Szczęście w nieszczęściu, że Far nie może złamać przysięgi. Mogło być gorzej. Mógł zostać królikiem doświadczalnym u ludzkich magów. Spalą go to spalą, trudno, czym jest śmierć ciała dla Księcia? Za dziesięć lat wróci i wtedy się policzy z tymi głupcami, którzy ośmielili się go sądzić. Taaak…
– Do wyjścia! – Jeden ze strażników otworzył klatkę, w której Lis spędził ostatnie dni.
Feyr nie protestował. Z jego ust nie schodził paskudny uśmieszek. Skupił się już na obmyślaniu zemsty. Grunt, że Far jest cały i zdrowy. Poboli i przestanie, a dziesięć lat poza światem to mała cena za uratowanie sunner-warrena.
Nie przestając się uśmiechać, wszedł na pomost. Odszukał wzrokiem Fara, bladego i załamanego, i próbował oczami dodać mu otuchy. Nie ma powodu, dla którego chłopiec miałby obwiniać się za jego śmierć. Chłopiec… W oczach kogoś, kto już dawno przestał liczyć lata, ludzie zawsze pozostawali dziećmi, słabymi i nierozumnymi.
Pierwsze języki płomieni zaczęły lizać jego buty. Feyr wzdrygnął się. Coś poszło nie tak, jak powinno. Dlaczego… Zaraz! Odczytali mu wyrok, tam była data. Dziesiąty. Dziesiąty października!
Przełknął ślinę i poczuł, jak ogarnia go przerażenie. Głupio. Nie, nie chce… Nie tak… Nie, tylko nie to!
Płomień ogarnął jego ubranie, muskał skórę. Nie bolało. Prawdziwe żywioły są łaskawe.
– Nie! – wyrwało się z ust Lisa. – Rey-line, zatrzymaj go!
Gdzieś daleko, w ziemiach nieśmiertelnych, dziewczyna podniosła niewidzące oczy na złote niebo, krzyknęła, a potem wzbiła się w górę.
Far bał się otworzyć oczy. Wbijał paznokcie w dłonie, próbując powstrzymać wyrywający się z ust krzyk. Przysięga! Cholerna przysięga! Szatańska przysięga!
Ciało Lisa znikło w ogniu, zlało się z nim w jedną całość. Łzy ciekły po policzkach maga. Próbował… Naprawdę próbował przekonać Radę, ale nikt go nie słuchał. Niewiele brakowało, żeby został następnym oskarżonym.
– Lissi!
Kobiecy krzyk i ciało spadające w płomienie jak kamień. W stronę nieznajomej poleciały dziesiątki zaklęć, ale w niebo wystrzelił słup ognia, przypominając wszystkim, jaki dzisiaj dzień. Jakby legenda ożyła.
Skrzydlata dziewczyna stała wśród dogasających płomieni, obejmując się rękami i kiwając na boki. Jakby nie mogła uwierzyć. Jakby próbowała wytrzymać straszny ból. Far ruszył naprzód, marząc o tym, by objąć skrzydlatą dziewczynkę, połączyć się z nią w bólu, ale…
– Ktoś ty, dziecię? – spytał przewodniczący Rady, dając pozostałym znak, żeby jej nie atakowali. – Tyś jego córka?
Patrzyła na niego w milczeniu, jakby nie rozumiejąc pytania. Far wzdrygnął się ze strachu. On jeden w tej chwili wiedział naprawdę, co się dzieje. Uciekać. Uciekać jak najdalej z tego miejsca. Książęta nie przebaczają. Ta mała utopi Wołogród we krwi magów za to, co zrobili.
– Nie smuć się, bo to zły człowiek był – ciągnął przewodniczący, wbijając sobie kolejny gwóźdź do trumny. Far chciał mu przerwać, ostrzec, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. – Zaopiekujemy się tobą, pójdziesz na studia do Akademii, taka moc w tym wieku to doprawdy coś niezwykłego…
Uśmiechnęła się. Strasznie. Złowrogo.
– A kto wam powiedział, że Lissi był człowiekiem?
Zgięła jedno skrzydło i wsunęła w nie dłoń. Wyciągnąwszy ręce przed siebie, otworzyła dłonie, wypuszczając na wolność tańczący płomień.
– Li-ko, syn Jesiennego Łowca, dzięki wam, nędznym, małym człowieczkom, odszedł w Chaos. Zabiliście go. Zabiliście mojego ojca. Kimże wy jesteście, że mieliście czelność sądzić Księcia feyrów, który widział świt tego świata i mógł widzieć jego zachód? Jak śmieliście?!
Płomień spływał z jej rąk na czarne bierwiona jak woda, płynął ścieżkami we wszystkie strony. Na prawo od Fara ktoś krzyczał. Ludzie próbowali uciekać. Tylko Far stał i patrzył, zastygły niczym kamienny posąg. Na jego głowę runęła kaskada wody – ktoś z jego kolegów próbował zgasić ogień wodą. Nic z tego. Ogień jakby nie zauważył tego słabiutkiego oporu, pełzł dalej ku ludziom…
Far zamknął oczy i poprzez trzask ognia usłyszał mentalny sygnał:
Jego już nie ma. Czynię swoje prawo. Moim prawem jest zemsta.
Ściana ognia otoczyła plac, zamykając ludzi w pułapce.
– W imię moje otwieram wam drogę. Przybądźcie, wojownicy moi, przybądźcie i brońcie tej, która prowadzi was drogą chwały.
Legenda ożyła.
Wychodzili z płomieni, trzymając w dłoniach czarodziejską broń. Rozpościerali ramiona i szli zabijać. A nad placem górował głośny, straszny śmiech demona o twarzy anioła, Księżniczki w ciele młódki.
Jeden z wojowników uderzył Fara płazem w twarz, zwalając go z nóg. Krzyknął strasznie, czując, jak pęka mu skóra na twarzy. Zacisnął powieki, ale następny cios nie padł. Nieśmiało uchylił jedno oko.
Ognista postać pochylała się nad nim. Głuchy głos zdawał się dobiegać z bardzo daleka:
– Kochałeś go. On by nie chciał twojej śmierci. Cisza.
Wiatr, który pojawił się na placu nie wiadomo skąd, przebierał mu nadpalone włosy, głaskał łagodnie po skaleczonej twarzy, uśmierzając ból.
Gdzieś w dali zawyły wilki.
Ocknęłam się z paznokciami wbitymi do bólu w dłonie, spazmatycznie łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Chwiejnym krokiem podeszłam do alchemika i upadłam przed nim na kolana. Wciągnąwszy pazury, złapałam go za podbródek i zmusiłam, żeby mi patrzył w oczy. Patrzyliśmy na siebie przez sekundę długą jak wieczność.
– Ty, człowiek, miałeś to, o czym ja, Księżniczka, mogłam tylko marzyć. I nie zdołałeś tego utrzymać. Żal mi ciebie, człowieku. Żal mi ciebie, ale cię nie oskarżam. W końcu jesteś tylko człowiekiem.
Umknął spojrzeniem. Wstałam i skłoniłam się przed Neką:
– Nie znajduję winy w tym człowieku. Przyznaję mu prawo do życia.
Magowie skinęli głowami. Kes uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją. Anni patrzyła na alchemika ze współczuciem. Odwróciłam się, poszłam ku schodom, odsuwając Kesa z drogi. Już stawiałam nogę na stopniu, którego skrzypienie zdawało się ogłuszającym hałasem, gdy usłyszałam jego głos:
– Księżniczko, proszę…
Obejrzałam się.
– Proszę, pozwól mi odejść. Jestem słaby. Boję się śmierci. Podaruj mi ją. Podaruj mi ją przez wzgląd na… pamięć o nim. Jestem… taki… zmęczony…
Wróciłam. Wróciłam, bo w oczach tego człowieka widziałam tę samą tęsknotę, która dręczyła mnie. Wróciłam, bo oboje kochaliśmy go – i oboje nie zdołaliśmy go uratować.
– On chciał, żebyś żył – powiedziałam, klękając przed nim. – On by zniszczył cały świat, byleś ty żył. Dlaczego chcesz odrzucić jego dar?
W oczach alchemika pierwszy raz pojawiło się życie.
– Bo ja już nie żyję. Ja wtedy umarłem. Na tym placu. To już tylko ciało. Moja dusza poszła za nim. Proszę, zrób to… chcę spokoju! Ja już nie mogę! Ja ciągle w nocy słyszę syk płomieni i szum wiatru! Nie chcę! Nie chcę pamiętać! Nie chcę żyć… bez niego!
Pochyliłam się i przytuliłam go do siebie.
– Przebacz, Farze Alchemiku, niech cię Żywioły mają w opiece, niech cię prowadzą najkrótszą drogą. Kiedy go spotkasz, powiedz… Powiedz, że go kocham – wyszeptałam.