłonie, jak małe dziecko, które dobrało się do słodyczy. – A to ciekawe!

* * *

Dotarliśmy do obozu po jakiejś godzinie. Kes ledwo powłóczył nogami. Nie przypuszczałam, że wizyta u Tkaczki tak go wykończy. Przez ostatnich parę minut musiałam go dosłownie nieść wspólnie z Anni. Akir nie zaofiarował nam pomocy – wszystkie ciuchy zostawił w obozie i nie miał ochoty chodzić nago po lesie. Elmir szedł sam, ale jeszcze go telepało, oczy mu zachodziły mgiełką. Wyglądał jak pijany, ale nie martwiłam się specjalnie. Ci starsi są bardzo żywotni, z gorszych opałów wychodzili bez szwanku.

Spieszyłam się, czując już, że zbliża się czas zapłaty za użyczoną moc. Wiedziałam, że od tego nie ucieknę, ale miałam nadzieję, że zdążymy opuścić granice Mrocznego Lasu, zanim do tego dojdzie. Nie obawiałam się, że Prządki nie dotrzymają słowa, nie bałam się kaprysów losu – po prostu chciałam mieć pewność, że kiedy będę bezradna, reszta towarzystwa będzie bezpieczna przed moimi krewniakami, i jak najdalej od nich. Trzeba będzie im powiedzieć, żeby się nie zatrzymywali, cokolwiek by się działo. Mało…

Pożogar i Kito czekali na nas. Rzucili nam się naprzeciw. Jednorożec przemienił się w biegu i rzucił się na szyję Elmirowi. Elf, który i tak ledwo trzymał się na nogach, upadł, obaj potoczyli się po trawie. Ot, proszę, wieczna rywalizacja, kto by pomyślał, że ci dwaj mogą przeżyć razem minutę i sobie nie nawymyślać?

– Siodłajcie konie i zjeżdżamy stąd. Gratulacje, jak się wydostaniemy z lasu.

Moi towarzysze natychmiast się uspokoili i zaczęli się krzątać po polanie, pakując rzeczy i żując przy tym wyciągnięte z torby suchary. Nie było czasu na śniadanie.

Usiadłam ciężko na ziemi. Huczało mi w głowie jak w ulu, miałam wrażenie, że czaszka zaraz rozleci mi się na kawałki. Moc wyciekała. Skrzydła topniały w porannej mgle, rozpływały się w powietrzu jak słabnąca iluzja.

– Rey, wszystko w porządku? – Kes przyklęknął, wpatrując mi się w napięciu w twarz. – Może ci przynieść coś do picia? Albo do zjedzenia? Nie jesteś ranna?

– Co ci odwaliło? – Zerwałam się na nogi, na chwilę zapominając o skręcającym flaki bólu. – Co się tak trzęsiesz o zdrowie potwora? Na moje oko to sam chyba jesteś chory!

Wstałam, lekceważąco traktując niezdarne tłumaczenia maga. Chrzani. Po prostu chce mnie sam zabić. Akurat. Teraz już trudno w to uwierzyć. Zaczęłam mieć wątpliwości, czy będzie w stanie podnieść na mnie broń. Z drugiej strony, skąd, na Chaos, mam wiedzieć, co się roi w głowie łapacza?

– Jedziemy!

Już miałam wsiąść na Pegaza, gdy usłyszałam okrzyk Elmira:

– Rey! Specjalnie dla mnie się tak pięknie ubrałaś?

Prychnęłam tylko, a nierozgarnięty elf zaprezentował w uśmiechu cały garnitur śnieżnobiałych zębów:

– A to mi teraz Elgor będzie zazdrościł. Dla niego nigdy się nie starałaś!

Rozejrzałam się, czym by tu cisnąć w tego idiotę, ale z żalem porzuciłam ten pomysł. Nie miałam pod ręką nic dostatecznie niepotrzebnego, wszystko spakowane. Stanowczo, zaklęty Elmir był o wiele sympatyczniejszy. Może by go jednak oddać Prządkom? Jeszcze nie jest za późno!

– Moje ciuchy zostały w jakichś krzakach, w drodze powrotnej jakoś nie było warunków, żeby ich szukać. Nic więcej do ubrania nie mam, więc do najbliższej ludzkiej siedziby muszę jechać w tym, co mam.

– A to dopiero będzie! – gwizdnął długouchy. Wszyscy się roześmiali, nawet Anni. Nawet ja, gdy sobie wyobraziłam ten widok. Trudno, jakoś to przeżyję…

Kes sięgnął do jednej ze swoich sakiew.

– Trzymaj. – Rzucił mi płaszcz. – Przynajmniej cię nie przewieje, w tych farfoclach zaraz zmarzniesz.

Odrzuciłam mu płaszcz z powrotem.

– Czy tobie się zdaje, że my na jesienny wyjazd idziemy w kurtkach i spodniach? – zachichotałam. – I w ogóle złego diabli nie biorą.

Wskoczyłam na Pegaza i rozpostarłam spódnicę. Nogi miałam w ten sposób gołe, ale w tej chwili mało mnie to obchodziło. W Mrocznym Lesie nikt mnie nie będzie oglądał, a dalej… wątpiłam, czy dalej dam radę jechać sama. Raczej mnie będą wieźć.

Kes potrząsnął głową, reszta się uśmiechnęła. Pamiętali jesienne wyjazdy bardzo dobrze. Letnie zresztą też. A także zimowe i wiosenne. Oczywiście oprócz Anni.

– Gotowi?

Pegaz niecierpliwie przebierał nogami, prychając i na wszelkie inne sposoby okazując niezadowolenie z oczekiwania.

* * *

– Ach, witaj, wrogu!

Siwowłosa dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem, patrząc na zastygłego w uniżonej pozie mężczyznę.

– Znowu przyszedłeś grozić? Nie, raczej nie. Więc po co?

– Przyszedłem błagać. Wiesz przecież, że to moja wina, że nie potrafiłem, nie chciałem, nie pomyślałem nawet… Rey-line nie ma z tym nic wspólnego. Dlaczego ją prześladujesz, En-ne Dennar?

– Nie ma z tym nic wspólnego ani ona, ani reszta z nich. Ale oni wszyscy płacą za twój błąd. I wszyscy zginą dlatego, że ci się uroiło, że jesteś moim obrońcą! Ja do nich nic nie mam, po prostu chcę, żebyś cierpiał. Oni zginą, a ty będziesz wiedział, że to twoja wina! Tak samo jak ja wiedziałam. Będziesz wył z rozpaczy, sam na pustym, martwym świecie!