Выбрать главу

– No?

– Co?

– Chciałeś o coś zapytać, prawda?

Zagryzł wargi i na moment zawahał się.

– Zamierzasz wyjść za Elgora. Pytałem Elmira, skąd ten pomysł, to opowiadał mi długo i rzewnie o połączeniu krwi, jak to elfi władcy muszą mieć w żyłach prawdziwą krew, choćby i w rozwodnieniu… Krótko mówiąc, masz dać mężowi potomka.

– Wniosek prawidłowy. A skąd ta troska o moje życie osobiste? Zdawało mi się, że zamierzasz mnie zabić. Coś przeoczyłam?

– Mówiąc jeszcze krócej – ciągnął Kes, ignorując moje pytanie – kłamałaś. Mówiłaś, że nie mogliśmy mieć dziecka. Elgor też nie jest feyrem, więc jeżeli możesz zajść w ciążę z nim, to znaczy…

– Wszystkie Żywioły, dajcie mi cierpliwości! Jak zwykle wyciągasz fałszywe wnioski z prawdziwych przesłanek! Kto ci powiedział, że ja zamierzam to dziecko urodzić? Owszem, połączymy naszą krew i stworzymy potomka. A swoje przemyślenia zachowaj dla siebie. I zapamiętaj, że ja nigdy nie kłamię bez wyraźnej potrzeby!

Nie odpowiedział. Byłam wściekła. I to nie na niego. Na sytuację, w której się znalazłam. To miasto budziło moje najstraszniejsze wspomnienia. Alkohol osłabił samokontrolę i z minuty na minutę trudniej mi było zapanować nad sobą. Swąd spalenizny wiercił w nozdrzach, wyciągał na wierzch tę część mnie, która miała najmniej wspólnego z rozumem…

– Słuchaj, mówi ci coś imię Li-ko? – spytał nagle Kes. Wzdrygnęłam się. Nie teraz!

– Pewien jesteś, że to tak brzmiało? – spytałam bardzo cicho. Nie, żebym się obawiała reszty obecnych, przy najlepszych chęciach nie mieli szans nas podsłuchać, byli kompletnie zalani, po prostu bałam się odpowiedzi.

Kes powtórzył prawidłowo. Spokojnie, Rey. Przeznaczenie ma to do siebie, że cię dogoni, czy będziesz uciekała, czy nie.

– Nie wiem, gdzie słyszałeś to imię – zaczęłam ostrożnie – ale lepiej, żebyś nie rozwijał tematu i nie próbował się o nim niczego dowiadywać.

– Rey, do cholery, kto to jest?!

Zawyłam. Co ty wyrabiasz, Kes? Kto ci to powiedział? Czy może sam się domyśliłeś, gdzie trzeba uderzyć, żeby mi sprawić największy ból?

Łańcuchy krępujące niecywilizowaną część mnie rwały się jeden po drugim, jakby rdzewiały w oczach na wylot…

– Rey, kto to jest Li-ko? Co on ma z tobą wspólnego?

Boli. Boli! Boliboliboliboliboliboliboli… Nie! Kes, przestań! Łańcuchy pryskają. Nozdrza nadymają się wściekle, wciągając powietrze przesycone oparami alkoholu.

Anni patrzy na mnie nierozumiejącym wzrokiem.

– Ej, co z wami? Rey, nic ci nie jest? Kes?

Ręce zacisnęły się w pięści. Nie chcę odpowiadać. Po prostu nie. I w ogóle kogo obchodzą głupie pytania, kiedy skądś tak zajeżdża dymem? Muszę iść… Biec… Uciekać… Wyć…

– Rey!!!

Nie słyszałam, jak za mną krzyczeli. Otworzywszy drzwi kopniakiem, runęłam w dół, omal nie zrzucając ze schodów wchodzącego w górę pachołka. Jechał sęk wszystkie pytania!

* * *

– Co ją użarło? – Anni złapała Kesa za rękaw. – Myślisz, że jest sens puszczać ją samą?

– Kompletnie nie jest sens. – Pijany elf uśmiechnął się szeroko, obnażając delikatne, ledwo widoczne kły. – Ale iść za nią to już całkiem samobójstwo, teraz to ona nie tylko nas, ale i Kesa wykończy, nawet nie pomyśli… Księżniczka poszła na łowy. Poczuła zapach krwi zabójców, zapach zemsty. I tak ledwo się kontrolowała, a ty teraz wyskoczyłeś z durnymi pytaniami i poooszło!

– Elmir, co ty…? – Dziewczyna odczepiła się od Kesa i próbowała wycisnąć z elfa jakiekolwiek konkrety, ale nieprzyzwyczajony do dużych dawek jarzębiaku elf już zachrapał. Reszta towarzystwa była w podobnym stanie, nawet Pożogar urżnął się w trupa i teraz pełnił funkcję dywanika przy łóżku Akira. Kito leżał na boku, zajmując prawie całą wolną przestrzeń i od czasu do czasu przebierając kopytami, a w śnieżnobiałą grzywę zaplątały mu się rybie ości. Tylko Kes i najemniczka byli względnie trzeźwi, ale w odróżnieniu od pozostałych nic nie rozumieli.

– Myślisz, że jest…?

– Pewnie! – Kes porwał płaszcz i ruszył w stronę drzwi. – I to natentychmiast. Nie mam co do roboty, tylko odpowiadać za to, co narozrabia pijana Księżniczka!

* * *

Szłam na nosa, czując zapach z każdym krokiem wyraźniej. Blisko. Źródło było bardzo blisko. Nawet nie próbowałam zapanować nad sobą, nie starałam się zagnać gdzieś w głąb Nicości, która się we mnie obudziła. To była szczera, wszechogarniająca radość, owładnęła mną i prowadziła na spotkanie z przeszłością, tam, gdzie powietrze było gęste od gorzkiego zapachu osiny i spalenizny…

Gdzie ja miałam rozum, kiedy zgadzałam się iść do tego miasta? Przecież wiedziałam, że prawo zemsty jest ponad wszystko, nigdy żaden feyr nie oparł się zewowi krwi!

Dom niczym nie różnił się od innych. Gdybym nie czuła zapachu, przeszłabym obok, nie zwracając uwagi na tę pochyloną ze starości budowlę. Ale bił z niego zapach spalenizny. Czułam, że w środku są cztery osoby. Czterech magów. Czterech łapaczy. I jeden z nich się boi. Ten naznaczony moją siłą. Ten, który wie, że jestem w pobliżu. Nie, nie wie. Czuje niebezpieczeństwo. Drży ze strachu.

Z ust wydobył mi się syk, przechodzący w pomruk, wreszcie w ryk. Zdobycz jest blisko. Zaczynajmy.

Podeszłam do drzwi i kopnęłam je. Otwarły się z cichym skrzypieniem. Uderzył mnie gorzko-słony zapach. Wdychałam go z lubością. Oblizawszy usta, weszłam do środka.

Nie ma go w tym pokoju. Próbuje się schować jak szczur, ukryć się w jakiejś dziurze. Nic z tego nie będzie. Ale przynajmniej coś się dzieje. Mogę udać, że nie wyczuwam go w piwnicy. Mogę nawet spróbować doprowadzić się do furii nieuchwytnością ofiary, a potem…

A mogę też podnieść klapę w podłodze i zejść w dół po skrzypiących schodach, czując panikę ukrytego tam stworzenia, oblizując się, rozkoszując przedsmakiem zemsty, wywołując z pamięci twarze i próbując zgadnąć, który to.

Piwnica wyposażona jak laboratorium. Alchemik? To wiele wyjaśnia. Alchemicy zawsze byli w dobrych układach z moim żywiołem, to dlatego moi wojownicy pozwolili mu ujść z życiem.

Z ciemnego kąta, w który wcisnęła się moja ofiara, leci ognista kula. Odbijam ją z łatwością. Ciekawe, dlaczego tamci trzej nie próbują mnie atakować? Siedzą sobie z boku, ukryci pod peleryną niewidką? Myślą, że wygrają dzięki zaskoczeniu? Czy może…

– Kto tu jest? Ktoś ty? – Alchemik drży, czuję to nawet na tę odległość.

– A co, nie pamiętasz…? – mruczę, idę ku niemu i znów nieruchomieję, przechylam głowę w bok i wypuszczam z włosów czułki podrygujące z podniecenia. – To raptem tylko osiemnaście lat… Nie mów, że zapomniałeś? Przecież wiedziałeś, że pewnego dnia przyjdę, że skończę to, co zaczęłam, prawda? Moi wojownicy posłuchali bezpośredniego rozkazu, ale za to zapłacą mi innym razem. Tym razem załatwię wszystko własnoręcznie.

Boli. Przykro mi. Nie jestem morderczynią. Czynię swoje prawo…

Człowieczek drży. Dalej kryje się w ciemności, jakby miał nadzieję, że ona go uchroni. Śmiechu warte. Widzę go jasno i wyraźnie. Otula się purpurowym płaszczem, z trudem przyciskając ręce do piersi. W czarnych oczach ma strach. Twarz zeszpeconą wypukłymi bliznami.

– Ciebie nie ma! Ciebie tu nie ma!