Выбрать главу

– Jam jest Rey-line, Księżniczka wedle prawa urodzenia, która przyszła tu oskarżać.

Alchemik klęczał w kręgu run. Patrzył na ludzi błagalnie, szukając wsparcia, ale znalazł je tylko u Kesa. Nawet Anni starała się nie patrzeć mu w oczy.

– Jam jest Anni Gede, strażniczka północnego pogranicza, która przyszła tutaj… – zawahała się na chwilę – oskarżać.

Omal nie krzyknęłam. Dlaczego? Nie spodziewałam się, że ta dziewczynka będzie popierać Kesa, ale ani przez chwilę nie spodziewałam się, że stanie po mojej stronie.

– Jam jest Far Alchemik, mistrz ziół, który przyszedł tu bronić się – wykrztusił ostatni uczestnik tej… szopki.

Krąg zamknął się. Żywioły nie odmówiły nam prawa, byśmy wiedzieli i widzieli. Nadeszła godzina spotkania przeszłości z teraźniejszością.

* * *

Rudowłosy chłopaczek o chytrych, czarnych, szeroko rozstawionych oczach wszedł do wsi wraz z zachodem słońca. A może to zachód przyszedł z nim, rozlewając się za jego ramionami jak czerwony płaszcz?

Zatrzymał się w jedynej karczmie, w której wynajmowano izby na noc. Zapłacił, wrzucił pękatą sakiewkę do kieszeni wytartej kurtki, wziął kufel piwa i ulokował się w kącie. Gospodarzowi gość bardzo się nie podobał. Mniejsza o wygląd – od tego włóczęgi magią nie tyle zalatywało, co śmierdziało na milę, a za magami zawsze przychodziło coś nieprzyjemnego. Właściwie najrozsądniej byłoby powiedzieć mu, że nie ma nic wolnego, ale z drugiej strony kto przy zdrowych zmysłach zadziera z magami? Mściwi są jak sto diabłów. Jeszcze by zarazę ściągnął na wieś, albo co…

Młody mag zdawał się rozumieć wątpliwości gospodarza. Z półuśmiechem przyglądał się nieznajomemu, rozdartemu między jednym złem a drugim i niezdolnemu wybrać między dżumą a cholerą. Ludzie są czasem tacy zabawni!

– Przepraszam, mistrzu, możemy porozmawiać? – podniósł oczy i skinął na niego. Znachor podziękował i usiadł przy stole naprzeciwko niego.

– Witam. Czym mogę służyć? – spytał, patrząc wyczekująco na wahającego się młodego człowieka. Jeszcze jedna charakterystyczna cecha przedstawicieli tego sławnego rodu: nieufność.

– Mogę wiedzieć, jak się nazywacie, mistrzu?

– Żadna tajemnica. Korri Lis, wiatromistrz. Potrzebujecie pomocy?

– Owszem… – odparł z wahaniem znachor. – Wiecie, bo tu u nas…

Zarazy nie trzeba było ściągać magicznie, sama przyszła. Rozgościła się w ludzkich siedzibach i w ciągu doby zabrała pięć osób. Na szczęście pojawił się Lis. Znachor nie miał żadnej nadziei na podobny cud. Na to był o wiele za słaby, powstrzymanie zarazy było zadaniem dla mistrza, a nie dla zielarza samouka.

Lis wysłuchał całej opowieści z miną wyrażającą uprzejme zainteresowanie, ale nie spieszył się z ofiarowaniem pomocy. Nie podobała mu się ta historia. Coś mu podpowiadało, że sprawa nie jest taka prosta, jak ten człowiek ją przedstawia. Może go rozszyfrowali? Może to pułapka?

Poczucie obowiązku było silniejsze od ostrożności.

– W porządku – skinął głową. – Zobaczę, co będę w stanie zrobić.

A mógł zrobić dużo. Nigdy nie rezygnował, wykorzystywał do pomagania ludziom całą wiedzę nagromadzoną w ciągu wieków. Ani przez chwilę nie wątpił, że wygna chorobę z tej wsi. Potem oczywiście każe sobie zapłacić za to, co zdziałał, ale ostatecznie każdy mag by tak zrobił. A zupełnie inna sprawa, że zamierzał zażądać swoistej zapłaty. Nie chciał pieniędzy, mocy ani krwi. Tym razem Lis postanowił wziąć z tej wsi sługę. Za życie stu osób wolność jednej to chyba niedrogo? W pojęciu feyrów zdecydowanie tanio.

Wykonał zadanie. Wygnał czarną śmierć ze wsi. W zamian zażądał, żeby mu oddano jednego z wiejskich chłopców, którego rodzina bardzo chętnie pozbyła się niepotrzebnej gęby do wyżywienia. I tak się spotkali po raz pierwszy – Far Alchemik, który wtedy był niepiśmiennym, bosonogim wieśniakiem i w najśmielszych snach nie marzył o karierze maga, z Korrim Lisem, wyższym feyrem, który kochał śmiertelników bardziej niż swoją ojczyznę.

* * *

– Mistrzu, a gdzie wy mieszkacie? – zainteresował się Far, obserwując Lisa przekładającego amulety i zioła ze starej torby do nowej. – W Wołogrodzie?

– Nie, mały, urodziłem się bardzo daleko stąd, a teraz wędruję po ziemi. Nie mam domu. Ale nie bój się, jestem magiem, więc głodny nie będziesz.

Lis wyciągnął się na łóżku, zrzucając z niego płaszcz, zaplótł sobie ręce za głową i zamknął oczy. Chłopiec wreszcie odważył się zadać pytanie, które męczyło go od początku.

– Mistrzu, a czemuście mnie wzięli?

– Nie bój się, nie do doświadczeń – zaśmiał się. – Już dawno chciałem wziąć ucznia, a ty masz zdolności. Poza tym już źle mi było samemu.

– To tak całkiem nikogo nie macie?

– Mam, pewnie że mam. Mam ogromną rodzinę, ale oni są daleko, daleko stąd. A jam dla nich parszywą owcą, włóczęgą i wyrzutkiem. Nie pasuję ja do ich świata. Już kilkadziesiąt lat, jakem ich ostatni raz widział.

– Kilkadziesiąt? – zdumiał się Far. – Mistrzu, toż wyście…

– Młody? Nie zgaduj z wyglądu maga, ile ma lat. Nie, nie wyglądam ja na swoje lata… – urwał, jakby coś chciał powiedzieć i rozmyślił się w ostatniej chwili. – Ja i od innych magów różny. Alboż słyszałeś o starszych? Owóż mam domieszkę ich krwi, więc starzeć się będę daleko wolniej niźli zwykli ludzie.

Far milczał. Wiedział oczywiście, kogo nazywano „starszymi”. Przyglądając się nowemu znajomemu, próbował zgadnąć, z jaką krwią zmieszała się czerwona, ludzka. Z elfią? Może… Ale potomkowie uszatych mieszkańców lasu zazwyczaj mieli jasne włosy. Driad? Rusałek? No bo przecież nie orków!

– Zwierzołaków – wyjaśnił rzeczowo Lis.

– Wy w myślach czytacie? – przestraszył się Far.

– Nie, a i potrzeby nie było. Na twarzy miałeś napisane to pytanie. Przy tym sameś mógł się domyślić. Z imieniem Lisa kimże mi być, jeśli nie zwierzołakiem? – Mag wsunął palce w złocistą grzywę, odgarnął włosy, pokazując chłopcu pokryte sierścią ostre uszy, które w sekundę później przemieniły się znowu.

Far mało nie podskoczył pod sufit.

– Rety! A człowiek to tak się może nauczyć? A możecie jeszcze coś pokazać?

Dzieci wszędzie są takie same, nieważne z jakich rodziców…

* * *

– Mistrzu, a opowiedzcież coś jeszcze! To ciekawe jest! Skąd znacie tyle historii? Nawet nasz pop tyle nie znał, a on nic tylko książki czytał!

– Ech, Far, znowu głupie pytania zadajesz! Lepiej byś poczytał, com ci zadał, psi chwoście. Siedemnaście lat już masz, już rychło ci egzamin adepta zdawać, a ty byś tylko bajek chciał słuchać! Tam o magii niewiele! – warczał Lis. Siedział oparty plecami o chropowaty pień drzewa i bawił się strumieniami powietrza, zmuszając spadające liście do wyszukanych akrobacji. – Stary koń, a jak dziecko! Dziwnyście naród, ludzie! Poważniejszym trza być!