Выбрать главу

– Wyście też człek – zauważył Far z przekornym śmiechem. – I co, że nierasowy? A z tą powagą… Na siebie spójrzcie! Mówicie, żeście stary, a żyjecie jak… jak…

– Jak niesforny chłopiec – dokończył Lis, leniwie przebierając palcami po utkanych z powietrza strunach. – Jam lisem, jakże mi być innym?

– Mistrzu, to jakże z tą bajką? Już przeczytałem o truciznach! No proszę…

Lis westchnął. I jak tu odmówić?

– Dobra, słuchaj uważnie. Dawno temu w odległym świecie…

* * *

– Far, nam czas się pożegnać. Obowiązek mnie wzywa, do kraju czas.

– Ależ mistrzu…

– Nie zwij mnie tak więcej. Egzamin zdałeś, jużem ci nie nauczycielem.

– Ale wrócicie?

– Niezawodnie.

Lis zmierzwił nieznacznie włosy mężczyzny, który już dawno wyglądał na starszego od niego.

– Jeszcześmy nie wszystkie drogi na tych ziemiach przeszli. Będziesz czekał, jakeś przyobiecał? Obiecałeś nie żenić się, dopóki mi nie przedstawisz swojej narzeczonej. Wydzierżysz rok do ślubu czekać?

– O czym wy mówicie, mistrzu?! I jak jeszcze! Wyście dla mnie jak ojciec! Jakże bym mógł bez waszego błogosławieństwa…

* * *

– Wróciliście, mistrzu!

– Dajże pokój, Far, a toż mnie ledwo rok nie było.

– I znowuście się wcale nie postarzeli.

– Ot, taki u mnie los. Mały pies do starości wygląda jak szczeniak. A tobie jak się wiedzie? Słyszałem, że cię do Akademii proszą, do kolegium alchemików? Jużeś się zgodził?

Far posmutniał.

– Żebym ja wiedział, że wrócicie…

– Cieszę się. Teraz przynajmniej mam gdzie wrócić, z drogi odpocząć. Chyba mnie przyjmiesz pod swój dach? – Lis mrugnął, ale w jego oczach czaił się smutek.

* * *

Brnął drogą prowadzącą do wioski, w której umówił się na spotkanie z Farem. Alchemik wreszcie zdołał się wyrwać z Wołogrodu – pierwszy raz od dawna. To już szesnaście lat, odkąd Lis wrócił na ziemie śmiertelnych. Za Wrotami rosła jego córka, którą porzucił dla swego przybranego syna. Dawno zrozumiał, że Far go już nie potrzebuje, ale duma i przeklęty upór nie pozwoliły mu wrócić do domu. Kochał Rey-line, ale jego uczeń… On był jego sensem istnienia. I tak dobrze, że Far jest magiem i w dalszym ciągu nie dziwi się swojej długiej młodości. Ale pewnego razu Lis będzie musiał powiedzieć mu prawdę. I co wtedy? Lis już od lat zadawał sobie to pytanie, i wreszcie teraz uznał, że nadszedł czas na rozmowę. Far już zaczął się czegoś domyślać, ostatecznie taka relacja nie mogła nie wpłynąć na jego życie.

Wszedł do maleńkiej tawerny i uśmiechnął się do przyjaciela, który wstał, żeby się z nim przywitać.

– Wciąż taki sam, Lis, jakbyśmy się wczoraj pożegnali – uśmiechnął się do niego Far. Już dawno przestał nazywać swego dawnego nauczyciela mistrzem. – Kiedyś mi chyba zdradzisz swoją tajemnicę… Coś ty, filozoficzny kamień wynalazł, leszczu?

Lis uśmiechnął się, słysząc dyżurny dowcip.

– E tam. Jam taki do alchemii, jak ty do magii żywiołów, coś tam wiem, ale to nie mój teren…

Chwilę pili w milczeniu kwaśne wiejskie wino i uśmiechali się, każdy do swoich myśli. Jakby nie było tych lat. Znowu dwaj magowie-włóczędzy snuli się po drogach.

– A właściwie ty jakąś sprawę masz? – spytał cicho Lis. – Jakaś bieda? Tyś mówił, że moja pomoc by się przydała…

Far westchnął ciężko i odstawił kubek. Chwilę bębnił po stole cienkimi, pobliźnionymi palcami. Chrząknął.

– Zaraza w tych stronach. Mnie tu przysłali z pomocą i jeszcze trzech mistrzów. Już trzy wsie objęła, tu jeszcze na szczęście nie doszła. Wszystkiegośmy próbowali, co się dało, ale… My nawet nie wiemy, co to właściwie jest!

Lis zmienił się na twarzy. Pucharek ciężko stuknął o stół, chlapiąc na boki czerwoną cieczą. Uniósł się lekko, pochylił przez stół i rozchylił kołnierz koszuli przyjaciela. Czarne znamię na szyi nie pozostawiało wątpliwości.

– Kto? – wykrztusił. – Kto tu przysłał… tę… ohydę?

– Nie wiemy. My jesteśmy zielarze, alchemicy. Akademia nie chciała przysłać pomocy. Boją się rozprzestrzenienia klątwy. Wybacz, chciałem ci dać znać, uprzedzić. Ale pewnie i tak byś przyszedł.

Lis zamknął oczy. Wiedział, co to za zaraza, ale nie mógł w to uwierzyć. Tę chorobę przegnano parę światów temu, teraz mało kto o niej wiedział – starsi, Książęta. Ale kto? Kto mógł ją nasłać na ziemie śmiertelnych? Komu to strzeliło do głowy? Zemsta na ludziach? Nie, za dużo mocy tu trzeba było użyć. Więc co tu się, na Chaos, dzieje?

Pułapka na niego? A kto by coś do niego miał? Lis dawno się odsunął od intryg i walki o władzę nad Wiecznymi Ziemiami. Ktoś chce przez niego uderzyć w Łowca? Nonsens. Ojciec i syn nigdy nie byli ze sobą blisko. Jeśli już, celowaliby w Rey-line, to by zadziałało dużo lepiej.

– Pomożesz?

Wyglądało na to, że Far nie pierwszy raz zadaje to pytanie, ale pogrążony w gonitwie myśli Lis nie słyszał.

– Tak. Pomogę.

Czy mógł odpowiedzieć inaczej? Gdyby Far nie zachorował, to może by i mógł, ale nie teraz. Nie mógł pozwolić mu umrzeć. Nie mógł opuścić swego sunner-warrena w biedzie. W przeciwnym razie, po co by ten świat miał istnieć?

– Nie idziemy tam? – spytał Far, wskazując ręką wieś otoczoną magicznym kordonem, będącym ostatnią próbą powstrzymania pochodu zarazy.

– A po co? – Lis wzruszył ramionami. – Co mi było trzeba, to już widziałem. Jest tylko jeden sposób, żeby powstrzymać zarazę…

Na twarzy Fara pojawił się szeroki uśmiech. Czekał na te słowa. Gdzieś w głębi duszy wierzył, że jego przyjaciel poradzi sobie ze wszystkim, nie zna słów „niemożliwe” i „nieuniknione”. Gdyby wiedział…

– Choroba ma trzy stadia. Dużo już jest chorych w drugim i trzecim? – spytał Lis, mnąc w palcach żółty liść i krzywiąc się nerwowo.

– Prawie połowa. Będzie ze sto osób – odparł Far.

– Sto, powiadasz… No nic, mogło być gorzej – westchnął Lis i odrzucił zmaltretowany listek. – Zacznę działać od razu, ale… Far, musisz mi coś obiecać. Przysięgnij mi, że nigdy nikomu nie powiesz niczego o szczegółach. Nikt z was nie zdoła tego wykorzystać, a ja mogę bardzo drogo za to zapłacić, jeżeli moi rodacy się o tym dowiedzą. U nas… nie ma zwyczaju… pomagać ludziom.

Far spojrzał podejrzliwie na przyjaciela, obiecując sobie, że gdy tylko to wszystko się skończy, zada swojemu tajemniczemu przyjacielowi kilka pytań. Przede wszystkim zapyta, kim Lis naprawdę jest. Dawno już miał nieprzyjemne podejrzenia. Czy Lis w ogóle ma w sobie choć kroplę ludzkiej krwi? Czy nie jest po prostu zwierzołakiem? To by wyjaśniało wiele spraw, których dotąd nie potrafił sobie wytłumaczyć.

– Zgoda. Przysięgam, że nigdy i nikomu nie opowiem o tym, co się teraz stanie. Słowo maga. – Przycisnął dłoń do piersi, nakładając na swoje usta pieczęć milczenia.

Lis cofnął się o krok i rozpostarł ręce, pozostawiając w powietrzu girlandę złotych iskier. Far odsunął się i z przerażeniem patrzył, jak jego przyjaciel się przemienia.

– Feyr… Wyż… wyższy feyr… – jęknął. – Cholera!

Gdzieś w dali zawyły wilki. Lis uniósł głowę i odpowiedział przeciągłym, śpiewnym wyciem. Powiał wiatr, złoty płaszcz z opadających liści rozpostarł się nad ramionami Jesiennego Lisa, a z jego ust rozległy się dźwięki języka zapomnianego wiele światów temu…

* * *

Głupia historia…

Jak mógł się tak idiotycznie podłożyć? I co te ludziki sobie w ogóle wyobrażają na swój temat? Czarna magia, też coś… Nie ma czegoś takiego jak magia zła i dobra. A co do zabójstw… Tak, umyślne, ale życie tych, którzy przeszli pierwsze stadium choroby, Lis wymieniał na życie tych, którzy zachorowali niedawno. Szkolny przykład zastosowania zasady mniejszego zła. Czy może ktoś z ludzi postąpiłby inaczej?