Выбрать главу

– Już, już, zaraz… poczekajcie… Dlaczego tak wcześnie?

– Koledzy narozrabiali, całą noc się gdzieś włóczyli, a jak tylko się rozwidniło, postawili nas na nogi. Skończyliście leczenie?

– Tak, oczywiście jeszcze będzie bolało przez parę dni, ale to jest normalne.

– Proszę. Tyle, na ile się umówiliśmy. Proszę przeliczyć.

Kes zrzucił z siebie koc i wykonał parę ruchów ręką, jakby nie wierząc słowom lekarza. Rzeczywiście, ręka była jak nowa.

* * *

– Wyspałeś się, Kes? – Odsunęłam lekarza i przeszłam szybkim krokiem przez pokój, zwalając po drodze ze stołu kilka szklanek z miksturami. Kes uśmiechnął się. – Przestań się głupio uśmiechać! Nie mamy czasu, Ubieraj się i jedziemy!

– Rey, a co tobie tak wesoło? Cieszysz się, że mnie wyleczyli?

– No tego jeszcze brakowało! Cieszę się, że niedługo ten cały się cyrk skończy. Powstrzymam wojnę i wreszcie z czystym sumieniem będę mogła dotrzymać słowa…

– Zginąć z mojej ręki?

– Chciałbyś! Dokończyć to, co zaczęły pieski pod cerkwią!

– Tak? – Kes włożył płaszcz, sprawdził, czy noże dobrze wychodzą z rękawów, i chrząknął z zadowoleniem.

– Tak! – Złapałam za kark Pożogara, który z zachwytem obwąchiwał mikstury, i pociągnęłam do wyjścia.

Ciekawe, dlaczego mam wrażenie, że Kes mi nie uwierzył? Dlaczego widzę w jego oczach… żal? Żałować mnie?!

…nigdy nie staniemy się jedną całością…

Hak w plecy! Jeśli mam wybierać między jego życiem a swoim życiem, zawsze wybiorę…

…być szczęśliwym dlatego, że ktoś cię nienawidzi, cieszyć się, że zginiesz z ręki kogoś, kogo kochasz…

Rozdział VIII

WEDLE PRAWA LUDZI

19 – 20 LIPCA

Otóż i Wołogród Wielki, Miasto nad Miastami – w głosie Kesa brzmiała taka duma, jakby sam to miasto zbudował. Od srebrnej bramy dzieliła nas ogromna kolejka wozów, pieszych i jeźdźców.

– Co tu tyle ludzi? – Elmir uniósł się w strzemionach, wypatrując przyczyny takiego zgromadzenia. – Święto jakieś?

– Nie, po prostu sprawdzają wszystkich wchodzących, w każdej zmianie strażników musi być mag – wyjaśnił Kes. – Tu zawsze takie kolejki, czasem ludzie i po parę dni czekają.

– Dziwny system – mruknęłam i spojrzałam na towarzyszy. – Ma ktoś jakiś pomysł? Nie mamy czasu, żeby iść zwykłą drogą. Można się dostać do miasta z pominięciem bramy?

– Nie. – Anni pokręciła głową. – Jedyna droga. Miasto jest otoczone magiczną kopułą, nawet mysz się nie prześliźnie.

– No, bez przesady, w końcu jest się tym magiem. – Kes pewnym ruchem prowadził konia przez tłum rozstępujący się przed nim. Ten i ów próbował protestować, ale mina i strój Kesa wystarczały za rozstrzygający argument. Jechaliśmy spokojnie za nim.

W Wołogrodzie byłam raz w życiu, jeszcze w czasach, gdy uważałam się za człowieka. Jak pamiętam, wujek zaprowadził mnie wtedy do sklepu ze słodyczami. W tym wieku nie wyobrażałam sobie większego szczęścia – cóż mogło być piękniejszego niż chwytać lepkimi rączkami coraz to inne cukierki i słyszeć basowy głos wujka potwierdzającego, że wszystko, czego zapragnę, jest moje. Nasza rodzina nie była bogata, ale dla swojej jedynej córeczki wujostwo byli gotowi na wszystko. Nasza rodzina… Cokolwiek by było, dwoje ludzi, którzy mnie przygarnęli, pozostanie w moim sercu na zawsze. Przez cztery lata, kiedy nieraz nie miałam nawet na kawałek chleba, wspominałam ten dzień i śmiech wujka. Czułam na języku smak waty cukrowej i szłam dalej, na przekór głodowi skręcającemu kiszki.

– Rey, o czym tak myślisz? – wyrwał mnie z tych wspomnień elf. Kes rozmawiał o czymś z jednym ze strażników, odzianym dość dziwnie jak na ten zawód, bo w coś przypominającego worek. Najwyraźniej obaj panowie się znali i nie negocjowali wysokości łapówki, tylko wymieniali najnowsze wiadomości, obaj uśmiechnięci szeroko.

– A wiesz – odparłam bez namysłu – zastanawiam się, czy panowie czarodzieje rozmawiają o pogodzie i nowych odkryciach w dziedzinie teorii magii, czy Kes właśnie nas sprzedaje swemu koleżce. A ty jak myślisz?

– A ja na wszelki wypadek wcale nie myślę – odparł beztrosko ostrouchy, przynaglając swojego źrebca do szybszego tempa. – To bardzo pomaga na nerwy. Już ty się nie bój, mag nie ma żadnego interesu w tym, żeby nas teraz sprzedawać, bo całą śmietankę spije kto inny. Zresztą wie, że żywcem się wziąć nie damy…

– …a on sobie wymarzył, że mnie zabije własnoręcznie, i nie chce ryzykować – dopowiedziałam. – Dobrze mówisz. A i tak jakoś mi dziwnie, czuję w powietrzu, że będą nieprzyjemności.

– A toś zrobiła odkrycie! – parsknął ironicznym śmiechem kotołak, który do tego czasu przysłuchiwał się naszej rozmowie w milczeniu. – Chyba, że przerwanie Granicy w tej chwili, kiedy całemu Chaosowi Ład może przeciwstawić dziesięć osób na krzyż, to nie są nieprzyjemności…

– Ja nie o tym – przerwałam. – Śmierdzi mi czymś dużo bliższym, i to niestety dobrze znajomym. Powiedziałabym, że spalenizną.

Gdybym ja wiedziała, co to tak śmierdziało mi o poranku…

* * *

Zatrzymaliśmy się w jednym z małych zajazdów, z których słynie Wołogród. Nazywał się „Laboratorium Alchemika”. Właściciel, były łapacz, okazał się starym znajomym Kesa. Za nieduże pieniądze wynajęliśmy ogromny pokój, jeden dla wszystkich. Anni zaczęła kręcić nosem, ale Akir wytłumaczył, że to ze względów bezpieczeństwa. Miasto, w którym nie można rzucić kamieniem, żeby nie trafić w maga, nie jest bezpiecznym miejscem dla starszych, a tym bardziej dla feyrów. Takie skupienie nieludzi na ograniczonej przestrzeni niezawodnie zwabi łapaczy. Kes obiecał obłożyć nas zaklęciem nieznaczności, które osłoni przed zaklęciami wykrywającymi, ale to nie mogło wystarczyć na długo.

– Jutro spróbuję znaleźć Helego – westchnął Kes, rozkładając się na łóżku. – Powinien być w Akademii, on rzadko wyjeżdża z Wołogrodu.

– Dlaczego nie dzisiaj? – spytałam, odrywając się na chwilę od rozmyślań.

Pamięć poprzedniczki nie do końca stała się moją pamięcią – za mało miałam czasu. Zazwyczaj połączenie następowało w dniu szesnastych urodzin, razem z pierwszym wstąpieniem w moc – sami rozumiecie, że ja wtajemniczenia nie dostąpiłam. Teraz moja głowa przypominała zaniedbane archiwum. Grzebałam po zakurzonych półkach, ścierając kurz z niematerialnych tomiszcz, i rozstawiałam je tak, jak mi było wygodnie. To nie zastąpi połączenia, ale przynajmniej na zasadzie skojarzeń jestem w stanie posługiwać się cudzą wiedzą.

– Trzeba odpocząć – odparł Kes. – Przez te dziesięć dni mało nie zarżnęliśmy koni i siebie. Nawet jeżeli Hele zgodzi się pomóc, iść do Akademii, nie nabrawszy trochę sił, to jest samobójstwo.

Miał rację. Ale przyznać mu tę rację było ponad moje siły, więc tylko prychnęłam i znowu pogrążyłam się w rozmyślaniach.

Zanim się obejrzałam, był wieczór. Moi towarzysze wyspali się, ja też czułam, że odpoczęłam. Ciała, których używaliśmy w ziemiach śmiertelnych, były mimo wszystko odporniejsze od ludzkich, a duchowi sen był niepotrzebny.

Zamówiwszy kolację do pokoju, zaczęliśmy się przerzucać żartami. Starsi dość szybko się upili, nawet Pożogar nie wytrzymał. Będzie jutro kac gigant… Ja zresztą też łupnęłam parę kielichów słodkiego pienistego napoju, gorącego, rozgrzewającego do kości. Kes nie przyłączył się do ogólnej wesołości – patrzył na mnie spode łba, ale nie zdecydował się na zadanie pytania, które go męczyło. Uznałam za stosowne pomóc mu i przysiadłam się do niego, podnosząc pytająco brew. Najwyraźniej mam słabą głowę, bo nagle zapragnęłam zrobić dobry uczynek.