– Nie wyczułeś mnie wcześniej? – uśmiechnęłam się. – Jestem. A ty jesteś moją ofiarą.
Jednym skokiem pokonawszy dzielący nas dystans, złapałam go za kark i wywlekłam do migocącego światła wiecznopalnych magicznych świec. Dygoce. To ma być mag? Ten trzęsący się robak? Ludzie… robaki… to wszystko robactwo! Do piachu z nimi!
To nie ja! Nie ja! Co ja wyrabiam?
Z mych palców z cichym trzaskiem wysunęły się pazury, zaszumiał grzebień, rozszerzyły się oczy. Wzięłam zamach i trzasnęłam maga w twarz, w ostatniej chwili wciągając pazury. Skulił się i zaszlochał.
Ciekawe, na co tamci czekają? Naprawdę nawet nie spróbują mi przeszkodzić?
Nachyliwszy się nad magiem, wciągnęłam głośno powietrze.
– Na milę czuć od ciebie niespłaconym długiem, magiku. W dalszym ciągu. Powiedz no, za coś ty skazał mojego ojca?
Nie obchodziło mnie, co ma do powiedzenia. Po prostu przeciągałam czas, żeby dać tamtym trzem szansę. Naprawdę nie staną w obronie kolegi? Muszą! Chcę nacieszyć się zemstą w pełnym zakresie! Tak po prostu zabić alchemika to zupełnie nie to samo, co powalczyć z jego trzema obrońcami.
Obrońcami?
– Słuchaj, w tej chwili tylko od twoich odpowiedzi zależy, kiedy cię zabiję. Jeśli teraz będziesz milczał, przed śmiercią będziesz wył. Długo i głośno.
Końcami palców gładziłam śliczne blizny na jego policzku. Nie było dla mnie nic piękniejszego od nich. To mój podpis. Znak, że ta ofiara mi się należy.
– Upra…a…awiał cz…cz…czarną ma…a…gię… P-p-poniósł za…asłużoną k-k-ka…a…arę…
Słowa, słowa, słowa, słowa… A najgorsze, że on w to wszystko wierzy, uważa, że on ma rację, a ja jestem morderczynią, nie mam prawa się mścić! Nie przyznaje się do winy! Jak śmie!
Patetyczne. O, Żywioły, jakie to patetyczne, co za banał! Rey, zachowujesz się jak bohaterka drugorzędnej powieści dla dziewcząt. Mścicielka, też coś! Spójrz prawdzie w oczy – mordujesz bezbronnego.
Zatkało mnie. Spazmatycznie zaczerpnęłam powietrza i próbowałam pozbyć się nieproszonej myśli. Za długo żyłam wśród ludzi. Stanowczo za długo.
– Rey! – uderzył mnie w plecy krzyk i zaklęcie. Z wściekłym sykiem odwróciłam się w miejscu, zasłaniając się w ostatniej chwili sflaczałym ciałem alchemika.
Stał na najniższym stopniu schodów, jak anioł zemsty. Gdyby tu był malarz, stworzyłby z tej sceny kilka ikon. Jaki piękny… Na Żywioły, jaki piękny! Gdyby on nie był człowiekiem… Tak, Rey, znowu się rozpraszasz, myślisz nie o tym co trzeba. I w ogóle…
– Zostaw go! Natychmiast! Bo…
Na jego dłoni krąży maleńki tajfun. Wiedziałam, że wie, co mówi. Nie wolno Kesa nie doceniać. Jeśli nie zrobię tego, czego żąda, zaatakuje, bez wahania i wyrzutów sumienia. Prawdopodobnie wręcz marzył o takim obrocie spraw, to była jego szansa. Nieważne, że w ten sposób skaże ten świat na zagładę. Ważne, że dopełni zemsty. Pod tym względem jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.
Uznawszy moje milczenie za odmowę poddania się, Kes posłał wicher w moją stronę, ale…
– Dobra próba, łowco Wiatr. Gdyby wszyscy nasi magowie mieli taką moc, dawno byśmy wybili niższych.
Niema scena, która nastąpiła po tym, doprawdy zasługiwała na to, by ją namalować. Trzej magowie tkwiący w „zasadzce” także uznali za stosowne pokazać się porządnym ludziom… No nie, kogo ja tu widzę!
– A co, Rejka, żałujesz, że nie posłuchałaś dobrej rady? – Wittor odwrócił się i mrugnął do mnie. – Było zjeść tego świra na kolację, bo zawsze się będzie plątał gdzie go nie trzeba!
Powoli, ale konsekwentnie odzyskiwałam kontrolę nad sobą. Mechanizmy samokontroli upychały mnie w granice człowieczeństwa. Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało.
– Neka… Bran… Wittor… Skąd…?
Puściłam alchemika. Upadł na ziemię bezwładnie jak worek.
– Skąd się…
– Skąd się tu wzięliśmy? – uśmiechnął się zadziornie Wittor. – Normalnie, z teleportu, a skąd się mieliśmy wziąć?
Definitywnie przestałam rozumieć cokolwiek.
– Wy… Ale… Jak to… – Kes potrząsał głową. – To niemożliwe. Już wtedy czułem, ale to niemożliwe!
– Przepraszam bardzo, ale czy ktoś byłby uprzejmy wyjaśnić mi, co tu się dzieje?
Anni wyszła zza pleców wiatromistrza i z dużym zainteresowaniem przyglądała się całej scenie.
Kes z bronią gotową do użycia, z mieszaniną wściekłości i osłupienia. Trzej niespodziewani goście sam diabeł nie zgadnie, czy zasłaniają mnie przed Kesem, czy Kesa przede mną. Ja – kompletne ni to ni sio z wysuniętymi pazurami. U moich stóp coś, co nie wiadomo, czy mnie o coś błaga, czy nie żyje. Dokładnie tak to wyglądało.
– Zaraz wszystko wyjaśnimy, tylko najpierw coś trzeba zrobić z nim – odparł Neka, wskazując na alchemika. – Czy wasza wysokość – zwrócił się do mnie – raczy ogłosić nam, co postanowiła w tym względzie?
Zagryzłam wargi. No i co teraz? Upierać się przy swoim prawie? Akurat się nim Kes przejmuje! Jeśli teraz zabiję jego kolegę po fachu, na dalszej współpracy można postawić krzyżyk. Być może także na nim albo na mnie.
– Ja… – zawahałam się. – Ja…
Nagle przyszedł mi do głowy kompletnie szalony pomysł. Już wiem, co zrobię, żeby Kesowi nawet przez myśl nie przeszło oskarżyć mnie o cokolwiek. Chce sprawiedliwości? A proszę bardzo!
– Ja, Rey-line, Ogiń Jesiennych Ognisk, dopraszam się od magów człowieczego rodu sprawiedliwego sądu nad zabójcą mojego ojca. Znam wasze prawa. Tu jest przynajmniej dwóch, którzy mieliby prawo wydać wyrok na swojego pobratymca. Czy uzyskam sprawiedliwość? Czy przyznajecie, że słusznie go oskarżam?
Kes drgnął, zmrużył złowieszczo oczy, w widoczny sposób poszukiwał w moich słowach jakiegoś ukrytego sensu, podstępu, pułapki. Magowie spojrzeli po sobie, po czym Neka odpowiedział za wszystkich:
– Jest tu czterech łowców, Księżniczko. My trzej dajemy ci prawo do wypowiedzenia się. Jeśli nasz brat jest winien, poniesie karę, którą wybierzesz. Słowo maga.
W jego lodowatych oczach widziałam niepokój. Wiedział, co będzie, doskonale wiedział. Ten człowiek… ten mag za dużo wiedział o Książętach. Nie powiem, żeby mnie to cieszyło. Przyjaciel? Wróg?
– Świetnie, Rey. Zatem powiedz, czemu uważasz, że masz prawo zabić tego człowieka. Obmacywał cię w tłoku? Czy może po prostu wziął cię za dziwkę i chciał zapłacić za tanio?
Sarkazm nigdy nie był mocną stroną Kesa.
– Kes, nie zamierzam wypowiadać się w takim sensie, w jakim ty rozumiesz to słowo. Jesteś łapaczem. Chyba wiesz, czym jest sąd feyrów? Sądzę go za zbrodnię popełnioną przeciwko feyrom, czy to nie logiczne, żeby go sądzić wedle naszego prawa?
Tu go mam. Naprawdę myślał, że będę udowadniała swoje prawo gadaniem jak jakaś wieśniaczka przed starostą?
Cofnąwszy się o krok, pozwoliłam Branowi i Wittorowi podejść do alchemika i ocucić go paroma zaklęciami. Tymczasem Neka półgłosem wyjaśnił Kesowi i Anni szczegóły. Nic skomplikowanego w tym nie było.
– Jam jest Neka Wiedzący, mistrz rozumu, który przyszedł tu słuchać.
– Jam jest Bran Bard, mistrz rozumu, który przyszedł tu słuchać.
– Jam jest Wittor Strzelec, adept rozumu, który przyszedł tu słuchać.
No proszę, nie darmo miałam ich za mądrych ludzi. Teraz kwestia, za kogo ich uważać, odpadła. Nie wrogowie. Wrogowie powiedzieliby zupełnie co innego, wybraliby inną rolę. O, proszę:
– Jam jest Kessar Wiatr, mistrz wiatru, który przyszedł tu bronić.
Zaśmiałam się. Można to było przewidzieć.
Feyry nie znają odpowiednika ludzkiego sądu. Jak już mówiłam, z założenia dowodzimy swoich praw w walce. Niemniej w pewnych sytuacjach to nie jest dobre rozwiązanie. Jeśli dochodzi do sporu Księcia i niższego, Księcia i nie-feyra, albo gdy jeden z Książąt jest dużo słabszy od przeciwnika, wyzwanie do Kręgu można zastąpić rytuałem Prawa. Wszyscy zaproszeni wybierają role. Ci, którzy przyszli słuchać, są neutralni, pełnią rolę sędziów. Ci, którzy przyszli bronić, występują po stronie oskarżonego. Jeśli werdykt sędziów ich nie zadowala, mogą zastąpić swojego klienta w walce z oskarżycielem. W tym przypadku jeśli tamci trzej skażą swojego pobratymca, Kes mnie wyzwie, to więcej niż pewne. Wyzwie, a ja nie przyjmę wyzwania. Wybierając między śmiercią alchemika a życiem Kesa.