Wzywanie prawdziwego płomienia w środku Wołogrodu miało istotne cechy samobójstwa, ale nie obchodziło mnie to. Kes był przy mnie, dookoła kipiało od mocy skręcającej się w ciasne spirale.
Nie przestając obejmować człowieka, który położył mi głowę na ramieniu, wysunęłam skrzydła, płomień otoczył nas purpurowym kokonem. Płynął, przemieniał się, głaskał nas, szeptał, syczał…
Far odsunął się i znieruchomiał. Patrzyliśmy sobie w oczy i uśmiechaliśmy się, choć po policzkach płynęły nam purpurowe łzy.
Siedziałam na poręczy maleńkiego balkonu, który znalazłam pod samym dachem zajazdu. Świtało.
– Idźże, prześpij się chociaż godzinę – odezwał się Kes, zawisłszy w powietrzu kilka metrów ode mnie.
Dobrze, że w Wołogrodzie jedna trzecia mieszkańców to czarodzieje i takie cuda już dawno nie robią na nikim wrażenia. – Neka zaraz powinien być, musi się pojawić w Akademii. Ciągle nie rozumiem, dlaczego. Mistrz rozumu, członek Rady, co z tego, że dawno się nie pokazywał w Akademii! To jest człowiek-legenda, pokolenia łowców się wychowały na historiach o nim!
– Ma dosyć wojny, tak samo jak my wszyscy. I tyle. Poza tym on coś wie, nie darmo nazywają go Wiedzącym. Tam, gdzie ci uratowałam życie, mówił, że nadchodzi czas zmian.
– Czas zmian… – powtórzył mag jak echo.
Podciągnęłam kolana pod brodę, cudem tylko utrzymując równowagę na cienkiej barierze. Kes wylądował obok.
– Słuchaj, dlaczegoś ty zrobiła to, czego ten Far chciał? Co się stało, że zmieniłaś decyzję, zrezygnowałaś z zemsty?
Czy on jest ślepy? Przecież to niemożliwe! Kes, naprawdę nie rozumiesz najprostszych rzeczy?
– Kes – roześmiałam się – naprawdę jesteś kompletnym idiotą, czy tylko tak dobrze udajesz? Naprawdę nie rozumiesz, kim ten człowiek był dla ojca?
– Czekaj, czy twój ojciec był… tym, no… mężołożnikiem?
– Ty uważaj na słowa! – zachłysnęłam się. – Jeszcze czego! Ten Far był podopiecznym mojego ojca, sunner-warrenem! Jak ci się zdaje, dlaczego ojcu tak bardzo zależało na stłumieniu zarazy? Tak ludzi kochał? Żarty na bok, to nawet dla Lisa byłoby nie do pomyślenia, gdyby nie obowiązek. Gdyby nie to, że ratując ludzi, ratował swojego podopiecznego! Już nawet nie chodziło o to, czego on by chciał albo nie chciał: on nie mógł inaczej. Z natury. Nie miał wyboru, tak samo jak… – urwałam w ostatniej chwili, nie dodając „jak ja nie będę miała”.
– Jaśniej!
– Co jaśniej?
– Dlaczego mówisz, że Lis nie miał wyboru? Dlaczego nie mógł spróbować znaleźć innego wyjścia, tylko musiał zabić sto osób, żeby uratować kilkadziesiąt?
– Kes, czy ty w ogóle słuchasz, co ja mówię? Far był jego sunner-warrenem! Nie było takiej opcji, żeby zaryzykował jego życie, on ratował jego, nie ludzi! Chcesz jaśniej, to ci wytłumaczę na swoim przykładzie, bo jeszcze jaśniej już nie potrafię. Jeśli mojemu sunner-warrenowi będzie groziło niebezpieczeństwo, zrobię wszystko. Posunę się do każdej podłości, popełnię każdą zbrodnię. Jeśli będzie trzeba, wybiję wszystko, co żyje, w ziemiach śmiertelnych i nieśmiertelnych, byle mój podopieczny nie ucierpiał. Ja mogę na rozum wiedzieć, że jesteś moim wrogiem, że mnie nienawidzisz, że prędzej sam się zabijesz niż pozwolisz, żebym zabijała innych… ale to wszystko rozum. A co ci po rozumie, jak przeciwko niemu masz całą swoją naturę? Ja cię muszę bronić tak samo jak muszę oddychać. Nie mogę postanowić, że przestanę oddychać!
Milczał, przetrawiając to, co usłyszał. Ja też nie paliłam się do ciągnięcia tej rozmowy, równie ciężkiej dla mnie jak na niego.
Wstał i zaczął schodzić, stąpając po powietrzu jak po schodach. W połowie drogi odwrócił się.
– Wiesz, nie jestem w stanie żałować twojego ojca. Zabijał. Ale rozumiem, że nie można oceniać tego, co wy robicie, ludzką miarą. Wyglądacie jak my i to wprowadza w błąd, przez to traktujemy was jak ludzi… ale w środku ciebie siedzi coś kompletnie niepodobnego do nas. Ale, Rey… fakt, my nie mamy prawa sądzić was wedle ludzkiego prawa, ale tak samo wy nie jesteście w stanie zrozumieć nas i tego, co robimy. My nie znamy feyrów, to prawda, ale tak samo wy nie znacie ludzi! Jesteśmy zbyt różni. Niech szlag trafi ten dzień, kiedy nasze rasy się dowiedziały o sobie nawzajem!
Niech. I niech przy okazji trafi ten dzień, kiedy spotkałam Kessara Wiatra. Naiwnego, czasem tępego, prymitywnego, prostego w budowie jak cep i odpornego na wiedzę kloca, który w przebłysku bystrości powiedział to, co najstarszym Książętom nie przechodzi przez gardło.
Neka rozłożył na krzywym stole plan Akademii. Od słabo widocznego, drobnego schematu aż mi się w oczach zaćmiło. W życiu bym nie pomyślała, że ludzie są w stanie narysować coś takiego, prędzej bym się tego w katakumbach gnomów spodziewała!
– Cele, w których trzymają więźniów, są umieszczone na dolnym poziomie. Zaprowadzimy was tam, ale na ten poziom trzeba się dostać niepostrzeżenie. Jest tylko jedna droga niezabezpieczona zaklęciami. To znaczy tam właściwie też są zaklęcia, ale to Bran je założył, więc Bran może je zdjąć. O, to ten tunel. – Stuknął palcem w plan. – Ten genialny plan ma tylko dwa słabe punkty. Po pierwsze tunel jest zalany wodą, a po drugie u wylotu ma kratę.
– Krata to pikuś – mruknął Akir. – My z Pożogarem przegryziemy ją z marszu.
– Taaak? – uśmiechnął się Wittor. – Żelazną kratę z trzycalowych prętów?
– Problem? – wtrąciłam. – Wiesz, co kotołaki lubią najbardziej? Diamenty. Żrą to, aż im się uszy trzęsą, jak ludzie pestki słonecznika.
Wittor zbladł i przełknął ślinę, patrząc z szacunkiem na niewysokiego, szczupłego kotołaka siedzącego nos w nos z nim.
– A co z tą wodą? – podjęła Anni. – Nie wiem, jak reszta, ale ja ze dwie minuty na wdechu wytrzymam.
– Mało – westchnął Bran. – Tam jest trasa na dziesięć minut marszu. Ja widzę tylko jedno wyjście: użyć magii, no chyba że Księżniczka ma inny pomysł.
Księżniczka nie miała, więc postanowiliśmy posłużyć się zaklęciem płucoskrzeli.
Neka wstał.
– Ruszamy tej nocy. My już wychodzimy, żeby nie budzić podejrzeń w Akademii. Spróbuję ustalić, w której celi trzymają waszego Księcia, ale za skutek nie ręczę. To jest więzień specjalny, oczko w głowie Akademii.
Przespawszy kilka godzin, stwierdziłam, że jestem w pełni sił i muszę do wieczora jakoś zabić czas. Reszta towarzystwa już dawno siedziała na dole, we wspólnej izbie. Po chwili namysłu dołączyłam do nich.
– Kto co robi? – spytałam, siadając na krześle i ściągając Kesowi z widelca apetyczny kęs mięsa. Mag spojrzał na mnie spode łba, ale nie odezwał się. – Kes, jeśli pójdą pojedynczo, to jest duże ryzyko, że łapacze ich sprzątną?
– Nie, nawet jeśli się nie rozdzielą. Starsi mają dużą odporność na sprzątanie. Możesz nas wydać tylko ty albo Pożogar, tak że ja idę z wami, bez względu na to, gdzie się wybierzesz.
– A ja pójdę do Akademii, załatwię, co mi dziadek pozlecał, i zajrzę do braciszka… dla podtrzymania więzów rodzinnych – westchnęła Anni. – W kółko to samo, inni odpoczywają, a ja pracuję.
– Idę z tobą – ożywił się Akir.
Elmir i Kito spojrzeli na siebie, uśmiechając się paskudnie. Trafił swój na swego. Wspólnymi siłami produkowali niepowtarzalną mieszaninę żartów, złośliwej ironii i naiwnego wścibstwa. Kto by pomyślał?